Выбрать главу

Wkoło zaś wahały się suszące się snopy

Szałwiji, benedykty kardy, macierzanki:

Cała zielna domowa apteka Wojszczanki.

Sernica w górze miała wszerz sążni półczwarta.

A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta,

Niby gniazdo bocianie. Stary słup dębowy

Pochylił się, bo już był wygnił do połowy,

Groził upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,

Aby zrucił budowę wiekiem nadwątloną;

Ale Sędzia powiadał, że woli poprawiać

Aniżeli rozrucać, albo też przestawiać.

Odkładał budowanie do sposobnej pory,

Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie podpory.

Tak pokrzepiona, ale nietrwała budowa

Wyglądała za parkan nad trójkąt Rykowa.

Ku tej sernicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,

Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą;

Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopie

I kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.

Przyszedłszy, drągi wparli w wierzch słupa nadgniły,

Sami, u końców wisząc, pchają z całej siły,

Jako flisy uwięzłą na rapach wicinę

Długimi drągi z brzegu pędzą na głębinę.

Trzasnął słup: już sernica chwieje się i wali

Z brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali,

Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi,

Leżą drwa, trupy, sery białe jako śniegi,

Krwią i mozgiem splamione. Trójkąt w sztuki pryska,

A już w środku Kropidło grzmi, już Brzytwa błyska,

Siecze Rózga, od dworu wpada szlachty tłuszcza,

A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza.

Już tylko ośmiu jegrów z sierżantem na czele

Bronią się; bieży Klucznik; oni stoją śmiele,

Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika;

On leci na strzał, kręcąc ostrze Scyzoryka.

Widzi to Ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę.

Sam pada i podbija Gerwazemu nogę.

Upadli, właśnie kiedy pluton ognia dawał;

Ledwie ołów prześwisnął, już Gerwazy wstawał,

Już wskoczył w dym; dwom jegrom zaraz głowy zmiata.

Uciekają strwożeni, Klucznik goni, płata;

Oni biegną dziedzińcem, Gerwazy ich torem;

Wpadają we drzwi gumna stojące otworem,

I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,

Zniknął w ciemności, ale bitwy nie zaniechał,

Bo przeze drzwi jęk słychać, wrzask i gęste razy.

Wkrótce ucichło wszystko; wyszedł sam Gerwazy

Z mieczem krwawym.

Już szlachta odzierżyła pole,

Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie, kole;

Ryków sam został, krzyczy, że broni nie złoży,

Bije się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy

I wznosząc karabelę, rzekł poważnym tonem:

"Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem,

Dałeś proby, rycerzu nieszczęsny, lecz mężny,

Twojej odwagi; porzuć opór niedołężny,

Złóż broń, nim cię naszymi szablami rozbroim;

Zachowasz życie i cześć, jesteś więźniem moim!"

Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,

Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą,

Skrwawioną po rękojeść, i rzekł: "Lachy braty!

Oj, biada mnie, żem nie miał choć jednej armaty!

Dobrze mówił Suworow: <<Pomnij, Ryków kamrat,

Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!>>

Cóż! jegry byli pjani, Major pić pozwolił!

Och, major Płut, on dzisiaj bardzo poswawolił!

On odpowie przed carem, bo on miał komendę,

Ja, Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.

Ruskie przysłowie mówi: Kto się mocno lubi,

Ten, Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.

Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,

Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki".

Podkomorzy, słysząc to, karabelę wznasza

I przez Woźnego pardon powszechny ogłasza,

Każe rannych opatrzyć, z trupów czyścić pole,

A jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę.

Długo szukano Płuta; on, w krzaku pokrzywy

Zarywszy się głęboko, leżał jak nieżywy;

Wyszedł wreszcie, ujrzawszy, że było po bitwie.

Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie.

KSIĘGA DZIESIĄTA

EMIGRACJA. JACEK Treść:

Narada tycząca się zabezpieczenia losu zwycięzców - Układy z Rykowem - Pożegnanie - Ważne odkrycie - Nadzieja.

Owe obłoki ranne, zrazu rozpierzchnione

Jak czarne ptaki, lecąc w wyższą nieba stronę,

Coraz się zgromadzały; ledwie słońce zbiegło

Z południa, już ich stado pół niebios obległo

Ogromną chmurą; wiatr ją pędził coraz chyżej,

Chmura coraz gęstniała, zwieszała się niżej,

Aż jedną stroną na wpół od niebios oddarta,

Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta,

Jak wielki żagiel, biorąc wszystkie wiatry w siebie,

Od południa na zachód leciała po niebie.

I była chwila ciszy; i powietrze stało

Głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało.

I łany zbóż, co wprzódy, kładąc się na ziemi

I znowu w górę trzęsąc kłosami złotemi,

Wrzały jak fale, teraz stoją nieruchome

I poglądają w niebo najeżywszy słomę.

I zielone przy drogach wierzby i topole,

Co pierwej, jako płaczki przy grobowym dole,

Biły czołem, długiemi kręciły ramiony,

Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony -

Teraz jak martwe, z niemej wyrazem żałoby,

Stoją na kształt posągów sypilskiej Nioby.

Jedna osina drżąca wstrząsa liście siwe.

Bydło, zwykle do domu powracać leniwe,

Teraz zbiega się tłumnie, pasterzy nie czeka

I opuszczając strawę, do domu ucieka.

Buhaj racicą ziemię kopie, orze rogiem

I całą trzodę straszy ryczeniem złowrogiem;

Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko,

Usta z dziwu otwiera i wzdycha głęboko;

A wieprz marudzi w tyle, dąsa się i zgrzyta,

I snopy zboża kradnie, i na zapas chwyta.

Ptastwo skryło się w lasy, pod strzechy, w głąb trawy;

Tylko wrony, stadami obstąpiwszy stawy,

Przechadzają się sobie poważnemi kroki,

Czarne oczy kierują na czarne obłoki;

Wytknąwszy język z suchej, szerokiej gardzieli

I skrzydła roztaczając, czekają kąpieli;