Выбрать главу

W istocie, kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie,

Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie,

Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,

Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty,

Rzekłbyś, że ich nie rusza, tylko ziemię trąca

Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.

Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało,

Że zając, pył i charty jedne tworzą ciało:

Jakby jakaś przez pole suwała się źmija,

Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,

A psami jak podwójnym ogonem wywija.

Rejent, Asesor patrzą, otworzyli usta,

Dech wstrzymali; wtem Rejent pobladnął jak chusta,

Zbladł i Asesor, widzą - fatalnie się dzieje,

Owa źmija im dalej, tym bardziej dłużeje,

Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,

Głowa już blisko lasu, ogony - gdzie z tyłu!

Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem

Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

Biedne psy, ogłupiałe biegały pod gajem,

Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem;

Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony,

Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony

I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,

I zamiast iść do panów, stały na uboczu.

Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,

Asesor rzucał okiem, ale niewesoło,

Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:

Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić,

Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty

Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty,

Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.

Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni;

Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać,

Lecz nie słuchali pilnie; ci zaczęli świstać,

Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,

Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.

Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił;

Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił

I kończył rzecz przerwaną:

"Na czem więc stanąłem?

Aha! na tem, że obu za słowo ująłem,

Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę.

Szlachta w krzyk: <<Toż śmierć pewna! Prawie rura w rurę!>>

A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro,

Że skóra źwierza nie jest lada jaką miarą.

Wszak wiecie Waćpanowie, jak królowa Dydo

Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą

Wytargowała sobie taki ziemi kawał,

Który by się wołową skórą nakryć dawał;

Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!

Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.

Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką

Jedzie Dowejko, z drugiej na koniu Domejko.

Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,

Pas ze skóry niedźwiedziej porzniętej na szmaty.

Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie

Z jednej strony, Domejkę zaś na drugiej stronie.

<<Pukajcie teraz - rzekłem - choć przez całe życie,

Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie>>.

Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi

Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi

Nuż im z Ewanieliji, z statutów dowodzić;

Nie ma rady: - śmieli się i musieli zgodzić.

Spor ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,

I Dowejko się z siostrą Domejki ożenił,

Domejko pojął siostrę szwagra, Dowejkównę,

Podzielili majątek na dwie części równe,

A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,

Pobudowawszy karczmę nazwali N i e d ź w i a d e k".

KSIĘGA PIĄTA

KŁÓTNIA Treść:

Plany myśliwskie Telimeny - Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki - Strzelcy wracają - Wielkie zadziwienie Tadeusza - Spotkanie się powtórne w Świątyni dumania i zgoda, ułatwiona za pośrednictwem mrówek - U stołu wytacza się rzecz o łowach - Powieść Wojskiego o Rejtanie i księciu Denassów, przerwana - Zagajenie układów między stronami, także przerwane - Zjawisko z kluczem - Kłótnia - Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną.

Wojski, chlubnie skończywszy łowy, wraca z boru,

A Telimena w głębi samotnego dworu

Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma

Siedzi z założonemi na piersiach rękoma,

Lecz myślą goni źwierzów dwóch; szuka sposobu,

Jak by razem obsaczyć i ułowić obu:

Hrabię i Tadeusza. Hrabia, panicz młody,

Wielkiego domu dziedzic, powabnej urody;

Już trochę zakochany! Cóż? może się zmienić!

Potem, czy szczerze kocha? czy się zechce żenić?

Z kobietą kilku laty starszą! niebogatą!

Czy mu krewni pozwolą? co świat powie na to?

Telimena, tak myśląc, z sofy się podniosła

I stanęła na palcach; rzekłbyś, iż podrosła;

Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem

I sama siebie pilnym obejrzała okiem,

I znowu zapytała o radę zwierciadła;

Po chwili wzrok spuściła, westchnęła i siadła.

Hrabia pan! zmienni w gustach są ludzie majętni!

Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni!

A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna!

Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna!

Pilnowany, niełacno zerwie pierwsze związki,

Przy tem dla Telimeny ma już obowiązki,

Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni,

W uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni.

Długo serce młodzieńca proste i dziewicze

Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!

Ono rozkosz i wita, i żegna z weselem,

Jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem.

Tylko stary pjanica, gdy już spali trzewa,

Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa.

Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała,

Bo i rozum, i wielkie doświadczenie miała.

Lecz co powiedzą ludzie? Można im zejść z oczu,

W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu

Lub, co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy,

Na przykład zrobić małą podróż do stolicy,

Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić,

Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić,