Выбрать главу

Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu".

"Waść ma krzyż w herbie - wołał Podhajski - to skryta

Aluzyja, że w rodzie bywał neofita.

"Fałsz! - przerwał Birbasz. -

Przecież ja z tatarskich hrabiów

Pochodzę, a mam krzyże nad herbem Korabiów".

"Poraj - krzyknął Mickiewicz - z mitrą w polu złotem,

Herb książęcy; Stryjkowski gęsto pisze o tem".

Zaczem wielkie powstały w całej karczmie szmery;

Ksiądz Bernardyn uciekł się do swej tabakiery,

W kolej częstował mówców; gwar zaraz ucichnął,

Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął;

Bernardyn korzystając z przerwy mówił dalej:

"Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kichali!

Czy uwierzycie Państwo, że z tej tabakiery

Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?"

"Dąbrowski?" - zawołali. - "Tak, tak, on jenerał;

Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał;

Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,

Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:

<<Księże Robaku - mówił - Księże Bernardynie,

Obaczymy się w Litwie, może nim rok minie;

Powiedz Litwinom, niech mnie czekają z tabaką

Częstochowską, nie biorę innej, tylko taką>>".

Mowa księdza wzbudziła takie zadziwienie,

Taką radość, że całe huczne zgromadzenie

Milczało chwilę; potem na pół ciche słowa

Powtarzano: "Tabaka z Polski? Częstochowa?

Dąbrowski? z ziemi włoskiej?" Aż na koniec razem,

Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,

Wszyscy jedynogłośnie, jak na dane hasło,

Krzyknęli: "Dąbrowskiego!" Wszystko razem wrzasło,

Wszystko się uścisnęło: chłop z tatarskim hrabią,

Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;

Zapomnieli wszystkiego, nawet Bernardyna,

Tylko śpiewali krzycząc: "Wódki, miodu, wina!"

Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence,

Na koniec chciał ją przerwać; wziął w obiedwie ręce

Tabakierkę, kichaniem melodyję zmieszał

I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał:

"Chwalicie mą tabakę, Mości Dobrodzieje,

Obaczcież, co się wewnątrz tabakierki dzieje".

Tu, wycierając chustką zabrudzone denko,

Pokazał malowaną armiją, malenką

Jak rój much; w środku jeden człowiek na rumaku,

Wielki jako chrząszcz, siedział, pewnie wódz orszaku;

Spinał konia, jak gdyby chciał skakać w niebiosa,

Jednę rękę na cuglach, drugą miał u nosa.

"Przypatrzcie się - rzekł Robak - tej groźnej postawie;

Zgadnijcie, czyja? - Wszyscy patrzyli ciekawie.-

Wielki to człowiek, cesarz, ale nie Moskali,

Ich carowie tabaki nigdy nie bierali".

"Wielki człowiek - zawołał Cydzik - a w kapocie?

Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie,

Bo u Moskalów lada jenerał, Mospanie,

To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie".

"Ba - przerwał Rymsza - przecież widziałem za młodu

Kościuszkę, Naczelnika naszego narodu:

Wielki człowiek! A chodził w krakowskiej sukmanie,

To jest czamarce". - "W jakiej czamarce, Mospanie? -

Odparł Wilbik. - To przecież zwano taratatką".

"Ale tamta z fręzlami, ta jest całkiem gładką" -

Krzyknął Mickiewicz. Zatem wszczynały się swary

O różnych taratatki kształtach i czamary.

Przemyślny Robak, widząc, że się tak rozpryska

Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,

Do swojej tabakiery; częstował, kichali,

Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął daléj:

"Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywa

Raz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa;

Na przykład pod Austerlic: Francuzi tak stali

Z armatami, a na nich biegła ćma Moskali;

Cesarz patrzył i milczał. Co Francuzi strzelą,

To Moskale półkami jak trawa się ścielą.

Półk za półkiem cwałował i spadał z kulbaki;

Co półk spadnie, to Cesarz zażyje tabaki;

Aż w końcu Aleksander, ze swoim braciszkiem

Konstantym i z niemieckim cesarzem Franciszkiem,

W nogi z pola; więc Cesarz, widząc, że po walce,

Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce.

Otóż, jeśli kto z Panów, coście tu przytomni,

Będzie w wojsku Cesarza, niech to sobie wspomni".

"Ach! - zawołał Skołuba. - Mój Księże Kwestarzu!

Kiedyż to będzie! Wszak to ile w kalendarzu

Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą!

Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą,

A Moskal jak nas trzymał, tak trzyma za szyję.

Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje".

"Mospanie - rzekł Bernardyn - babska rzecz narzekać,

A żydowska rzecz ręce założywszy czekać,

Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka.

Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.

Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił,

Brzydkie Prusactwo zdeptał. Anglików wyrzucił

Het za morze, Moskalom zapewne wygodzi;

Ale co stąd wyniknie, wie Asan Dobrodziéj?

Oto szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzie

I szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;

Napoleon, sam wszystkich pobiwszy, nareszcie

Powie: <<Obejdę się ja bez was, kto jesteście?>>

Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,

Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,

A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci;

Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!"

Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:

"Jakże to dom oczyścić? Jak to Ksiądz rozumie?

Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi,

Tylko niech Ksiądz Dobrodziej jaśniej się wysłowi".

Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę;

Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,

Po chwili rzekł powstając: "Dziś czasu nie mamy,

Potem o tem obszerniej z sobą pogadamy;

Jutro będę dla sprawy w powiatowem mieście

I do Waszmościów z drogi zajadę po kweście".

"Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży -

Rzekł Ekonom - rad będzie Księdzu pan Chorąży;

Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie: