Выбрать главу

Dając na skarb milijon; jak książę Radziwiłł

Dominik, co zastawił dobra swe i sprzęty

I dwa uzbroił nowe konne regimenty.

Jedź, jedź, a weź pieniądze; rąk tam dosyć mamy,

Ale grosza brak w Księstwie; jedź Wasze, żegnamy".

Telimena, smutnemi rzuciwszy oczyma:

"Niestety - rzekła - widzę, że cię nic nie wstrzyma!

Rycerzu mój, w wojenne kiedy wstąpisz szranki,

Obróć czułe spójrzenie na kolor kochanki!

(Tu wstążkę oderwawszy od sukni, zrobiła

Kokardę i na piersiach Hrabi przyszpiliła).

Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste,

Na kopije błyszczące i deszcze siarczyste,

A kiedy się rozsławisz walecznemi czyny

I gdy nieśmiertelnemi przesłonisz wawrzyny

Skrwawiony szyszak i hełm twój zwycięstwem hardy,

I wtenczas jeszcze oko zwróć do tej kokardy.

Wspomnij, czyja ten kolor przyszpiliła ręka!"

Tu mu podała rękę.

Pan Hrabia przyklęka,

Całuje; Telimena zbliżyła do oka

Chustkę, a drugiem okiem pogląda z wysoka

Na Hrabię, który żegnał ją mocno wzruszony.

Ona wzdychała, ale ruszyła ramiony.

Lecz Sędzia rzekł:

"Mój Hrabio, śpiesz się, bo już późno".

A ksiądz Robak: "Dość tego! - wołał z miną groźną. -

Spiesz się, Wasze!" - Tak rozkaz Sędziego i Księdza

Rozdziela czułą parę i z izby wypędza.

Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmował

Ze łzami i Robaka w rękę pocałował;

Robak, ku piersiom chłopca przycisnąwszy skronie

I na głowie mu na krzyż położywszy dłonie,

Spójrzał ku niebu i rzekł: "Synu! z Panem Bogiem!"

I zapłakał... A już był Tadeusz za progiem.

"Jak to? - zapytał Sędzia - nic mu brat nie powie

I teraz? Biedny chłopiec, jeszcze się nie dowie

O niczem! przed odjazdem?" -

"Nie - rzekł Ksiądz - o niczem

(Płacząc długo z zakrytem rękami obliczem).

I po cóż by miał wiedzieć biedny, że ma ojca,

Który się skrył przed światem jak łotr, jak zabojca?

Bóg widzi, jak pragnąłbym, ale z tej pociechy

Zrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy".

"Więc - rzecze Sędzia - teraz czas myśleć o sobie;

Uważ, że człowiek w twoim wieku i chorobie

Nie zdołałby z innymi razem emigrować;

Mówiłeś, że wiesz domek, gdzie się masz przechować;

Powiedz, gdzie? Spieszmy, czeka zaprzężona bryka.

Czy nie najlepiej w puszczę, do chaty leśnika?"

Robak, kiwając głową, rzekł: "Do jutra rana

Mam czas; teraz, mój bracie, poślij do plebana,

Aby tu jak najrychlej przybył z wijatykiem.

Oddal stąd wszystkich, zostań tyko sam z Klucznikiem.

Zamknij drzwi".

Sędzia spełnił Robaka rozkazy

I usiada na łóżku przy nim; a Gerwazy

Stoi, łokieć przytwierdza na główni rapiera,

A czoło pochylone na dłoniach opiera.

Robak, nim zaczął mówić, w Klucznika oblicze

Wzrok utkwił i milczenie chował tajemnicze.

A jako chirurg naprzód miękką rękę składa

Na ciele chorującem, nim ostrzem raz zada,

Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,

Długo niemi po oczach Gerwazego wodził,

Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,

Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:

"Jam jest Jacek Soplica..."

Klucznik na to słowo

Pobladnął, pochylił się, i ciała połową

Wygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,

Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.

Oczy roztwierał, usta szeroko rozszerzał,

Grożąc białemi zęby, a wąsy najeżał;

Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymał

Kolanami i głownię prawą ręką imał,

Cisnąc ją; rapier, z tyłu za nim wyciągniony,

Długim, czarnym swym końcem chwiał się w różne strony.

I Klucznik był podobny rysiowi rannemu,

Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu,

Wydyma się kłębuszkiem, mruczy, krwawe ślepie

Wyiskrza, wąsy rusza i ogonem trzepie.

"Panie Rębajło - rzekł Ksiądz - już mię nie zatrwożą

Gniewy ludzkie, bo jestem już pod ręką Bożą;

Zaklinam cię na imię Tego, co świat zbawił

I na krzyżu zabójcom swoim błogosławił,

I przyjął prośbę łotra, byś się udobruchał

I to, co mam powiedzieć, cierpliwie wysłuchał;

Sam przyznałem się; muszę dla ulgi sumnienia

Pozyskać, a przynajmniej prosić przebaczenia.

Posłuchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobie

Ze mną, co zechcesz". I tu złożył ręce obie

Jak do pacierza; Klucznik cofnął się zdumiony,

Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony.

A Ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłość

Opowiadać i swoją z jego córką miłość,

I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.

Lecz mówił nieporządnie, często mięszał skargi

I żale we swą spowiedź, często rzecz przecinał,

Jak gdyby już ją kończył, i znowu zaczynał.

Klucznik, dzieje Horeszków znający dokładnie,

Całą tę powieść, chociaż splątaną bezładnie,

Porządkował w pamięci i dopełniać umiał;

Lecz Sędzia wielu rzeczy zgoła nie rozumiał.

Oba pilnie słuchali, pochyliwszy głowy,

A Jacek mówił coraz wolniejszemi słowy

I często zarywał się.

*

"Wszak sam wiesz, Gerwazeńku, jak Stolnik zapraszał

Często mnie na biesiady; zdrowie moje wnaszał,

Krzyczał nieraz, do góry podniósłszy szklenicę,

Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę;

Jak on mnie ściskał! Wszyscy, którzy to widzieli,

Myślili, że on ze mną duszą się podzieli.

On przyjaciel? on wiedział, co się wtenczas działo

W duszy mojej!

*

Tymczasem już szeptała o tem okolica,

Jaki taki gadał mi: <<Ej, panie Soplica!

Daremnie konkurujesz; dygnitarskie progi

Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi>>.

Ja śmiałem się, udając, że drwiłem z magnatów

I z córek ich, i nie dbam o arystokratów;

Że jeśli bywam u nich, z przyjaźni to robię,