– Pij, Horleifie – oznajmia nagle Grunaldi, nalewając mu do pełna. – Kiedy król Węży już spali Wybrzeże i wyruszy tu w tysiąc okrętów, może będziemy stali na tych murach obok siebie. Przestańmy się swarzyć.
Horleif-Piołun nie wzbrania się długo, siedzimy potem jak grupa przyjaciół, klepiąc się po plecach i rozlewając szczodrze piwo. W cynowych kubkach nie widać zawartości, więc ledwo moczymy usta, wypełniając naczynie Horleifa po brzegi, a potem kupujemy jeszcze morskiego miodu z korzeniami. A kiedy nie patrzy, kilka razy dolewam mu osiemdziesięcioprocentowej rakii z piersiówki.
Efekt przychodzi po jakiejś godzinie. Nie umiem odczytać wiele z dziwacznych orzechowych oczu strażnika, ale Grunaldi nachyla się do niego, by stuknąć się kubkiem, a potem spogląda na mnie i kiwa lekko głową.
– Wiele podróżowałem po świecie i nie słyszałem o tak strasznych wojownikach jak Bracia Drzewa. Z tego, co wiem, nikt o nich nie słyszał. Najstraszniejsi są ninja albo straszliwi Apacze, nie mówiąc już o uesmarines. To ich ludzie się boją i pierzchają z pola bitwy na sam ich widok. O was jednak nikt nie słyszał i dlatego sądzę, że się przechwalasz – próbuję. Prymitywne, ale co szkodzi sprawdzić?
Horleif celuje we mnie palcem i koniec tego palca majta się między jednym moim okiem a drugim, jakby nie mógł się zdecydować.
– Ty… jak cię zwą… nie wiesz, co mówisz. O nas się nie opowiada przy piwie… My nie stajemy do bitew. My zawijamy wocóff. I nie ma bitfff. Jesteśmy panami notsy. Ale cśśś…
Nie mówi nic więcej, ale mnie zaczyna się krystalizować obraz. Na razie hipoteza.
– Łatwo tak gadać, kiedy siedzi się za murami twierdzy.
Kiwa przecząco palcem, ale nie wiem, czy nie chce mówić, czy po prostu się nie zgadza. Grunaldi sięga po dzban, żeby mu dolać, lecz wstrzymuję go ruchem dłoni. Facet stąpa teraz po ostrzu – bardzo łatwo przedawkować i informator zawali się w trzy sekundy. Zmieniam temat:
– Widziałem już wiele miast, podróżując po świecie. Powiedz mi, czym Ogród różni się od nich wszystkich? Są i większe, i bardziej warowne.
Wyciąga powoli rękę w moją stronę, jakby chciał złapać mnie za koszulę, ale ma za daleko przez blat.
– Bracie… Ohród jess jeden… nie ma drugiego takiego miejsca. Tu każdy może byś wolny… rozumiesz? Miałem dziesii… kiedyś… – Pokazuje dłonią gdzieś przy ziemi, a jego oczy się szklą. – Jedneho zabraa choroba. Rozumiesz?! Rozumiesz to?! Thaki mały. W Ogrodzie są znachorzy… Umieją leczyć sztuko z całego świata i pieśniami bogów. U nas bya tylko baba. I jej pieśni nic nie dały. Umarł mój Horgaldi… A jak by tu był, toby nie umar. Drugiego zabili. A tu by ży. Żyby. Bo tu nie zabijajo dla gupiego lejenia. I moja maa Ylva, porwali, jak miaa dwanaście zim tylko… Dlatego będziemy kchroniś. Rozumiesz?! I sie tu nie boje. Bo… – nachyla się w moją stronę – widziałem, gdzie pójdę, jak umrę dla Ohrodu. I mogę tam czasem wejś, bo tak jest w Ohrodzie. I tam jest mój Horgaldi, i mój Horlund, i moja Ylvaa, i mogę wejś, i zobaczyć. Bo tutaj pieśni bohów so naprawdę. Nie śpio na uroczyskach, ale sie leczy i walczy, i pomaga. I jest ten drugi Ohród, do którego wszyscy idziemy. Nie na Ocean Ognia, sie bić dobre i złe, i na łonke Doliny Snu. Nie do ziemi, stawać ziemio jak Amitraje. Tylko do Ohrodu, dzie jess słońce i owoce, i dziewszeta, i wszyscy, i Horgaldi, i Horlund, i Ylva. Dlatheho nik nas nie pokona, Braci Drzewa, bo my sie nie boimy śmiersii.
