– To nie było bez powodu. Uważam, że niesiemy pewne historie w głowie. Takie toposy kulturowe. Archetypy. Boja wiem, jesteśmy przesiąknięci fikcją literacką. Mówimy kwestiami z filmów, książek i gier, odnosimy się do tego. Sytuacja kojarzyła się z Conradem. A ten świat to ciągnie z naszych głów. Lgnie do tych archetypów. Zatem drakkar cię znalazł i przywiózł, bo byłeś jak Willard. Przecież to ma chyba z dziesięć wersji, którąś musiałeś widzieć.
– Jakieś jungowskie kocopały – odpowiadam z niesmakiem. – Mało tu mamy obłędu?
– A to, co ci się przydarzyło od razu w pierwszej osadzie? Przecież to była „Pieśń o Beowulfie”. Ze szczegółami, włącznie z łapą Grendela przybitą nad bramą i matką potworów jako żoną króla.
– E tam – kwituję, chociaż sam miałem podobne skojarzenia. Jednak to za głupie. I bezużyteczne. Tylko brakuje, żebym zaraz zaczął mimowolnie występować w „Makbecie” albo „Ulicy Sezamkowej”. – To byłupiór uroczyska i mógł wyglądać jakkolwiek. Pewnie któreś z tamtych zostawiło, jako taką żywą minę. I wcale nie przypominał Grendela. Dobra, a film? Dlaczego nie stworzysz sobie filmu do oglądania w jakiejś lodowej kuli czy czymś takim. Możesz wszystko. Obsadź razem Humphreya Bogarta i Samantę Nix w „Gwiezdnych Wojnach” i zrób z tego pornosa. Jeszcze z Claudią Cardinale i Charlie Chaplinem w rolach drugoplanowych.
– Wcale nie mogę wszystkiego. Nawet mój akevitt to podróbka.
Przypomniał mi o czymś, więc schodzę do salonu na spotkanie kominka i berbeluchy w lodowym kieliszku.
– Muszę znać właściwości tego zjawiska, Fjollsfinn. Ratuję także twój zadek, pragnę zauważyć, więc współpracuj, perkelel Jakie są ograniczenia? Co ten sukinsyn może zrobić? Jak się temu przeciwstawić? Potrzebuję czegoś konkretnego: kul ognia wystrzeliwanych z ręki, albo przeciwnie: jakiegoś pola antymagicznego. Potrzebna jest magia bojowa. Helikopter! Umiesz zrobić helikopter z lodu?
– Pierwsze ograniczenie to dostępna ilość czynnika. „M” factor. Drugie to możliwość porozumienia. To coś jest pseudorozumne, a w każdym razie interaktywne. Jeśli nie pojmie, o co ci chodzi, zrobi wszystko na opak albo wcale. Van Dyken nie zbuduje tu mostu do wrót Lodowego Ogrodu, bo tyle czynnika nie ma na całym świecie. Nie stworzy też bomby atomowej, bo zimna mgła go nie zrozumie. Jeśli precyzyjnie wyobrazi sobie po prostu duże „bum”, które robi grzyb dymu po stratosferę, to czynnik „M” niechętnie, lecz służalczo wysadzi go w powietrze. A trzecie to Pieśń Ludzi. Jeśli zrobimy coś, co za bardzo nie będzie pasować do wzorca kulturowego, to albo nie będzie działało, albo zaraz wykituje, albo obróci się przeciw nam, albo jeśli obejdziemy wszystkie te zabezpieczenia, sprowadzi cholerny martwy śnieg.
– Chwileczkę – mówię. – A jest możliwość, żeby się przeinwestował? Zrobił takie kosztowne cuda, że mu tej mgły zabraknie?
– Pewnie, że możliwe, tyle tylko, że to, co raz stworzy, już będzie materialne i zostanie, chyba że musi być stale sztucznie podtrzymywane. Jeśli zrobi te wywerny, o których mówiłeś, tak żeby magia utrzymywała je cały czas przy życiu, to jak się wyczerpie, po prostu zdechną. Jeśli natomiast użyje mgły tylko po to, żeby zmutować jakieś istniejące zwierzęta i zmienić w smoki, to dalej będą żyły.
– Jesteś naukowcem, Fjollsfinn. Przygotuj mi opracowanie na temat mechaniki cudów. Funkcjonowania magii. Porządne opracowanie, jak na seminarium: wartości brzegowe, prawidłowości, ograniczenia, syntetyczne algorytmy. Materiały, hipotezy, dyskusja.
– Ale ja jestem ksenoetnologiem, kolego. Tu trzeba naćpanego fizyka kwantowego ze skłonnością do metafizyki. Ja ci mogę opracować rolę magii – w kulturze Wybrzeża Żagli lub analizę metrum poetyckiego w Pieśni Ludzi i wywieść podobieństwa z kulturą wikińską lub celtycką. Słyszałeś kiedyś o specjalizacji?
– A kim jest van Dyken?
– Lingwistą kulturowym i filozofem. Ma dwa fakultety. To głównie była placówka ksenokulturoznawstwa.
Opadają mi ręce.
– Jedno wiem: jeśli van Dyken podbije Wybrzeże Żagli, a to prawie pewne, to Lodowy Ogród będzie jego pierwszym celem. I twoja basztowata głowa zatknięta na tyce. Ale dopiero wtedy, kiedy wydusi z ciebie całą moc i całą wiedzę do ostatniej kropli. Jestem twoją ostatnią nadzieją.
– Rozmawiamy szczerze. Ja po prostu nie wiem, co zrobić.
– Jesteś cholernym królem tego miejsca, więc lepiej zacznij wiedzieć. On się szykuje, my też musimy. Te lodowe drakkary… Ile ich możemy zrobić, jak szybko i czy są lepsze w bitwie od tych ich dżonek? Ile możemy mieć okrętów konwencjonalnych i czy możemy je dozbroić magicznie? Ewentualnie ile możemy zdobyć? Jakie są zasoby zimnej mgły? Ile jej potrzeba do obrony?
– Po kolei: drakkar to nie jest optymalna konstrukcja. Powstał po to, żebyś skojarzył go z Ziemią. Jest szybki, ale mniej zwrotny i uniwersalny od wilczych okrętów. Poza tym zużywa dość dużo czynnika. Do pływania, nawigacji i do walki. Kule ognia są efektowne, ale ten odpowiednik napalmu czy ognia greckiego, który tu mają, jest dużo skuteczniejszy.
– Smocza oliwa… – Splatam dłonie na blacie, opieram brodę na palcach i patrzę na Norwega. Niestety, ta jego maska wciąż jest pozbawiona wyrazu. Ciekawe, czy te baszty na głowie są elastyczne, jak na przykład uszy, czy też twarde jak rogi? – Nie znasz technologii wytwarzania, prawda? To się kupuje na Wybrzeżu Żagli. Na wagę złota. A raczej kupowało, bo teraz trwa wojna i nikt ci nie sprzeda smoczej oliwy. I nikt nie wie, jak to się robi. Zapasy się skończą i kicha. A może się mylę?
– Niestety, nie. I rzeczywiście nikt nie zna receptury poza tymi, którzy ją tworzą. Jakiś lud w górze Dragoriny.
– To ich tajemnica – przyznaję z satysfakcją. – Wiano, które dostali od swojego boga kowala. Zwracam uwagę, że w ich wykonaniu jest to zgodne z Pieśnią Ludzi. Czciciele ognia. Ci, którzy ze mną współpracują. I ci, których siedziby zostaną podbite jako pierwsze. Dzięki czemu van Dyken będzie mógł się kąpać w tym świństwie, choć coś mi mówi, że raczej wykąpie ciebie.
– A ciebie nie? – Unosi na mnie zaklejone lodem oczodoły i cała jego ograniczona mimika nie jest potrzebna, żeby okazać zdumienie.
– Myślę, że nie. Jeśli nie znajdę tu sposobu, żeby pomóc Ludziom Ognia, to do nich wrócę. Domu Ognia mogę bronić, a nawet zginąć w oblężeniu, jeśli będzie trzeba, ale stawać na murach Lodowego Ogrodu nie mam powodu. Jeśli ty pomożesz mnie, ja pomogę tobie. To przecież takie proste. Wymyśl coś, by uratować Ludzi Ognia, to ja wymyślę, jak ratować twój Ogród i twój zadek, a do tego dostaniesz smoczą oliwę. Teraz wychodzę i wrócimy do tej rozmowy jutro. I jeszcze jedno: wyczaruj sobie jakiś dres.
– Co takiego? Po co?
– Idziemy w odludne miejsce, żeby tam toczyć magiczne pojedynki. Na sportowo. Bez zamieniania się nawzajem w drzewa i śniegowe bałwany. A… i piorunów też nie wolno.
Lubię chodzić po Lodowym Ogrodzie. Ma w sobie dużo z uroku średniowiecznej starówki i coś z parku rozrywki – Disneyland, Hogwarth, te rzeczy. Znam już rozkład uliczek i zaułków i zazwyczaj nie potrzebuję pomocy mojego ptaszka przewodnika. W wolnych chwilach zabieram Jadrana za mury i galopuję po wyspie, najpierw po zasypanej śniegiem plaży pod klifem, potem zygzakowatą ścieżką wykutą w skale na płaskowyż, dookoła jeziora, po lesie i przez łąki na wzgórzach. Myślę, że wyspa ma jakieś trzydzieści kilometrów na osiem, dziewięć, ale wszyscy mieszkańcy siedzą w twierdzy i dalej nie spotyka się już żywej duszy. Jest jeszcze kilka czatowni wzdłuż wybrzeża, obsadzonych przez niewielkie załogi z Ogrodu, ale oni rzadko opuszczają posterunki.