Prócz tego chodzę po mieście i usiłuję odkryć jego drugą stronę. Tę mroczniejszą, ukrytą i bardziej tajemniczą, tę, o której Fjollsfinn nie wspomina. Czuję, że tu jest coś takiego. Lecz przede wszystkim usiłuję znaleźć sam nie wiem co, coś, co okaże się sposobem przeciwko van Dykenowi. Wiem, że Norweg coś takiego ma w zanadrzu i że niejedno trzyma przy orderach. Dlatego tak go naciskam. Wie więcej, niż się zdaje. Jest uczynny i życzliwy, ale że coś knuje, to jasne.
A może nareszcie robię się podejrzliwy?
Tego popołudnia przechadzam się po głównej ulicy, wśród zasp śniegu odgarniętych z krużganków, i zachodzę do tawern. Usiłuję nawiązywać rozmowy z miejscowymi, ale nie są gadatliwi. Kiedy wchodzę, milkną. Potem zamieniają kilka zdawkowych uwag, lecz jeśli usiłuję się dowiedzieć czegokolwiek o tym, jak tu trafili albo jak długo tu mieszkają, sztywnieją. „Jesteś przybyszem” – powiadają. „Znalazłeś się tutaj przypadkiem. Nikt, kto nie szukał tego miejsca, nigdy nie zrozumie”. To, gdzie mieszkali przedtem, do jakiego ludu należeli, czy mieli tam rodziny, stanowi tabu. Wyjątkiem są przybysze, którzy przypłynęli do Ogrodu na chwilę i z własnej woli, uzyskali zgodę i zostali wpuszczeni, by handlować albo świadczyć usługi. A są i tacy, choć bardzo niewielu, lecz zwykle nie opuszczają małej dzielnicy przy porcie wewnętrznym i siedzą we własnych tawernach na uboczu. Nie to, żeby ich ktoś napadał lub wyrzucał z karczm, ale nie chcą. Boją się grodu, boją się jego mieszkańców, a nade wszystko boją się pieśni bogów. „Tu aż śmierdzi od Pieśniarzy i ich roboty” – powiedział mi jeden z nich. „A Ludzie Wulkanu są dziwni. Dobrze się z nimi handluje, ale nie zostanę tu ani chwili dłużej, niż będę musiał. I nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę. Każdy wie, że połowa z nich to Obudzeni, którym Pieśniarz nadał ludzką postać”. Inny z kolei nie może znieść samego grodu: „To jak mieszkać w jaskini. Człowiek powinien mieć własną chałupę, własne drzewa i ziemię, a z ganku widzieć morze i swoją łódź, tak jak u nas. Tu wszyscy siedzą w kamiennych komorach, jeden obok drugiego jak robaki. I jeszcze fajda się do jakiejś dziury w kamieniu, a tuż obok każdy ma własne źródło. Z tego tylko choroby się lęgną i zaraza. Każdy zamknięty między kamieniami. Ja tak trzymam króliki, jak oni tu mieszkają”.
Chodzę ulicami, rozglądam się, przysłuchuję rozmowom i szukam potencjalnych informatorów. Szukam zamkniętych drzwi i strzeżonych miejsc.
I tylko nie podoba mi się, że oglądają się za mną kamienne gargulce siedzące na gzymsach.
Moi ludzie czekają w umówionym miejscu – w tawernie „U Krakena” nad wewnętrznym portem, w sercu Łasztowni, dzielnicy kupieckiej dla przyjezdnych. Robią to samo co ja – szpiegują. Konkretnie, szukają swoich: Ludzi Ognia z załogi Grunaldiego i jego kuzyna. Jak dotąd bez rezultatu.
Sylfana szczerzy zęby w smoczym uśmiechu, który jest nieco ostentacyjny i oznacza, że albo się dąsa, bo nie okazuję jej wystarczająco uwagi, albo coś knuje, albo ma już w czubie. Ma duże zęby jak na mieszkankę Wybrzeża, prawie jak ludzkie, ale równe i białe. Do tego te wyraźne brwi i wąski jak ostrze, wypukły nos. Zdecydowanie w moim typie, tylko że ja jestem w pracy. Więc bronię się resztkami sił. Nie chcę się angażować, kochać, migdalić i wzdychać. Nie w trakcie operacji, bo przepadnę. Zresztą już dwa razy śniła mi się Deirdre Mulligan. I nie wiem, co to znaczy. I nie mam dość energii na takie rozterki. Grunaldiego i Warfnira jeszcze nie ma. Poszli na Kamienny Targ – do hal handlowych, to dobre miejsce, bo tam najchętniej pojawiają się koncesjonowani mieszkańcy twierdzy. Wchodzą przez wieżę bramną, rozglądają się wśród zamorskich towarów i wracają do siebie, bramą, przez którą przyjezdni też mogą przejść, ale jakoś nie chcą.
– Mogłem się jedynie rozpytywać – powiada Spalle, przysuwając mi dzban. Siedzimy przy bocznym stole w czymś w rodzaju gabinetu oddzielonego rzędem grubych słupów od hałaśliwej sali. – Mieszkam dość daleko od Grunaldiego i tamtych nie znałem na tyle dobrze, żeby teraz rozpoznać. Tylko że tu nikt nie chce o tym gadać. Kiedy wspominam, gdzie który mieszkał w Ziemi Ognia i jak się nazywał, ludzie odpowiadają mi byle co i odchodzą.
– Ja rozmawiałam z jedną niewiastą. Całkiem jeszcze młodą i niebrzydką jak na Gryfitkę. Powiedziała mi, że gdyby miała wrócić do tej zapuszczonej chałupy na bagnach, gdzie kiedyś żyła w towarzystwie durnia śmierdzącego jak nyfling, to poszłaby się do morza utopić. I jeszcze że kiedyś była kim innym, ale tamta umarła. Tyle że aby mi to powiedzieć, wciągnęła mnie w jakiś kąt i szeptała do ucha, jakby się bała, że ktoś usłyszy. Może o to chodzi? Może tu im się żyje lepiej i dlatego nie chcą, żeby ktoś ich zabrał?
– Tylko dlaczego? – mówię. – Musi być tak, jak opowiadał Grunaldi. Pieśniarz miesza im w głowach i sprawia, że Ogród wydaje im się najwspanialszym miejscem na ziemi. Nie jest tu źle i pewnie można całkiem wygodnie żyć, nie zauważyłem, żeby jako król specjalnie się naprzykrzał, ale przecież ci ludzie mieli bliskich, domy, przodków, rodzinną ziemię. I nie chcą o tym pamiętać. Sądzę, że wszyscy, którzy mieszkają tu na stałe, przeszli przez to samo co ludzie Grunaldiego. Magiczny ogród, poczęstunek, wszystko napchane pieśniami bogów. A potem zostają już na zawsze.
– Inaczej nikt by nie chciał tu mieszkać – wtrąca Spalle. – Tu można być kupcem albo rzemieślnikiem. Chodzić tylko wzdłuż kamiennych murów i wdychać smród innych. Nie wiem, jak można czuć się wolnym człowiekiem w takim miejscu. To jest dobre, jak przychodzi wojna. Wtedy warto mieć kamienny mur, żeby szczać z niego na oblegających i drwić z ich wysiłków. Ale jedynie wtedy.
Kiwam dłonią na pomocnika karczmarza. Ma białą koszulę i skórzaną kamizelkę, ale o dziewiętnastowiecznym kroju, jakby była częścią kompletu z surdutem, jednak tłoczoną w tutejsze oplotowe wzory. Kompletny miszmasz.
Robię gest rodem z fantasy, który zawsze chciałem zrobić – rzucam z brzękiem na stół dwa srebrne siekance i cytuję:
– Przynoś nowe piwo tak długo, aż powiem, że dosyć. To z jakiejś gry o łowcy potworów, nie pamiętam już
z jakiej.
Na stole pojawia się kolejny dzban, pod pokrywką plącze się nawet jakaś nędzna piana i pojawia się zapach odrobinę kojarzący się z chmielem, tylko bardziej żywiczny. Nadal nie jest to Karlovaćko ani Kruśovickie, jednak trzeba Norwegowi przyznać, że piwo jest w jego grodzie lepsze niż gdziekolwiek indziej.
Nabijam fajkę i po raz kolejny postanawiam przeszukać Kamienny Targ pod kątem wyszperania analogu tytoniu. Po prostu nie tracę nadziei. Tak mnie wyszkolono.
Grunaldi przeciska się przez tłum i brnie do naszego stołu, widzę go przez aromatyczny kłąb dymu, który wypuszczam z wielkim ukontentowaniem. Tuż za nim kroczy Warfnir, widoczny doskonale w swoim wyszywanym płaszczu, srebrnej opasce na wypielęgnowanych włosach i z wyrazem twarzy młodego księcia przyłapanego w burdelu.
– Mają tu jakąś gorącą polewkę? – pyta Ostatnie Słowo, sadowiąc się na ławie. – Przemarzliśmy na kość.
Kiwam ponownie na kelnera, postanawiając, że przy najbliższej okazji powiem Fjollsfinnowi, by zadekretował wynalezienie kart dań. Dobrze mieć dostęp do władzy.
– Są nowiny – oznajmia Grunaldi niewyraźnie między jednym zaczerpnięciem łyżką z glinianej miski a drugim. – Znaleźliśmy jednego. Trzeciego styrsmana naszej wyprawy. Horleifa Deszczowego Konia. Tylko że teraz nazywa się Piołun i chyba jest niespełna rozumu. Nosi kaftan z wyszytym drzewem i uważa się za wielkiego mądralę. Zadziera nosa, ale go przekonaliśmy i przyjdzie tutaj. Jednak dopiero po tym, jak na wieżach uderzy pięć dzwonów, bo przedtem ma na głowie losy całego świata.