Выбрать главу

Ślubny, szuka na łące; a Rejenta dama

Jeszcze u gotowalni, choć śpieszy się sama

I choć jej pomagają służebne kobiety,

Nie mogła w żaden sposób skończyć toalety;

Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą.

KSIĘGA DWUNASTA

KOCHAJMY SIĘ Treść:

Ostatnia uczta staropolska - Arcyserwis - Objaśnienie jego figur - Jego ruchy - Dąbrowski udarowany - Jeszcze o Scyzoryku. - Kniaziewicz udarowany. - Pierwszy akt urzędowy Tadeusza przy objęciu dziedzictwa - Uwagi Gerwazego - Koncert nad koncertami - Polonez - Kochajmy się!

Na koniec z trzaskiem sali drzwi na wściąż otwarto.

Wchodzi pan Wojski w czapce i z głową zadartą,

Nie wita się i miejsca za stołem nie bierze,

Bo Wojski występuje w nowym charakterze,

Marszałka dworu; laskę ma na znak urzędu

I tą laską z kolei, jako mistrz obrzędu,

Wskazuje wszystkim miejsca i gości usadza.

Naprzód, jako najpierwsza województwa władza,

Podkomorzy-Marszałek wziął miejsce zaszczytne:

Ze słoniowym poręczem krzesło aksamitne;

Obok na prawej stronie jenerał Dąbrowski,

Na lewej siadł Kniaziewicz, Pac i Małachowski.

Śród nich Podkomorzyna, dalej inne panie,

Oficerowie, pany, szlachta i ziemianie,

Mężczyźni i kobiety, na przemian po parze

Usiadają porządkiem, gdzie Wojski ukaże.

Pan Sędzia skłoniwszy się opuścił biesiadę;

On na dziedzińcu włościan traktował gromadę;

Zebrawszy ich za stołem na dwa staje długim,

Sam siadł na jednym końcu, a pleban na drugim.

Tadeusz i Zofija do stołu nie siedli;

Zajęci częstowaniem włościan, chodząc jedli.

Starożytny był zwyczaj, iż dziedzice nowi

Na pierwszej uczcie sami służyli ludowi.

Tymczasem goście, potraw czekający w sali,

Z zadziwieniem na wielki serwis poglądali,

Którego równie drogi kruszec jak robota.

Jest podanie, że książę Radziwiłł-Sierota

Kazał ten sprzęt na urząd w Wenecyi zrobić

I wedle własnych planów po polsku ozdobić.

Serwis, potem zabrany czasu wojny szwedzkiéj,

Przeszedł, nie wiedzieć jaką drogą, w dom szlachecki.

Dziś ze skarbca dobyty zajął środek stoła

Ogromnym kręgiem na kształt karetnego koła.

Serwis ten był nalany ode dna po brzegi

Piankami i cukrami białemi jak śniegi:

Udawał przewybornie krajobraz zimowy;

W środku czerniał ogromny bór konfiturowy:

Stronami domy, niby wioski i zaścianki,

Okryte zamiast śronu cukrowwemi pianki;

Na krawędziach naczynia, stoją dla ozdoby

Niewielkie, z porcelany wydęte osoby

W polskich strojach; jakoby aktory na scenie,

Zdawały się przedstawiać jakoweś zdarzenie;

Gest ich sztucznie wydany, farby osobliwe,

Tylko głosu im braknie, zresztą gdyby żywe.

Cóż przedstawiają? - goście pytali ciekawi,

Zaczem Wojski podnosi laskę i tak prawi

(Tymczasem podawano wódkę przed jedzeniem):

"Za mych Wielce Mościwych Panów pozwoleniem:

Te persony, których tu widzicie bez liku,

Przedstawiają polskiego historią sejmiku,

Narady, wotowanie, tryumfy i waśnie;

Sam tę scenę odgadłem i Państwu objaśnię.

"Oto na prawo widać liczne szlachty grono:

Pewnie ich przed sejmikiem na ucztę sproszono.

Czeka nakryty stolik; nikt gości nie sadza,

Stoją kupkami, każda kupka się naradza.

Patrzcie, iż w każdej kupce stoi w środku człowiek,

Z którego ust otwartych, z podniesionych powiek,

Rąk niespokojnych, widać - mówca; cóś tłomaczy,

I palcem eksplikuje, i na dłoni znaczy.

Ci mowcy zalecają swoich kandydatów

Z różnym skutkiem, jak widać z miny szlachty bratów.

Wprawdzie tam w drugiej kupie szlachta pilnie słucha,

Ten ręce za pas zatknął i przyłożył ucha,

Ów dłoń przy uchu trzyma i milczkiem wąs kręci,

Zapewne słowa zbiera i niże w pamięci;

Cieszy się mowca, widząc, że są nawróceni,

Gładzi kieszeń, bo kreski ich już ma w kieszeni.

Lecz za to w trzeciem gronie dzieje się inaczéj;

Tu mówca musi łowić za pasy słuchaczy.

Patrzcie! wyrywają się i cofają uszy;

Patrzcie, jako ten słuchacz od gniewu się puszy,

Wzniosł ręce, grozi mówcy, usta mu zatyka,

Pewnie słyszał pochwały swego przeciwnika;

Ten drugi, pochyliwszy czoło na kształt byka,

Powiedziałbyś, że mówcę pochwyci na rogi;

Ci biorą się do szabel, tamci poszli w nogi.

Jeden między kupkami szlachcic cichy stoi,

Widać, że człek bezstronny, waha się i boi;

Za kim dać kreskę? nie wie i sam z sobą w walce,

Pyta losu, wzniosł ręce, wytknął wielkie palce,

Zmrużył oczy, paznokciem do paznokcia mierzy,

Widać, że kreskę swoję kabale powierzy:

Jeśli palce trafią się, da afirmatywę,

A jeżeli się chybią, rzuci negatywę.

Na lewej druga scena: refektarz klasztoru,

Obrócony na salę szlacheckiego zboru.

Starsi rzędem na ławach siedzą, młodsi stają

I ciekawi przez głowy w środek zaglądają;

W środku marszałek stoi, wazon w ręku trzyma,

Liczy gałki, szlachta je pożera oczyma.

Właśnie wytrząsł ostatnią; woźni ręce wznoszą

I imię obranego urzędnika głoszą.

Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa.

Patrz, wytknął głowę oknem z kuchni refektarza,

Patrz, jak oczy wytrzeszczył, jak pogląda śmiało,

Usta otworzył, jakby chciał zjeść izbę całą:

Łatwo zgadnąć, że szlachcic ten zawołał: <<Veto!>>

Patrzcie, jak za tą nagłą do kłótni podnietą

Tłoczy się do drzwi ciżba, pewnie idą w kuchnię;

Dostali szable, pewnie krwawy bój wybuchnie.

Lecz tam, na korytarzu, Państwo uważacie

Tego starego księdza, co idzie w ornacie -

To przeor; Sanctissimum z ołtarza wynosi,

A chłopiec w komży dzwoni i na ustąp prosi;

Szlachta wnet szable chowa, żegna się i klęka,

A ksiądz tam się obraca, gdzie jeszcze broń szczęka;