Выбрать главу

Tak orlik, jedną szponę gdy wbije w zająca,

Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,

A zając, targnąwszy się, orła wpół rozszczepi,

Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie,

A lewą, zakrwawioną, źwierz na pola niesie.

Kropiciel, wolny, oczy obraca dokoła,

Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła,

Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w kroku

I pilnując się z bliska Gerwazego boku,

Aż Saka, syna swego, postrzega w natłoku.

Sak prawą ręką szturmak wymierza, a lewą

Ciągnie za sobą długie, sążniowate drzewo,

Uzbrojone w krzemienie i w guzy, i sęki

(Nikt by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki).

Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył,

Chwycił je, ucałował, z radości podskoczył,

Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył.

Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył,

Daremnie śpiewać, nikt by muzie nie uwierzył,

Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiécie,

Która, stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie,

Widziała, jako Dejów, moskiewski jenerał,

Wchodząc z pułkiem Kozaków, już bramę otwierał

I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,

Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.

Dosyć, że się tak stało, jak przewidział Ryków:

Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników.

Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych,

Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych,

Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę,

Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.

Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela,

Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;

Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela.

On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony

Księdzu bić się), lecz jako człowiek doświadczony

Dawał rady, plac boju z różnych stron obchodził,

Wzrokiem, ręką, walczących zachęcał, przywodził.

I teraz woła, aby do niego się łączyć,

Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo dokończyć.

Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa,

Że jeżeli broń złoży, życie swe zachowa;

Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać,

Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.

Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu;

Zebrawszy koło siebie z pół batalijonu,

Krzyknął: "Za broń!" - wnet szereg karabiny chwyta,

Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita;

Krzyknął: "Cel!" - rury rzędem zabłysnęły długim,

Krzyknął: "Ognia koleją!" - grzmią jeden po drugim;

Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,

Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki.

Cały szereg zdaje się być ruchawym płazem,

Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem.

Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pjani,

Źle mierzą i chybiają, rzadko który rani,

Ledwie który zabije; przecież dwóch Maciejów

Już zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów.

Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,

Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela,

Ale starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą,

Rażą, spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą.

Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić.

Tadeusz, który został w domu kobiet bronić

Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzéj

Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,

Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;

Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.

Bieży, broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,

Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.

Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;

Zaczem wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,

A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,

Ogląda się, cofa; widzą to Moskale;

Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,

Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.

"Formuj się do ataku! - zawołał - na sztyki!

Naprzód!" Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,

Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;

Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,

Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;

Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,

Krzyczy: "Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!"

"Pal - woła Sędzia - ja cię w tym ogniu usmażę".

O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe

Świecą się pod lipami twoje ściany białe

Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada

Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,

Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie;

Bez niego już by było dziś po Soplicowie!

Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;

Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,

Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,

Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,

Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa

Na czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,

Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił;

Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,

Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,

Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę

I spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca

Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;

Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemi

I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi

Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,

Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.

Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,

Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,

Od której choć w zalotach został pogardzony,

Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.

Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,

Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza

Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;

Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.

Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,

Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

Stodoła już daleko; bojąc się odwodu

Długiego, Ryków skoczył pod parkan ogrodu,

Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,