Выбрать главу

I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,

Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,

Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu

Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym

Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałem, promiennem,

Z oczyma wzniesionemi, stał jakby natchniony,

Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.

A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,

Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi

Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi:

Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty,

Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity,

Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy,

Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy,

Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy;

Pjawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy,

Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisał

Sprawnik i dusząc gardziel, krew czarną wysysał.

Zaczem Wojski rozkazał kij żelazny włożyć

Psom między zęby i tak paszczęki roztworzyć.

Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki

I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.

"A co? - krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą -

A co, fuzyjka moja? Górą nasi, górą!

A co, fuzyjka moja? Niewielka ptaszyna,

A jak się popisała? To jej nie nowina.

Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku,

Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku".

Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty

Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.

"Ja biegłem - przerwał Rejent, otarłszy pot z czoła -

Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:

<<Stój na miejscu!>> Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,

Rwąc z kopyta jak zając, coraz daléj, daléj,

Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei;

Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei...

Jak też wziąłem na oko; postójże, marucha!

Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha;

Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,

Napis: <<Sagalas London á Bałabanówka>>.

(Sławny tam mieszkał ślusarz Polak, który robił

Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił)".

"Jak to - parsknął Asesor - do kroćset niedźwiedzi!

To to niby Pan zabił? co też to Pan bredzi?"

"Słuchaj no - odparł Rejent - tu, Panie, nie śledztwo,

Tu obława; tu wszystkich weźmiem na świadectwo".

Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta,

Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta;

O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli

Z boków i, co się z przodu działo, nie postrzegli.

Wojski głos zabrał: "Teraz jest przynajmniej za co,

Bo to, Panowie, nie jest ow szarak ladaco,

To niedźwiedź, tu już nie żal poszukać odwetu,

Czy szarpentyną, czyli nawet z pistoletu;

Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem

Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.

Pamiętam, za mych czasów żyło dwóch sąsiadów,

Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,

Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,

Jeden zwał się Domejko, a drugi Dowejko,

Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:

Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłócili

I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:

To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę.

Pojedynek ten wiele narobił hałasu;

Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.

Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,

Opowiem od początku historyję całą".

Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził;

On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził,

Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje

I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,

Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył,

Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył;

A potem, dłoń podnosząc i kulę na dłoni:

"Panowie - rzekł - ta kula nie jest z waszej broni,

Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki

(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),

Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było

Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło!

Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,

A niedźwiedź z tyłu już - już na Hrabiego głowie,

Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli.

<<Jezus Maria!>> krzyknąłem; i Pańscy anieli

Zesłali mi na pomoc księdza Bernardyna.

On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna!

Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,

On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił:

Między dwie głowy strzelić! Sto kroków! Nie chybić!

I w sam środek paszczęki! Tak mu zęby wybić!

Panowie! Długo żyję, jednego widziałem

Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem.

Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków,

Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków,

Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,

Ów Jacek, vulgo Wąsal; nazwiska nie wspomnę.

Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi:

Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.

Chwała Księdzu! Dwom ludziom on życie ocalił,

Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił,

Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię

Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,

I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości;

Pójdź, Księże, wypijemy zdrowie Jegomości".

Próżno szukano Księdza; wiedzą tylko tyle,

Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę,

Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,

A widząc, że obadwa cali są i zdrowi,

Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił

I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.

Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu,

Suche chrosty i pniaki rzucono do stosu;

Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu

I rozszerza się w górze na kształt baldakimu.

Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,

Na grotach zawieszono brzuchate kociołki;

Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste,