Выбрать главу

Okręcił się i szpadą powitał gromadę.

"Wiwat Hrabia! - krzyknęli - z nim żyć i umierać!"

Szlachta zaczęła z chaty przez okna wyzierać

I za Klucznikiem coraz ku drzwiom się napierać;

Klucznik wyszedł, a za nim tłum przeze drzwi runął,

Maciek resztę wypędził, drzwi zamknął, zasunął

I przez okno wyjrzawszy, raz jeszcze rzekł: "Głupi!"

A tymczasem się szlachta do Hrabiego kupi;

Idą w karczmę, Gerwazy wspomniał dawne czasy,

Kazał sobie trzy podać od kontuszów pasy,

Na nich ze sklepu karczmy beczki wydobywa

Trzy: jedną miodu, drugą wódki, trzecią piwa.

Wyjął goździe, wnet z szumem trysnęły trzy strugi:

Jeden biały jak srebro, krwawnikowy drugi,

Trzeci żółty; troistą grają w górze tęczą,

A spadając w sto kubków, we sto szklanek brzęczą.

Wre szlachta, tamci piją, ci Hrabiemu życzą

Lat setnych, wszyscy: "Hajże na Soplice!" krzyczą.

Jankiel wymknął się milczkiem, oklep; Prusak równie,

Nie słuchany, choć jeszcze rozprawiał wymownie,

Chciał zmykać, szlachta w pogoń, wołając, że zdradził.

Mickiewicz stał z daleka, ni krzyczał, ni radził,

Ale z miny poznano, że coś złego knuje,

Więc do kordów, i hajże! On się rejteruje,

Odcina się, już ranny, przyparty do płotów,

Gdy mu skoczył na odsiecz Zan i trzech Czeczotów.

Zaczem rozjęto szlachtę, ale w tym rozruchu

Dwóch było ciętych w ręce, ktoś dostał po uchu.

Reszta wsiadała na koń.

Hrabia i Gerwazy

Porządkują, rozdają oręże, rozkazy.

W końcu wszyscy przez długą zaścianku ulicę

Puścili się w cwał, krzycząc: "Hajże na Soplice!"

KSIĘGA ÓSMA

ZAJAZD Treść:

Astronomia Wojskiego - Uwaga Podkomorzego nad kometami - Tajemnicza scena w pokoju Sędziego - Tadeusz, chcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie kłopoty - Nowa Dydo- Zajazd - Ostatnia woźnieńska protestacja - Hrabia zdobywa Soplicowo - Szturm i rzeź - Gerwazy piwnicznym - Uczta zajazdowa.

Przed burzą bywa chwila cicha i ponura,

Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura

Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,

Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,

Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie:

Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie.

Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń

Ścięło usta i wzniosło duchy w kraje marzeń.

Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu

Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru;

Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;

Całe grono z posępną i cichą postawą

Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać,

Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi przybliżać,

Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną

Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,

Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,

Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych,

Z których składa się dziwna muzyka wieczoru.

Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;

Szepnęły wiotkiem skrzydłem niedoperze, lecą

Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;

Niżej zaś - niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem

Wiją się, przywabione białym kobiet strojem.

Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice

I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce.

Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,

Kręci się, grając jako harmoniki sfera;

Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów

Akord muszek i półton fałszywy komarów.

W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;

Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty.

Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,

Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,

Już bekasy do góry porwawszy się wiją

I bekając raz po raz jak w bębenki biją.

Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy

Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,

Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,

Milczące przez dzień cały, grające z wieczora.

Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,

Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;

Drugi staw, z dnem błotnistem i gardzielem mętnym,

Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;

W obu stawach piały żab niezliczone hordy,

Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.

Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,

Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;

Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,

Jak grające na przemian dwie arfy Eola.

Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki,

W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,

A dalej, u ścieśnionych widnokręgu brzegów,

Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.

Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,

Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.

One teraz, z pomroku odkryte w połowie,

Drzemały obok siebie jako małżonkowie

Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona

Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona.

Już naprzeciw księżyca gwiazda jedna, druga

Błysnęła; już ich tysiąc, już milijon mruga.

Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele,

Zwani niegdyś u Sławian: Lele i Polele;

Teraz ich w zodyjaku gminnym znów przechrzczono,

Jeden zowie się L i t w ą, a drugi K o r o n ą.

Dalej niebieskiej W a g i dwie szale błyskają;

Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy powiadają)

Ważył z kolei wszystkie planety i ziemie,

Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię;

Potem wagi złociste zawiesił na niebie:

Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie.

Na północ świeci okrąg gwiaździstego S i t a,

Przez które Bóg (jak mówią) przesiał ziarnka żyta,

Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca,

Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca.

Nieco wyżej D a w i d a w ó z, gotów do jazdy,

Długi dyszel kieruje do Polarnej Gwiazdy.