Выбрать главу

Lecz skóry Księdzu nie dam; lub gwałtem zabiorę,

Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę,

Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli.

Skórą tą rozporządzimy wedle naszej woli;

Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży,

Skórę Jaśnie Wielmożny Pan nasz Podkomorzy

Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył".

Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył;

Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał,

Tamten - jak zwierza znalazł, ten - jak ranę zadał,

Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił

Znowu w ostęp. Asesor z Rejentem się kłócił,

Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki,

Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki.

"Sędzio sąsiedzie - wreszcie wyrzekł Podkomorzy -

Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży;

Lecz niełacno rozsądzić, kto jest po nim drugi,

Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi,

Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem.

Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem.

Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura:

Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra.

Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny),

Jako młodszy i jako gospodarza krewny;

Więc spolija opima weźmiesz, Mości Hrabia.

Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia,

Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy,

Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy".

Umilknął wesoł, myśląc, że Hrabię ucieszył;

Nie wiedział, jak boleśnie serce jego przeszył.

Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie

Mimowolnie wzrok podniosł: a te łby jelenie,

Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów

Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów,

Te rzędami portretów zdobione filary,

Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary,

Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości;

Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości:

Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów,

Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów!

A przy tem zawiść, którą czuł do Tadeusza,

Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.

Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: "Mój domek zbyt mały

Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały;

Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy,

Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy".

Podkomorzy, zgadując, na co się zanosi,

Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi.

"Godzieneś pochwał - rzecze - Hrabio, mój sąsiedzie,

Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie;

Nie tak jak modni wieku twojego panicze,

Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę

Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie;

Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie.

Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić

Ziemią w sposób następny..." - Tu zaczął wywodzić

Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany:

Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany

Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli,

Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli,

Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone

Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę,

W kąt.

Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka,

Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika,

Z małych drzwiczek, ukrytych pomiędzy filary

Wysunęła się cicho postać na kształt mary.

Gerwazy! Poznano go po wzroście, po licach,

Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach.

Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy,

Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy;

W ręku trzymał błyszczący klucz, jakby puginał,

Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał.

Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary,

Dwa kurantowe, w szafach zamknięte zegary;

Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie,

Południe wskazywały często o zachodzie;

Gerwazy nie przybrał się machinę naprawić,

Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić,

Dręczył kluczem zegary każdego wieczora;

Właśnie teraz przypadła nakręcania pora.

Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę

Stron interesowanych, on pociągnął wagę:

Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe;

Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę.

"Bracie - rzekł - odłoż nieco twą pilną robotę!"

I kończył plan zamiany; lecz Klucznik na psotę

Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru;

I wnet gil, który siedział na wierzchu zegaru,

Trzepiocąc skrzydłem, zaczął ciąć kurantów nuty.

Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda, że popsuty,

Zająkał się i piszczał, im daléj, tem gorzéj.

Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Podkomorzy.

"Mości Kluczniku - krzyknął - lub raczej puszczyku,

Jeśli dziob twój szanujesz, dość mi tego krzyku!"

Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył,

Prawą rękę poważnie na zegar położył,

A lewą wziął się pod bok; tak oburącz wsparty,

"Podkomorzeńku! - krzyknął. - Wolne pańskie żarty.

Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach

Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach:

Co klucznik, to nie puszczyk; kto w cudze poddasze

Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę".

"Za drzwi z nim !" - Podkomorzy krzyknął. - "Panie Hrabia! -

Zawołał Klucznik. - Widzisz Pan, co się wyrabia?

Czy nie dosyć się jeszcze Pański honor plami,

Że Pan jadasz i pijasz z temi Soplicami?

Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,

Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,

Lżyć w domu Panów moich? I Panże to zniesie?"

Wtem Protazy zawołał trzykroć: "Uciszcie się!

Na ustąp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski,

Dwojga imion, jenerał niegdyś trybunalski,

Vulgo woźny, woźneńską obdukcyją robię

I wizyją formalną, zamawiając sobie

Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo

I pana Asesora wzywając na śledztwo

Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy:

O inkursyją, to jest o najazd granicy,