Выбрать главу

Na koniec na murawie siąść i owad łowić.

Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmowić;

Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,

Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył -

W tak przyjaźnej postawie, choć nic nie mówili

O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili;

I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa,

Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa -

Hasło wieczerzy. Pora powracać do domu,

Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu.

Może szukają? razem wracać nie wypada;

Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada,

A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi;

Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi:

Telimenie zdało się, że raz spoza krzaka

Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka,

Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi

Pokazał się na lewo cień biały i długi.

Co to było, nie wiedział, ale miał przeczucie,

Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie.

Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy,

Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy,

W niebytność państwa znowu do zamku szturmował

I kredens doń (jak mówi) zaintromitował.

Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna

Po prawej stronie męża ma Podkomorzyna.

Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił,

Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił;

Mężczyznom dano wódkę; za czym wszyscy siedli

I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli.

Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi,

W towarzystwie kielichów węgrzyna, malagi;

Jedzą, piją, a milczą wszyscy. Nigdy pono,

Od czasu jako mury zamku podźwigniono,

Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów,

Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów,

Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy;

Tylko pukanie korków i brzęki talerzy

Odbijała zamkowa sień wielka i pusta:

Rzekłbyś, iż zły duch gościom zasznurował usta.

Mnogie były powody milczenia: Myśliwi

Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi;

Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą,

Postrzegają, że wyszli z niej nie z wielką sławą:

Trzebaż było, ażeby jeden kaptur popi,

Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip z konopi,

Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie!

Cóż o tem będą gadać w Oszmianie i Lidzie,

Które od wieków walczą z tutejszym powiatem

O pierwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tem.

Zaś Asesor i Rejent, prócz wspólnych niechęci,

Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci.

W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga

I omykiem spod gaju kiwając, urąga,

I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem.

Siedzieli z pochylonem ku misie obliczem.

Asesor nowe jeszcze miał powody żalów,

Patrząc na Telimenę i na swych rywalów.

Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem,

Pomieszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem.

Chciała zasępionego Hrabiego zabawić,

Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić,

Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki,

A raczej, jako myślił Tadeusz, z zasadzki;

Słuchając Telimeny, czoło podniosł hardo,

Brwi zmarszczył, spójrzał na nią ledwie nie z pogardą;

Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi,

Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi,

Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiécha,

Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha.

Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie,

Że umizgał się tylko na złość Telimenie;

Bo głowę odwracając niby nieumyślnie,

Coraz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie.

Telimena nie mogła pojąć, co to znaczy:

Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy.

Wreszcie, nowym zalotom Hrabiego dość rada,

Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.

Tadeusz, też posępny, nic nie jadł, nic nie pił,

Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił;

Telimena mu leje wino, on się gniewa

Na natrętność; pytany o zdrowie - poziewa.

Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora),

Że Telimena zbytnie do zalotów skora;

Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko,

Nieskromnie - a dopiero, kiedy podniosł oko!

Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice:

Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice,

Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę!

Przebóg! naróżowana!

Czy róż w złym gatunku,

Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku:

Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskroś grubszą płeć odsłania.

Może to sam Tadeusz, w Świątyni dumania

Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła

Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła.

Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu

I poprawić kolory swe nie miała czasu;

Około ust szczególniej widne były piegi.

Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi,

Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać

Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać:

Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni

Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!

Niestety! Czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie

Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie

Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie

Odmieniać smak i serce - lecz któż sercem władnie?

Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem,

Chłod duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem:

Już ten wzrok, jako księżyc światły, a bez ciepła,

Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła...

Takie robiąc sam sobie wyrzuty i skargi,

Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi.

Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi:

Podsłuchiwać, co Zosia mówiła do Hrabi.

Dziewczyna, uprzejmością Hrabiego ujęta,

Zrazu rumieniła się spuściwszy oczęta,