A potem zasypia. Głowa opada mu na ramiona i staje się jasne, że wiele się już od niego nie dowiemy. Ale i tak już wiem swoje.
– To sukinsyn… – mamroczę. – Jednak znalazł swoją bajkę i wcale nie „Jądro ciemności”.
– Bredził – wyrokuje Spalle. – Tyle dobrego piwa na nic.
– Zaczep jakichś strażników i powiedz im, że ważny człowiek z Bractwa Drzewa trochę się zaprawił „U Krakena” i trzeba go doprowadzić do domu.
– I też wracamy?
– Nie. Idziemy do dzielnicy dla odmieńców, cudzoziemców i obcych. Idziemy do Kawern.
– Coś ty mu dolał? Nigdy nie widziałem, żeby ktoś upił się tak szybko.
– Domowej rakii. Z mojego kraju. U nas się to pija dla przyjemności.
Rozdział 8. Nasza Pani Bolesna
Tak to jest w życiu, że są jednak rzeczy, które mają swoje prawa, cokolwiek by się działo. To młodość, wolność i wiosna. Ja byłem młody, odzyskałem wolność, a wokół mnie budził się nowy świat. Drzewa wypuszczały liście, z ziemi wystawały źdźbła młodej trawy, chmury rozstępowały się i świeciło słońce. Istnieje w świecie siła, która sprawia, że zawsze nadchodzi nowy początek. Z pogorzeliska kiełkują kwiaty, od pnia odrasta młode drzewko, a zmrożona, martwa ziemia staje się żyzną glebą gotową na pług. Szramy zabliźniają się i zmieniają w nowe ciało. Człowiek złamany rozpaczą ociera pewnego dnia łzy, unosi głowę i znowu dostrzega, że świeci słońce. Rany się goją.
Nawet te, które pozostawia pletnia i okowy, choć te goją się o wiele dłużej niż zadane ostrzem.
Prędzej czy później okazuje się, że każdy następny dzień to kolejny wysunięty ze zwoju czysty odcinek papieru, który można zapisać na nowo, budząc do życia słowa, które przedtem nie istniały. To zaś, co stało się przedtem, schowało się już na rolce czytnika i można zaczynać od początku.
Wiele dni potem wędrowaliśmy przez lasy i doliny, wśród wznoszących się nad nami szarych gór i wspominam to jako jeden z najlepszych okresów mojego życia. Cały czas martwiłem się o Snopa i N’Dele, nie miałem jednak pojęcia, gdzie ich szukać. Mieliśmy dotrzeć na północ, więc wybieraliśmy drogę, która pozwalała tam zmierzać. Kluczyliśmy, przedzieraliśmy się przez las i gubiliśmy, ale zawsze usiłowaliśmy podążać na północ.
Wokół nas panowała leśna cisza – taka, która wcale nie jest ciszą, tylko nie ma w niej głosów innych ludzi. Były za to śpiew ptaków, plusk wody, szum wiatru i nocne nawoływania zwierząt. Wędrowaliśmy od rana do późnego popołudnia, a potem znajdowaliśmy miejsce na nocny spoczynek. Wszystko to sprawiało mi radość. I niespieszna wędrówka w siodle, czerpanie wody ze strumienia, łapanie ryb i ptaków, by sporządzić posiłek. I płonące wieczorem ognisko podtrzymywane do rana, by odstraszyć nocne zwierzęta. Placki pieczone na kamieniach, parskanie koni, rozmowy, jakie toczyliśmy z rzadka półgłosem, tęskny śpiew kościanej fujarki, którą w końcu wyrzeźbił sobie Benkej. To wszystko są rzeczy niewarte opowiadania, ale robić je było po stokroć warto.