Выбрать главу

Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,

Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał

Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,

Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.

Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,

Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,

Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu;

O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,

Rachował się ostróżnie, lecz bez oszukaństwa,

Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,

Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele

I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę

Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,

Przy której i basetla była, i kozice.

Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;

Z cymbałami, narodu swego instrumentem,

Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał,

I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.

Chociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,

Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe;

Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy

Kołomyjek z Halicza, mazurów z Warszawy;

Wieść, nie wiem czyli pewna, w całej okolicy

Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicy

I upowszechnił wówczas w tamecznym powiecie

Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,

A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów

Wygrały Włochom polskie trąby legijonów.

Talent spiewania bardzo na Litwie popłaca,

Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca:

Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały,

Zawiesił dźwięcznostronne na scianie cymbały;

Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,

Przy tem w pobliskiem mieście był też podrabinkiem,

A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym

Doradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym,

Na wicinnym: potrzebna jest znajomość taka

Na wsi. - Miał także sławę dobrego Polaka.

On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe,

Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;

Szanowali go równie i starzy stronnicy

Horeszkowscy, i słudzy sędziego Soplicy.

On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym

Klucznikiem horeszkowskim i kłotliwym Woźnym;

Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy:

Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy.

Gerwazego nie było; ruszył na obławę,

Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę

Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;

Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.

Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,

Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,

Zwane p o k u c i e m, kwestarz ksiądz Robak zajmował;

Jankiel go tam posadził; widać, że szanował

Wysoko Bernardyna, bo skoro dostrzegał

Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał

I rozkaza> U dolewać lipcowego miodu.

Słychać, że z Bernardynem znali się za młodu

Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał

Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał

O ważnych rzeczach; słychać było, że towary

Ksiądz przemycał, lecz potwarz ta niegodna wiary.

Robak wsparty na stole wpółgłośno rozprawiał,

Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał,

I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze;

Brano z niej i kichała szlachta jak możdzerze.

"Reverendissime - rzekł kichnąwszy Skołuba -

To mi tabaka, co to idzie aż do czuba;

Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi),

Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi);

Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,

Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.

Byłem tam lat już..." Robak przerwał mu: "Na zdrowie

Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie!

Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodzi

Z dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziéj;

Pochodzi z Jasnej Góry; księża paulinowie

Tabakę taką robią w mieście Częstochowie,

Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony

Bogarodzicy Panny, Królowej Korony

Polskiej; zowią ją dotąd i Księżną Litewską!

Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską,

Lecz na Litewskiem Księstwie teraz syzma siedzi!"

"Z Częstochowy? - rzekł Wilbik. - Byłem tam w spowiedzi,

Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście;

Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,

Że chce kościoł rozwalać i skarbiec zabierze,

Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?"

"Nieprawda - rzekł Bernardyn - nie! Pan Najjaśniejszy,

Napoleon, katolik jest najprzykładniejszy;

Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie

I nawracają ludzi w francuskim narodzie,

Który się trochę popsuł; prawda, z Częstochowy

Oddano wiele srebra na skarb narodowy

Dla Ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe.

Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze;

Wszakże w Warszawskiem Księstwie mamy sto tysięcy

Wojska polskiego, może wkrótce będzie więcéj,

A któż wojsko opłaci? Czy nie wy, Litwini?

Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni".

"Kat by dał! - krzyknął Wilbik - gwałtem od nas biorą".

"Oj, Dobrodzieju!" - chłopek ozwał się z pokorą,

Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę -

Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę,

Lecz nas drą jak na łyka". - "Cham! - Skołuba krzyknął. -

Głupi, tobieć to lepiej, tyś, chłopie, przywyknął

Jak węgórz do odarcia; lecz nam u r o d z o n y m,

Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym!

Ach, bracia! Wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie...

("Tak, tak! - krzyknęli wszyscy - rowny wojewodzie!")

Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować

Papiery i szlachectwa papierem probować".

"Jeszcze Waszeci mniejsza - zawołał Juraha. -

Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha;

Ale ja, z kniaziów! pytać u mnie o patenta,

Kiedym został szlachcicem? Sam Bóg to pamięta!

Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,

Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny".

"Kniaziu! - rzekł Żagiel - świeć Waść baki lada komu,