Выбрать главу

Nigdy już odtąd gniewnej nie przebłagasz Zosi.

Gerwazy przypomina starodawne czasy.

Każe sobie podawać od kontuszów pasy

I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa

Beczki starej siwuchy, dębniaku i piwa.

Jedne wnet odgwożdżono, a drugie ochoczo

Szlachta, gęsta jak mrówie, porywają, toczą

Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera,

Tam założona główna Hrabiego kwatera.

Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,

Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;

Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać.

Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać;

Oko gaśnie za okiem, i cała gromada

Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam pada:

Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.

Tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci.

KSIĘGA DZIEWIĄTA

BITWA Treść:

O niebezpieczeństwach wynikających z nieporządnego obozowania - Odsiecz niespodziana - Smutne położenie szlachty - Odwiedziny kwestarskie są wróżbą ratunku - Major Płut zbytnią zalotnością ściąga na siebie burzę - Wystrzał z krócicy, hasło boju - Czyny Kropiciela, czyny i niebezpieczeństwa Maćka - Konewka zasadzką ocala Soplicowo - Posiłki jezdne, atak na piechotę - Czyny Tadeusza - Pojedynek dowódców przerwany zdradą - Wojski stanowczym manewrem przechyla szalę boju - Czyny krwawe Gerwazego - Podkomorzy zwyciężca wspaniałomyślny.

A chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi

Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,

Którzy wpadli na szlachtę, jak pająki ścienne

Nazwane k o s a r z a m i na muchy wpółsenne:

Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi

Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.

Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy:

Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,

Chociaż byli chwytani silnymi rękoma

I przewracani jako na przewiąsłach słoma.

Tylko jeden Konewka, któremu w powiecie

Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,

Konewka, co mógł wypić lipcu dwa antały,

Nim mu splątał się język i nogi zachwiały,

Ten, choć długo ucztował i usnął głęboko,

Dawał przecie znak życia; przemknął jedno oko

I widzi! istne zmory! dwie okropne twarze

Tuż nad sobą, a każda ma wąsów po parze;

Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami

I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami;

Zląkł się, chciał przeżegnać się: darmo rękę chwyta,

Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;

Ruszył lewą, niestety! czuje, że go duchy

Spowiły ciasno, jako niemowlę w pieluchy;

Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,

Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!

Lecz Kropiciel zerwał się bronić się - po czasie!

Bo już był skrępowany we swym własnym pasie;

Przecież zwinął się i tak sprężyście podskoczył,

Że padł na piersi sennych, po głowach się toczył,

Miotał się jako szczupak, gdy się w piasku rzuca.

A ryczał jako niedźwiedź, bo miał silne płuca.

Ryczał: "Zdrada!" Wnet cała zbudzona gromada

Chorem odpowiedziała: "Zdrada! gwałtu! zdrada!"

Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,

Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali;

Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera,

Związany w kij do swego własnego rapiera;

Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,

W czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych;

Jeden z nich, opasany szarfą, trzymał szpadę

I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę,

Szepcąc: "Wiąż! wiąż!"

Dokoła leżą jak barany

Dżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie związany,

Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnety

Stoją drabi. - Poznał ich Gerwazy, niestety!

Moskale!!!

Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach,

Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach,

A przecież się uwalniał; wiedział o sposobie

Rwania więzów, był silny bardzo, ufał sobie.

Przemyślał ratować się milczkiem; oczy zmrużył,

Niby śpi, z wolna ręce i nogi przedłużył,

Dech wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężej;

Aż jednym razem kurczy, wydyma się, pręży,

Jak wąż, głowę i ogon gdy chowa w przeguby,

Tak Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby;

Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły powrozy,

Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy

Przewrócił się i w ziemię schowawszy twarz gniewną,

Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak drewno.

Wtem ozwały się bębny, naprzód z rzadka, potem

Coraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem;

Na ten apel rozkazał oficer Moskali

Dżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali,

Szlachtę wieść na dwór, kędy stała druga rota.

Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.

Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele:

Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,

Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele.

Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie,

Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie.

Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził?

Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?

Asesor-li, czy Jankiel? Różnie słychać o tem,

Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.

Już też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni,

Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni,

Na wpół widne, na poły w czerni chmur się chowa

Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.

Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu,

Gęste i poszarpane jako bryły lodu;

Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy,

Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,

Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:

I tak dzień na przemiany był chłodny i słotny.

Tymczasem Major belki schnące pode dworem

Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem

Półokrągłe otwory, w te otwory wtyka

Nogi więźniów i drugą belką je zamyka.

Oba drewna goździami przebite po rogach

Ścisnęły się, jako psie paszczęki, na nogach.