Выбрать главу

– To znaczy, że gdybym cię teraz palnął krzesłem…

– Oczywiście, że tak. Rozwaliłbyś mi głowę. Chyba że zdążyłbym zareagować.

– Zmieniając krzesło w stado ptaków albo bezę?

– To wymaga czasu i wprawy, której nie mam. Prościej byłoby je odepchnąć.

Mój goniec sunie po planszy i staje na niebronionym polu, patrząc z satysfakcją na jego królową – nagą nimfę w koronie i z batem. Figurka rzuca bat na ziemię, chwyta się za głowę i zaczyna krzyczeć.

– Gardę.

Norweg cmoka z uznaniem.

– Poddaję partię. Pytaj, ile chcesz.

– Co jest czynnikiem limitującym? – Odchylam się na oparcie fotela i z ulgą zakładam ręce na kark. Naprawdę nie mam nastroju do gier planszowych. Nie nudzę się tutaj aż tak, przyznaję.

– To znaczy?

– Czego nie można zrobić? Podnieść góry, sprowadzić żywej kobiety z Ziemi?

– Pewnie ani jednego, ani drugiego. Ogranicza nas wyobraźnia, nie stworzymy czegoś, co nie wiemy, jak ma powstać i w jaki sposób działać, oraz dostępny zapas czynnika „M”. To się zużywa. Znika z każdym zadaniem.

– Dlatego van Dyken ściąga do siebie, ile się da. Zmusza uroczyska, żeby wydawały z siebie upiory i lazły do niego.

– Dość nieekonomiczne – stwierdza. – Nawet jeśli są istnymi zbiornikami zimnej mgły, samo nadawanie im życia i celu wędrówki sporo tego zużyje.

– Koszta własne – oznajmiam. – Żeby uruchomić tokamak, też trzeba wpakować w niego mnóstwo energii. Poza tym te stwory mają pewną autonomię, jak zwierzęta. Po drodze atakują, robią różne rzeczy. Co gorsza, znajdowałem już uroczyska, gdzie prawie nic nie było. Wyssał do dna. I już nawet nie chodzi o to, ile on tego posiada, ale że nikt inny nie ma dostępu.

– Mamy zapasy – zaprzecza. – Spore. I własne uroczyska.

– I on o tym świetnie wie – rzucam bezlitośnie. – I z wielką chęcią je zdobędzie, zanim zabierze się za poważniejsze sprawy. Da się wyliczyć wydajność tego czynnika? Ile może wiadro tego czegoś? Albo ile potrzeba magii, żeby nadać słoniowi prędkość dźwięku?

– A bez magii? Ile trzeba do tego energii? I w jakiej postaci? Kiedy słoń jest załadowany na katapultę startową z lotniskowca, potrzeba tyle energii, ile zabiera włączenie odpalania. Ale jeśli chcesz tego dokonać rakietą tenisową, znacznie więcej. Zależy, jak chcesz tego dokonać. W tym zamku wszystko załatwiła płynąca lawa i wulkan. Nikt nie przenosił pojedynczych kamieni. Sztuka leżała w nadaniu energii wulkanu kierunku i zmuszenia do działania zgodnie z programem, to nie była telekineza.

– Czym to jest, do piczki materi, profesorze?! Idzie wojna, człowieku! I to taka, po której spadnie ten cholerny martwy śnieg, jak amen w pacierzu. Co to jest? Energia? Taka bezpańska, która robi, co jej się każe? A może te cholerne pieśni bogów, jak wszyscy mówią? Faktyczniejakieś resztki boskiej zdolności kreacji? Magiczne bakterie?

– Nie wiem. Ja to traktuję jak bakterie i takie podejście się sprawdza.

– Rozmnażają się – zauważam ostrożnie. Macha ręką.

– Tylko w pewnych warunkach, raczej powoli i nie zawsze. I to chyba nie jest rozmnażanie. Żadnej analogii nie należy ciągnąć za daleko. Pod mikroskopem też mi się nie udało ich zobaczyć. Ale umiem je wykryć. Moja kolej: nakręcili kolejny sezon „Dzieci Mroku”?

– Na litość boską, Fjollsfinn, szkolili mnie dwa lata. Przez ten czas nie mogłem nawet zobaczyć się z rodziną, a telnetu nie widziałem na oczy.

– Jesteś żonaty?

– Bywałem. Aktualnie nie. Ale mam dzieci. Dorosłe. I moi rodzice żyją. A tobie nie brakuje rodziny?

– Nie bardzo. Rodzice nie żyją, z bratem byłem skonfliktowany, dzieci nie mam, moja żona zginęła w wypadku. Ale brakuje mi książek. Takich staroświeckich, tylko z tekstem, od dziewiętnastego do dwudziestego pierwszego wieku. Zwłaszcza klasyki. No i filmów.

– Co za problem? Stwórz sobie książkę. Jesteś cholernym magiem! Proszę bardzo, wyzywam cię, Fjollsfinn, jaka jest twoja ulubiona książka?

