Выбрать главу

I chleb.

Sędzia otworzył puzderko zamczyste,

W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy;

Wybiera z nich największy kufel kryształowy

(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka):

Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka.

"Niech żyje - krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę -

Miasto Gdańsk! niegdyś nasze, będzie znowu nasze!"

I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu

Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.

W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,

Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,

Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów

Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.

Kiedy się już do woli napili, najedli,

Zwierza na wóz włożyli, sami na koń siedli,

Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Asesora

I Rejenta; ci byli gniewliwsi niż wczora,

Kłócąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,

A ten - bałabanowskiej swej Sagalasówki.

Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,

Wstydząc się, że chybili i że się cofnęli:

Bo na Litwie - kto zwierza wypuści z obławy,

Długo musi pracować, nim poprawi sławy.

Hrabia mówił, że pierwszy do oszczepu godził

I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził;

Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy

I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,

Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy

Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.

Wojski jechał pośrodku; staruszek szanowny

Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny;

Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść,

Kończył im o Dowejce i Domejce powieść:

"Asesorze, jeżeli chciałem, byś z Rejentem

Pojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętym

Na krew ludzką; broń Boże! chciałem was zabawić,

Chciałem wam komedyję niby to wyprawić,

Wznowić koncept, który ja lat temu czterdzieście

Wymyśliłem - przedziwny! - Wy młodzi jesteście,

Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów

Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów.

"Domejki i Dowejki wszystkie sprzeciwieństwa

Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa

Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas sejmików

Przyjaciele Dowejki skarbili stronników,

Szepnął ktoś do szlachcica: <<Daj kreskę Dowejce!>>,

A ten nie dosłyszawszy dał kreskę Domejce.

Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupejko:

<<Wiwat Dowejko!>> - drudzy krzyknęli: <<Domejko!>>

A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu,

Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu.

Gorzej było; raz w Wilnie jakiś szlachcic pjany

Bił się w szable z Domejką i dostał dwie rany;

Potem ów szlachcic, z Wilna wracając do domu,

Dziwnym trafem z Dowejką zjechał się u promu;

Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,

Pyta sąsiada: kto on? odpowie: Dowejko;

Nie czekając dobywa rapier spod kirejki:

Czach, czach, i za Domejkę podciął wąs Dowejki.

Wreszcie, jak na dobitkę, trzeba jeszcze było,

Żeby na polowaniu tak się wydarzyło,

Że stali blisko siebie oba imiennicy

I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy.

Prawda, że po ich strzale upadła bez duchu,

Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu;

Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób.

Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?

Tu już krzyknęli: <<Dosyć! Trzeba raz rzecz skończyć.

Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć:

Dwóch nas, jak dwóch słońc, pono zanadto na świecie!>>

A więc do szerpentynek i stają na mecie.

Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą,

To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.

Zmienili broń; od szabel szło na pistolety.

Stają, krzyczym, że nadto przybliżyli mety;

Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę

Strzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę.

Oba tęgo strzelali. - <<Sekunduj, Hreczecha!>>

<<Zgoda - rzekłem - niech zaraz dół wykopie klecha:

Bo taki spór nie może skończyć się na niczém;

Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym,

Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuchy;

Chcecie strzelać się, rury oparłszy na brzuchy?

Ja nie pozwolę; zgoda, że na pistolety;

Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety

Jak przez skórę niedźwiedzią; ja rękami memi

Jako sekundant skórę rozciągnę na ziemi

I ja sam was ustawię. Waść po jednej stronie

Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie>>.

<<Zgoda!>> - wrzaśli.

Czas? - jutro, miejsce? - karczma Usza.

Rozjechali się. Ja zaś do Wirgilijusza".

Tu Wojskiemu przerwał krzyk: "Wyczha!" Tuż spod koni

Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokoł goni.

Psy wzięto na obławę, wiedząc, że z powrotem

Na polu łatwo można napotkać się z kotem;

Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota postrzegły,

Wprzód nim strzelcy poszczuli, już za nim pobiegły.

Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć;

Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: "Wara! stać i patrzeć!

Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;

Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole".