– Bardzo dobrze – chwalę przyjaciela. – Może wreszcie się czegoś dowiemy. Spalle?
– Teraz już nie przypływają okręty – oznajmia. – Nasz był chyba ostatni. Tylko jakieś sneki łowią jeszcze przy lepszej pogodzie. Ale w tym zamkniętym porcie dla kupców jest wielki tłok. Dużo statków, w tym część jeszcze z towarem. Kilka razy dziennie otwierają się wrota i kolejne statki wpływają w podziemny kanał do środka góry. Głównie wiozą zboże w beczkach, żywe krowy, świnie, kute żelazo i skóry. Takie rzeczy. I drewno. Bardzo dużo drewna w belkach. Myślę, że tam w środku są jakieś spichrze, a może kuźnie i szkutnie. Nie dają podejść do tych kanałów, ale ze środka słychać kucie i walenie młotami, niesie się echem gdzieś z daleka.
– Brawo, Spalle – mówię. – Jak się tego dowiedziałeś?
– Nająłem się do rozładunku i cały dzień nosiłem beczki i wory, za siedem groszy miedzią.
– To by znaczyło, że jednak szykują się do obrony.
– I jeszcze jedno. Dzisiaj w porcie znaleźli zabitego człowieka.
– Zwyczajna rzecz w Łasztowni. Gdzie dużo żeglarzy, tam czasem kogoś zabiją w zwadzie. O dziewkę, kości albo trunek.
– Pod tawernami. Ale ten zginął uduszony jakimś cienkim rzemieniem, a potem owinęli trupa łańcuchem i wrzucili do wody. Tylko że zaplątał się w kotwicę jednego z tych statków i tak go znaleźli.
– Czy tu jest taki mir jak podczas jesiennego jarmarku w Żmijowym Gardle? – pytam, bo czuję kiełkujący niepokój.
– Nie w Łasztowni. Nie wiem, jak w mieście. Zabitych znajduje się po bójkach, ale dopóki to dotyczy obcych, strażnicy za bardzo się tym nie przejmują. Zwykła rzecz. Jeśli złapią rabusia, to go zabierają do prawomówcy, ale jeśli żeglarze biją się między sobą, to rozpędzają ich tylko, kiedy się na to natkną. Nie wiedzieli jednak, kim był ten uduszony mąż, bo ktoś obdarł go z odzienia, a potem poleżał w wodzie kilka dni i zajęły się nim ryby. Bardzo się tym trapili.
– W portach dzieją się różne rzeczy, zwłaszcza takich jak ten – powiada Grunaldi. – Ale my musimy być sprytniejsi niż inni i dlatego myślę o tym Szkarłacie. Nie wiem, czy zdołałby tu przypłynąć w zimowym sztormie, nie mając lodowego okrętu takiego jak nasz, ale i tak mi się to nie podoba.
Postanawiam porozmawiać z Fjollsfinnem. Przybycie Szkarłata jest tylko hipotezą, lecz w pewnym sensie może wstrząsnąć Norwegiem i zmusić go do lepszej współpracy.
Przez jakiś czas pijemy piwo i gawędzimy, i nie dzieje się nic istotnego.
Ziomek Grunaldiego pojawia się po dłuższym czasie, kiedy rozważam już, czy nie wynaleźć kart do gry. Przeciska się pomiędzy ławami, ignoruje kiwającego Ostatnie Słowo, ale podchodzi do naszego stolika i siada z boku. Jest wysoki jak na miejscowego, teraz nie nosi mundurowej tuniki z wizerunkiem drzewa, tylko zwykły kaftan i futrzany płaszcz, który rzuca obok, oraz płócienną kapuzę, której nie zdejmuje, i jego ostra, chuda twarz cały czas kryje się w kapturze. W jakiś sposób kojarzy mi się z mnichem.
– Nitjsefni to cudzoziemiec z bardzo daleka – przedstawia mnie Grunaldi. – Przybył w nasze strony, żeby zniszczyć Czyniących, którzy tu się rozpanoszyli, a my mu towarzyszymy. Jednak nie chodzi mu o twojego króla, więc możesz usiąść z powrotem. Ulf codziennie gawędzi z tym Fjollsfinnem i razem piją gorzałkę, jedzą śledzie i gawędzą. Chodzi o króla Węży nazywanego Aaken, który oblega właśnie nasze ziemie, a potem chce najechać też to twoje miasto. Jesteśmy przyjaźnie nastawieni. Zauważ, że siedzę przy tym samym stole i piję piwo, choć twoi ludzie zabili wielu moich przyjaciół i krewnych. Rozumiem jednak, że wszyscyście oczadzieli od pieśni bogów, więc nie zabiję cię, Horleifie, który każesz się teraz nazywać Piołun, bo jesteś niespełna rozumu. Musisz jednak zrozumieć, że są wrogowie nastający i na nas, i na was i dlatego dziś jesteśmy po tej samej stronie.
