Выбрать главу

Rady rzadko udzielał i nie lada komu,

Ledwie w niezmiernie ważnych sporach lub umowach

Pytany wyrzekł zdanie, i w niewielu słowach.

Myślano, że dzisiejszej podejmie się sprawy

I stanie swą osobą na czele wyprawy;

Bo bijatykę lubił niezmiernie za młodu

I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,

Nucąc piosenkę: "Kiedy ranne wstają zorze",

Rad, że się wypogadza; mgła nie szła do góry,

Jak się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,

Ale coraz spadała; wiatr rozwinął dłonie

I mgłę muskał, wygładzał, rozściełał na błonie;

Tymczasem słonko z góry tysiącem promieni

Tło przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.

Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia:

Dziewica, siedząc w dole, krośny ujedwabia

I tło ręką wygładza, tymczasem tkacz z góry

Zrzuca jej nitki srebra, złota i purpury,

Tworząc barwy i kwiaty - tak dziś ziemię całą

Wiatr tumanami osnuł, a słońce dzierżgało.

Maciej ogrzał się słońcem, zakończył pacierze

I już się do swojego gospodarstwa bierze.

Wyniósł traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął:

Na ten świst rój królików spod ziemi wytrysnął.

Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,

Bielą się długie słuchy; pod nimi jaskrawe

Przeświecają się oczki jak krwawe rubiny

Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny.

Już króliki na łapkach stoją, każdy słucha,

Patrzy, na koniec cała trzódka białopucha

Bieży do starca, liśćmi kapusty znęcona,

Do nóg mu, na kolana skacze, na ramiona;

On, sam biały jak królik, lubi ich gromadzić

Wkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,

A drugą ręką z czapki proso w trawę miota

Dla wróblów; spada z dachów krzykliwa hołota.

Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,

Nagle króliki znikły w ziemi, a gromady

Wróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi,

Którzy szli do folwarku krokami prędkiémi.

Byli to z plebaniji przez szlachty gromadę

Posłowie wyprawieni do Maćka po radę.

Z dala witając starca niskiemi ukłony,

Rzekli: "Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony".

"Na wieki wieków, amen" - starzec odpowiedział,

A gdy się o ważności poselstwa dowiedział,

Prosi do chaty; weszli, zasiadają ławę,

Pierwszy z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.

Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało.

Dobrzyńscy prawie wszyscy; sąsiadów niemało

Z okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,

W kałamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni,

Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,

Ciekawi skutku narad koło domu krążą:

Już izbę napełnili, kupią się do sieni;

Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.

KSIĘGA SIÓDMA

RADA Treść:

Zbawienne rady Bartka, zwanego Prusak - Głos żołnierski Maćka Chrzciciela - Głos polityczny pana Buchmana - Jankiel radzi ku zgodzie, którą Scyzoryk rozcina - Rzecz Gerwazego, z której okazują się wielkie skutki wymowy sejmowej - Protestacja starego Maćka - Nagłe przybycie posiłków wojennych zrywa naradę - Hejże na Soplice!

Z kolei Bartek poseł rzecz swą wyprowadzał;

Ten, że często na strugach do Królewca chadzał,

Nazwany był Prusakiem od swych spółrodaków

Przez żart, bo nienawidził okropnie Prusaków,

Choć lubił o nich gadać; człek podeszły w lata,

W podróżach swych dalekich wiele zwiedził świata;

Gazet pilny czytelnik, polityki świadom,

Mógł więc niemało światła udzielić obradom.

Ten tak rzecz kończył:

"Nie jest to, Panie Macieju,

Bracie mój, a nas wszystkich Ojcze Dobrodzieju,

Nie jest to marna pomoc. Ja bym na Francuzów

Spuścił się w czasie wojny jak na czterech tuzów:

Lud bitny, a od czasów pana Tadeusza

Kościuszki świat takiego nie miał genijusza

Wojennego jak wielki Cesarz Bonaparte.

Pamiętam, kiedy przeszli Francuzi przez Wartę,

Bawiłem za granicą wtenczas, w roku Pańskim

Tysiącznym osimsetnym szóstym; właśnie z Gdańskiem

Handlowałem, a krewnych mam wielu w Poznańskiem.

Jeździłem ich odwiedzić; więc z panem Józefem

Grabowskim, który teraz jest rejmentu szefem,

A podówczas żył na wsi blisko Obiezierza,

Polowaliśmy sobie na małego źwierza.

Był pokój w Wielko - Polszcze, jak teraz na Litwie;

Wtem nagle rozeszła się wieść o strasznej bitwie;

Przybiegł do nas posłaniec od pana Todwena,

Grabowski list przeczytał, krzyknął: <<Jena! Jena!

Zbito Prusaków na łeb, na szyję, wygrana!>>

Ja, z konia zsiadłszy, zaraz padłem na kolana,

Dziękując Panu Bogu.

Do miasta jedziemy

Niby dla interesu, niby nic nie wiemy,

Aż tu widzimy: wszystkie landraty, hofraty,

Komisarze i wszystkie podobne psubraty

Kłaniają się nam nisko; każdy drży, blednieje,

Jako owad prusaczy, gdy wrzątkiem kto zleje.

My śmiejąc się, trąc ręce, prosim uniżenie

O nowinki? pytamy, co słychać o Jenie?

Tu ich strach zdjął, dziwią się, że o klęsce owej

Już wiemy; krzyczą Niemcy: <<Achary Got! o wej!>>

Spuściwszy nos, do domów, z domów dalej w nogi -

O, to był rwetes! Wszystkie wielkopolskie drogi

Pełne uciekających; niemczyska jak mrowie

Pełzną, ciągną pojazdy, które lud tam zowie

Wageny i fornalki; mężczyźni, kobiety,

Z fajkami, z imbryczkami, wleką pudła, bety;

Drapią, jak mogą; a my milczkiem wchodzim w radę:

Hejże na koń, pomieszać Niemcom rejteradę!

Nuż landratom tłuc w karki, z hofratów drzeć schaby,

A herów oficerów łowić za harcaby -

A jenerał Dąbrowski wpada do Poznania

I cesarski przynosi rozkaz: do powstania!

W tydzień jeden - tak lud nasz Prusaków wychłostał

I wygnał, na lekarstwo Niemca byś nie dostał!

Gdyby się tak obrócić i gracko, i raźnie,

I u nas w Litwie sprawić Moskwie taką łaźnię?