Выбрать главу

"Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem.

Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,

Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,

Wylania się serc czułych! - gdy śpiż z dala ryknie,

Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!"

Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie:

"Cóż zostaje?" - a ona mu rzekła: "Wspomnienie!"

I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,

Podała mu urwany kwiatek niezabudek.

Hrabia go ucałował i na pierś przyśpilał;

Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,

Widząc, że się ku niemu tem zielem przewija

Coś białego: była to rączka jak lilija;

Pochwycił ją, całował i usty po cichu

Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu;

Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały

Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały;

Porwał, schował w kieszenie, nie wie, co klucz znaczy,

Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.

Dzwon wciąż dzwonił, i echem z głębi cichych lasów

Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów;

Odgłos to był szukania i nawoływania,

Hasło zakończonego na dziś grzybobrania.

Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy,

Jak się Hrabiemu zdało, owszem, obiadowy.

Dzwon ten, w każde południe krzyczący z poddasza,

Gości i czeladź domu na obiad zaprasza:

Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju

I zostało się w domu Sędziego.

Więc z gaju

Wychodziła gromada niosąca krobeczki,

Koszyki, uwiązane końcami chusteczki,

Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły,

Jako wachlarz zwiniony, b o r o w i k rozrosły,

W drugim związane razem, jakby polne kwiatki,

O p i e ń k i i rozlicznej barwy s u r o j a d k i:

Wojski miał m u c h o m o r a. Z próżnemi przychodzi

Rękami Telimena, z nią panicze młodzi.

Goście weszli w porządku i stanęli kołem.

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży;

Obok stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie.

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie,

Podano w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli

I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.

Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdarza;

Nikt nie gadał pomimo wezwań gospodarza.

Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie

Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie;

Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza.

Telimena, mówiąca wciąż do Tadeusza,

Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić,

Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić:

Tak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,

I razem w pastkę wróbla. Tadeusz i Hrabia,

Obadwa radzi z siebie, obadwa szczęśliwi,

Oba pełni nadziei, więc nie gadatliwi.

Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie,

A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie,

Czy ów kluczyk nie uciekł; ręką nawet chwytał

I kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał.

Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana

Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana,

Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty

I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.

Przemijały w milczeniu talerze i dania;

Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania

Gość niespodziany, szybko wpadając - gajowy;

Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy,

Podbiegł do Pana; widać z postawy i z miny,

Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.

Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie;

On, odetchnąwszy nieco, rzekł: "Niedźwiedź, Mospanie!"

Resztę wszyscy odgadli: że zwierz z m a t e c z n i k a

Wyszedł, że w Zaniemeńską Puszczę się przemyka,

Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali,

Choć ani się radzili, ani namyślali.

Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów,

Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów,

Które, wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu,

Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.

"Na wieś! - zawołał Sędzia - hej! konno, setnika!

Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika;

Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny

Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny".

"W skok - krzyknął Podkomorzy - okulbaczyć siwą,

Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo

Dwie pjawki, które w całej okolicy słyną:

Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną;

Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu

I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu".

"Wańka!" - krzyknął na chłopca Asesor po rusku -

Tasak mój Sanguszowski pociągnąć na brusku,

Wiesz, tasak, co od Księcia miałem w podarunku;

Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku".

"Strzelby - krzyknęli wszyscy - mieć na pogotowiu!"

Asesor wołał ciągle: "Ołowiu, ołowiu!

Formę do kul mam w torbie". "Do księdza plebana

Dać znać - dodał pan Sędzia - żeby jutro z rana

Mszę miał w kaplicy lesnej; króciochna oferta

Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta".

Po wydanych rozkazach nastało milczenie;

Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie,

Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy

Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy:

Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę

Wodza i że Wojskiemu oddają buławę.

Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę

I uderzywszy ręką poważnie po stole,

Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka,

Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka:

"Jutro - rzekł - pół do piątej przy lesnej kaplicy

Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy".

Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy;

Oni obmyślić mają i urządzić łowy.

Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą,

Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą

Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu,

A wodze wśród cichego dumają namiotu.

Przerwał się obiad, dzień zszedł na kowaniu koni,