– Bo ja wiem… To głupie pytanie. Raz ta, raz tamta, ja naprawdę lubiłem czytać.

– A którą byś teraz przeczytał?

– Czy ja wiem? „Ulissesa”? A może coś Sakiego?

– Dawaj, bierz swój czynnik „M” i stwarzaj „Ulissesa!

Fjollsfinn patrzy przez chwilę tą swoją surrealistyczną maską, lecz trudno odczytać wyraz twarzy kogoś, kto makietę zamku ma nasadzoną na głowę aż po nos. Po samych ustach nie wiem, czy się śmieje, czy zbiera mu się na płacz.

Wstaje i prowadzi mnie po schodach na antresolę opasującą cały ten jego salon. Znajduje odpowiednie miejsce i sięga na półkę po opasły tom, oprawiony porządnie w skórę. Na okładce wytłoczony znak irlandzkiej harfy napuszczony złotem i napisy: „James Joyce, Ulisses”.

Otwieram ciężkie okładki wypchane czymś miękkim i widzę czyste strony. To notes, nie książka. Wertuję i nagle natrafiam na jedno zdanie: „Jeszcze nigdy nie widziałem takiej głupiej kici, jak kicia – powiedział Bloom. Kotka sztywno obeszła nogę od stołu”. A dalej znów nic. Potem jeszcze: „Najwyżej połknęłabym trochę to jak letni kleik owsiany albo coś w tym rodzaju”, a ileś czystych kartek dalej: „Natychmiast zejdź na dół, zejdź na dół, ty przerażający jezuito!” Znajduję też: „…to tylko ten nieszczęsny Dedalus, którego matka tak parszywie umarła – powiedział Malachi Mulligan”. I: „Więc dałem ją Molly niech z nią poswawoli, z tą nogą kaczą, z tą nogą kaczą, więc dałem ją Nelly, niech pcha do gardzieli, tę nogę kaczą, tę nogę kaczą”. „I ni z tego, ni z owego: „Podkowy stalą dźwięczące”.

– Dawno to czytałem, ale wydawało mi się jakby dłuższe – mówię ostrożnie. – Nie powinieneś wymienić na inny egzemplarz?

– Tak to wygląda – odpowiada ze smutkiem. – Mógłbym może odtworzyć książkę, gdybym znał ją na pamięć i napisał w myślach. Ale wtedy po co miałbym ją stwarzać? Ogólne wrażenie ani znajomość treści nie wystarczy. Potrzebne są konkretne słowa, które mają znaleźć się na stronie. Odpowiednią czcionką, bo chwila nieuwagi i będziesz miał „Nevermore” runami Sonnermana-Veigla.

– Wszystkie te książki, cała biblioteka tu na górze, to atrapy? Zbiór poszatkowanych cytatów ze łba? – Omiatam antresolę gestem dłoni. Biblioteka wygląda imponująco, można by tu trenować do wyścigów rowerowych, wzdłuż półek wypchanych tomami.

– Prawie – odpowiada. – Jest też trochę tego, co zdołałem spisać: tutejszych legend, podań, pieśni i eposów. Jeśli tworzę książkę, równocześnie słuchając, jak ktoś opowiada, to jakoś to idzie i prawie nie ma błędów, pod warunkiem, że znam język. A znam tylko mowę Wybrzeża Żagli i parę słów po amitrajsku. Mam kilka wersji Pieśni Ludzi, „Słowo o Skulldorfie Blaszanym Liściu” i różne inne pieśni skaldów, którzy dla mnie występują. Jednak ziemskiej literatury mi to nie zastąpi.

– A skąd się wziął ten cytat z „Jądra ciemności”? Tylko tyle spamiętałeś? Nawiasem mówiąc, statek zamroził dwóch dobrych i zacnych ludzi, kiedy przypłynął. Mnie nie. Jak mnie rozpoznał?

– Musiałeś pomyśleć: „Conrad”. Albo: „Hearth of Darkness”. Albo: „Horror, horror, horror”. Albo przynajmniej mieć wyraźne skojarzenie z ziemską literaturą, nawet niewerbalnie. Taki efekt „Aha!” rozpoznawalny w rytmie fal mózgowych właściwych dla człowieka. Napracowałem się nad tym.

– Jest pan durniem, profesorze Fjollsfinn. Tyle panu powiem. Gdybym nie miał takich porąbanych, nieprzystosowanych rodziców, to już bym był mrożonką. „Jądro ciemności”, litości! Nie mogłeś użyć czegoś z popkultury? „Hit my baby in your car, shes gynecoid hey, nah nah…” albo czegoś podobnego?! Czegoś, co wszyscy znają? „Witajcie w krainie Hopsiaków”?! „Sojaburger zdrowy, idź po rozum do głowy”?! Kto czyta książki z dwudziestego wieku poza rodziną Drakkainenów?!