Były życiem wolnego człowieka, który wędruje. I na razie o nic więcej nie musi się kłopotać niż trawa i resztki mięsa dla koni, strawa dla siebie, ogień i woda, posłanie i dach z gałęzi lub derki w czasie deszczu.
Dni w drodze wstawały i przemijały, podobne do siebie, i nie potrafiłem już powiedzieć, ile czasu wędrujemy.
Myślę, że trwało to długo. Słońce świeciło coraz dłużej i mocniej, las wokół nas robił się coraz bardziej zielony, a dni coraz cieplejsze.
Rzadko spotykaliśmy ludzi.
Parę razy widzieliśmy pasterzy, czasem kogoś, kto polował po drugiej stronie doliny, kilkakrotnie natknęliśmy się na opuszczone chaty. W tym kraju istnieją jakieś trakty, ale my ich nie znaliśmy. Staraliśmy się iść na północ, jednak w górach nie jest to wcale proste. Kiedy człowiekowi staje na drodze szczyt, bagno, przepaść lub wąwóz, musi szukać innej drogi i nie ma pojęcia, że tuż za najbliższym wzgórzem przebiega wygodny szlak. Sądzę więc, że musieliśmy strasznie kluczyć, ale niewiele mogliśmy na to poradzić. Najlepiej byłoby jechać traktem idącym wzdłuż rzeki, ale takiego nie znaleźliśmy. Brnęliśmy więc przez las, wspinaliśmy się na przełęcze, znajdowaliśmy ścieżki i gubiliśmy je, na rozstajach skręcaliśmy tak, by droga prowadziła możliwie na północ. I zgubiliśmy się w końcu zupełnie. Nasze zapasy stopniały niemal całkowicie, a my brnęliśmy lasem wśród skał albo przez górskie szlaki, mając poczucie, że wciąż chodzimy w kółko. Co trochę musieliśmy zatrzymywać się na dłużej, żeby zdobyć zapasy. Benkej budował sprytne pułapki z linek, zaostrzonych palików i sprężystych gałęzi, plótł saki z faszyny, które ustawialiśmy w strumieniu, zrobiliśmy sobie łuki i czasem przez kilka dni krążyliśmy wokół obozu, usiłując złapać, ustrzelić lub złowić cokolwiek, co lata, fruwa, pełza lub pływa, a ma na sobie mięso. Jednak nie zawsze się to udawało. Nie znaliśmy tutejszych zwierząt, które miały inne obyczaje niż te, do jakich byliśmy przyzwyczajeni, kilka też razyzdarzyło się, że po zjedzeniu jakiegoś stworzenia ciężko chorowaliśmy albo że sami znienacka o mało nie okazaliśmy się zdobyczą.
Głównie jednak głodowaliśmy.
Parę razy natrafiliśmy na osady otoczone palisadą z zaostrzonych pni, lecz tylko w jednej zaoferowano nam gościnę i najęliśmy się tam na kilka dni do pracy, w zamian za co dano nam trochę zapasów na dalszą drogę. Ludzie ci byli prości, zrazu bali się nas i niewiele wiedzieli o świecie, więc też niewiele mogliśmy się od nich dowiedzieć.
Jedno mogę jednak powiedzieć o tej podróży. Była dla mnie niczym ożywcza kąpiel albo zdrowy sen. Znów stawałem się sobą, i to może bardziej niż kiedykolwiek. Wędrowałem. A otaczające mnie las i góry, chłodne nocne powietrze i południowy upał zmywały ze mnie niewolę, jak górski wodospad zmywa z wędrowca pot, bród i zaschnięte błoto. Byłem wolnym człowiekiem, który zmierza na północ, na spotkanie morza i czekającego go tam własnego losu, bo tak właśnie postanowił.
To było dla mnie dobre.
Choć nie zmienia to faktu, że zgubiliśmy się i kluczyliśmy po górach po różnych szlakach, zwykle daleko od ludzkich siedzib. W taki właśnie sposób trafiliśmy pewnego dnia do Doliny Naszej Pani Bolesnej.
Tylko dlatego, że znaleźliśmy górski trakt, który powiódł nas na północ, podczas gdy droga korytem potoku wiodła na wschód. W rzeczywistości, gdybyśmy nią podążyli, obeszlibyśmy całe pasmo górskie i znaleźli miejsce, gdzie ten wąski strumyk wpadał do wąwozu, którym płynęła rzeka. A potem wystarczyłoby iść po płaskim terenie z jej biegiem i w niecały tydzień trafilibyśmy do ujścia i znaleźli się u celu.