– Nikt z was tego nie zrozumie – odzywa się powoli Piołun. – Ale tu, w Ogrodzie, każdy z nas narodził się jakby na nowo. Dlatego nosimy inne imiona. Lodowy Ogród dał nam nowe życie i pokazał cuda, jakich dotąd nie widziały ludzkie oczy. Nie moglibyśmy siedzieć znów w drewnianych budach w Ziemi Ognia po tym, co ujrzeliśmy. Dlatego jeśli przybyliście zabrać nas do domu, to wiedz, że nikt z nas tego nie chce. Co do tych, z którymi byliśmy kiedyś spokrewnieni i związani, to powiedzcie im, że umarliśmy. Niech postawią żalne kamienie, opłaczą nas, podzielą się spadkiem i zaczną żyć od nowa, tak jakby nas nie było. Tak bowiem będzie najlepiej dla wszystkich. Dla Ziemi Ognia i spraw dziejących się na Wybrzeżu Żagli bowiem umarliśmy naprawdę. Słyszałem od dłuższego czasu, że chodzicie po mieście i naprzykrzacie się ludziom, pytając o dawne sprawy. Przestańcie. Żarnowiec, człowiek, którego nazywałeś kiedyś Skafaldim Milczącym Wiatrem, kazał przekazać ci odszkodowanie za wszystkich zabitych pod murami tamtego lata. Jest to pięć złotych gwichtów od każdego męża, którego wtedy zabiliśmy. Zawieź je do Ziemi Ognia i tam oddaj rodzinom tych, którzy zginęli. W bitwie umarło wtedy dwudziestu ludzi od razu i dwunastu potem z ran, mimo że ich leczyliśmy. Pięciu wyleczyło się, z czego dwóch postanowiło zostać w Ogrodzie, zaś trzech popłynęło do domu zeszłego roku na statku handlowym Ludzi Koni. Pieniądze przyniosą ci tam, gdzie teraz mieszkasz w twierdzy, i to kończy sprawy, które są między nami. To trzynaście tuzinów gwichtów i jest to suma ogromna. Prawomówcą powiada, że to uczciwa odpłata, zwłaszcza że chcieliście złupić to miasto i moglibyśmy nie zapłacić nic.
– Nie o tym chcemy mówić – odpowiada Grunaldi. – O tym, że zamierzacie się wykpić nędznymi pięcioma gwichtami za życie tak zacnych mężów, pomówimy później. Na razie nasza ziemia stoi w ogniu, Węże podchodzą do wrót Domu Ognia jak wilki, a kiedy zejdą śniegi, uderzą na pewno. Będzie z nimi szalony Czyniący, który zmienia dzieci w żelazne potwory, sprowadza pioruny i ożywia upiory zimnej mgły, więc może się tak zdarzyć, że nie będę miał komu zawieźć twoich pieniędzy i twoich słów.
– Nie rozumiem, czego więc chcecie.
– Jest możliwe, że pojawił się w mieście bardzo groźny człowiek. Szpieg z Południa, zwany Szkarłat. To Amitraj. Czyniący i zabójca. Umie zmieniać twarz i sprawić, że pojawiają się na niej czerwone znaki, tak że potem nikt nie umie go rozpoznać. Zna się na truciznach i magicznych ziołach. Może oślepić dmuchnięciem albo zabić szklanym sztyletem z jadem żagiewnicy. Mieliśmy z nim do czynienia i sądzę, że trafił tutaj. Mówimy to tobie, bo tylko ciebie znamy.
– Skąd możesz to wiedzieć? – pyta ostro.
– Nie jestem kupcem – odpowiadam. – Przybyłem tu z powodu tego, co się dzieje na świecie. Powinieneś wiedzieć, że ten Szkarłat pewnie przybył zabić twojego mistrza. Zrozumiałeś? Zabije Fjollsfinna. Ja go ostrzegę, ale ty chyba też coś powinieneś zrobić. Pochyla się w moją stronę.
– Powiem komu trzeba, a jeśli ktoś taki pojawi się poza dzielnicami dla obcych, natychmiast go zobaczymy. Jedyne, co może, to siedzieć w Łasztowni albo w Kawernach, gdzie mieszkają ci, co boją się zostać mieszkańcami, a dostali azyl. Tam jest wielu zmienionych przez pieśni bogów i uroczyska w dalekich krajach, cudzoziemcy i rozbitkowie. My do Kawern nie chodzimy i oni stamtąd nie wychodzą. Może się tam schować, ale niełatwo będzie mu wejść do miasta.
– Dlaczego skrywasz twarz w kapturze? – pytam.
– Wstyd by mi było, gdyby ktoś zobaczył mnie w nędznej tawernie w Łasztowni, między cudzoziemcami. Wielu z nas, którzy przybyliśmy wtedy na łodziach jako morscy rabusie, zostało potem Strażnikami Ogrodu i wstąpiło nawet do Bractwa Drzewa.
– Jesteście strażnikami?
– Można tak powiedzieć, cudzoziemcze. Niewiele ponad to mogę ci powiedzieć. Ale Bracia Drzewa to najstraszniejsi wojownicy, jakich widział świat. Będziemy bronić Ogrodu i nie boimy się dla niego umrzeć. Więcej nie pytaj.