Выбрать главу

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".

"Zgody? - krzyknął Gerwazy. - Z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

"Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!" - i przytrzymał strzemię do zsiadania.

Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

"Tu - rzekł - dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".

Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,

Potem prymasa, potem królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,

Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody".

Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.

Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

"Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.

"Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany <<Wojewoda>>

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.

Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.

Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

Krzycząc: <<ura!>> od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli: <<a zasie!>>

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.

Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł: <<Za mną, Gerwazy!>>

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,