My jednak kierowaliśmy się uparcie na północ, więc przez kilka dni wspinaliśmy się na wysoką, skalistą przełęcz, prowadząc potykające się konie za uzdy, a w końcu stanęliśmy na jej szczycie i spojrzeliśmy w dół – na zamkniętą górami dolinę, którą toczył się strumień, rozlewający się na dnie w podłużne jezioro otoczone lasami, wzgórzami i polami. Zjechaliśmy w dolinę, niewiele myśląc, pragnąc napić się chłodnej wody ze strumienia, odpocząć i nałapać ryb albo coś upolować.
Zrazu nie zauważyłem nic dziwnego. Im głębiej schodziliśmy, z każdym krokiem po kamienistej ścieżce robiło się jakby ciemniej. Dzień był piękny i słoneczny, ale tu, w dolinie pomiędzy górskimi grzbietami, zalegał cień i unosiła się mgła. Nie zwróciłem na to uwagi, sądząc, że to po prostu wodny pył wzbity przez huczący w dole wodospad i cień górskiego grzbietu. Tymczasem ogarniał mnie już wieczny smutek tej doliny. Im głębiej schodziłem, trzymając konia za ogłowie, tym robiło mi się ciężej na sercu. Z każdym krokiem wracało do mnie wszystko, cokolwiek przytrafiło mi się złego, a trzeba przyznać, że moje życie dotąd nie bywało zbyt beztroskie. Nie widziałem drzew ani skał, ani strumienia, tylko długi korowód twarzy tych, którzy odeszli, pozostawiając mnie samego. Nie miałem już swojego domu ani miasta, ani swojego kraju i wszędzie byłem obcym. Zwykle człowiekowi udaje się odepchnąć takie myśli, skierować umysł ku temu, co akurat robi, i temu, co go otacza. Każdy z nas niesie czarne myśli, lecz stara się trzymać je na uwięzi jak dzikie bestie, bo inaczej nie dałoby się żyć. Tam jednak, w dolinie, nie było to wcale łatwe. Tam wyraźnie czuło się, że wszystko, co robimy, jest daremne, że każdy z nas zmierza prosto w ciemność i nic nie ma znaczenia. Jest tylko smutek, strach i groza.
Kiedy zeszliśmy na dno, obaj niemal nie mieliśmy siły, by napoić konie i samemu ugasić pragnienie. Benkej siadł na kamieniu, opierając ręce o kolana, i patrzył przed siebie z nieruchomą twarzą, ja zaś miałem ochotę zwinąć się gdzieś w kłębek i tak już pozostać.
– Za tą doliną będzie kolejna – oznajmił po długim czasie tropiciel. – Taka sama jak ta. A potem następna. Będziemy szli przez ten przeklęty kraj bez końca, aż wreszcie staniemy na pustym brzegu morza tylko po to, by tam usiąść na piasku i patrzeć w posępny bezmiar. Całe moje życie tak wygląda. Zmierzam wciąż do celu tylko po to, żeby przekonać się, że wcale go tam nie ma.
Nie odpowiedziałem mu na to, choć miałem ochotę powiedzieć, że ja nawet nie znam swojego celu. Byłoby to jednak daremne. Po co mielibyśmy rozmawiać? Każdy tkwi wewnątrz własnej głowy, wśród tego, co zrozumiał i zobaczył, i co pozostaje zamknięte przed innymi. Wbiłem miecz w piach przed sobą i patrzyłem na ostrze, rozważając, czy nie skończyć tego wszystkiego tutaj i teraz. W tej dolinie czy w innej, teraz czy za dziesięć albo pięćdziesiąt lat, jaka to różnica? Parę chwil bólu, a potem i tak nieunikniony mrok. Oszczędziłbym sobie tylko zbytecznego i daremnego trudu. Siedzieliśmy tak przez jakiś czas, milcząc i patrząc przed siebie. Nie przyszło mi do głowy, że to, co czuję, jest jakoś nienaturalne, bo miałem wrażenie, że wszystko widzę jasno i wyraźnie, jakbym dopiero zrozumiał swoje życie. Zrobienie czegokolwiek, choćby postawienie następnego kroku, wydało mi się wysiłkiem ponad siły i pozbawionym sensu. Siedzieliśmy.
Benkej wyjął swoją fujarkę i zaczął grać tęskną melodię, którą często słyszałem, kiedy czuł się zmęczony lub przygnębiony. Nagle urwał i patrzył przez moment przed siebie, a potem zaczął grać zupełnie inną piosenkę. Jakby na przekór. Była to ucieszna śpiewka o koźle, który zakochał się w pięknej klaczy. Jej skoczna melodia wydawała mi się wtedy zgrzytem wśród smutnego plusku strumienia i posępnych skał, i drzew wokół.