Выбрать главу

Przybyłem, tylko że mnie ciekawość napadła

Obejrzeć z bliska naszą armię narodową.

Wiele by gadać - jest to ani to, ni owo!

Szlachta mnie obaczyła i gwałtem tu wiedzie,

A Waszeć za stół sadzasz - dziękuję, sąsiedzie".

To wyrzekłszy, przewrócił talerz dnem do góry

Na znak, że jeść nie będzie, i milczał ponury.

"Panie Dobrzyński - rzekł mu jenerał Dąbrowski -

Tyż to jesteś ów sławny rębacz Kościuszkowski,

Ów Maciej, zwany Rózga! Znam ciebie ze sławy.

I proszę, takiś dotąd czerstwy, taki żwawy!

Ileż to lat minęło! Patrz, jam się podstarzał,

Patrz, i Kniaziewiczowi już się włos poszarzał,

A ty jeszcze z młodszymi mógłbyś pójść w zapasy,

I Rózga twoja kwitnie pono jak przed czasy;

Słyszałem, żeś niedawno Moskalów oćwiczył.

Lecz gdzie są bracia twoi? Niezmiernie bym życzył

Widzieć te Scyzoryki i te wasze Brzytwy,

Ostatnie egzemplarze starodawnej Litwy".

"Jenerale - rzekł Sędzia - po owem zwycięstwie

Prawie wszyscy Dobrzyńscy schronili się w Księstwie;

Zapewne do którego weszli legijonu!"

"W istocie - odpowiedział młody szef szwadronu -

Mam w drugiej kompaniji wąsate straszydło,

Wachmistrza Dobrzyńskiego, co się zwie Kropidło,

A Mazury zowią go litewskim niedźwiedziem.

Jeśli Jenerał każe, to go tu przywiedziem".

"Jest - rzekł porucznik - kilku innych rodem z Litwy,

Jeden żołnierz znajomy pod imieniem Brzytwy

I drugi, co z tromblonem jeździ na flankiery;

Są także w pułku strzelców dwa grenadyjery

Dobrzyńscy".

"Ale, ale, o ich naczelniku -

Rzekł Jenerał - chcę wiedzieć, o tym Scyzoryku,

O którym mnie Pan Wojski tyle prawił cudów,

Jakby o jednym z owych dawnych wielkoludów".

"Scyzoryk - rzecze Wojski - choć nie egzulował,

Ale bojąc się śledztwa, przed Moskwą się schował;

Całą zimę nieborak tułał się po lasach,

Teraz dopiero wyszedł; w tych wojennych czasach

Mógłby się na co przydać, jest rycerskim człekiem,

Szkoda tylko, że trochę przyciśniony wiekiem.

Lecz owóż on!..."

Tu Wojski palcem wskazał w sieni,

Gdzie czeladź i wieśniacy stali natłoczeni,

A nad wszystkich głowami łysina błyszcząca

Ukazała się nagle jak pełnia miesiąca,

Trzykroć weszła i trzykroć znikła w głów obłoku;

Klucznik idąc kłaniał się, aż dobył się z tłoku

I rzekł :

"Jaśnie Wielmożny Koronny Hetmanie

Czy Jenerale, mniejsza o tytułowanie,

Jam jest Rębajło, staję na twe zawołanie

Z tym moim Scyzorykiem, który nie z oprawy

Ani z napisów, ale z hartu nabył sławy,

Że nawet o nim Jaśnie Wielmożny Pan wiedział.

Gdyby on gadać umiał, może by powiedział

Cokolwiek na pochwałę i tej starej ręki,

Która służyła długo, wiernie, Bogu dzięki,

Ojczyźnie tudzież panów Horeszków rodzinie,

Czego pamięć dotychczas między ludźmi słynie.

Mopanku! rzadko który pisarz prowentowy

Tak zręcznie temperuje pióra, jak on głowy.

Długo liczyć! A nosów i uszu bez liku!

A nie ma żadnej szczerby na tym Scyzoryku

I żaden go nie splamił zbojecki uczynek,

Tylko otwarta wojna albo pojedynek.

Raz tylko! Panie, daj mu wieczny odpoczynek,

Bezbronnego człowieka, niestety, sprzątniono!

A i to, Bóg mi świadkiem, pro publico bono".

"Pokaż no - rzekł śmiejąc się jenerał Dąbrowski -

A to piękny scyzoryk, istny miecz katowski!"

I z zadziwieniem wielki rapier opatrywał,

I innym oficerom w kolej pokazywał;

Probowali go wszyscy, ale ledwie który

Z oficerów mógł podnieść ten rapier do góry.

Mówiono, że Dembiński, sławny ręki siłą,

Podźwignąłby szablicę, lecz go tam nie było.

Z obecnych zaś tylko szef szwadronu, Dwernicki,

I dowódca plutonu, porucznik Różycki,

Potrafili obracać tym żelaznym drągiem;

I tak rapier na probę szedł z rąk do rąk ciągiem.

Lecz jenerał Kniaziewicz, wzrostem najsłuszniejszy,

Pokazało się, iż był w ręku najsilniejszy.

Ująwszy rapier, lekko jakby szpadę dźwignął

I nad głowami gości błyskawicą mignął,

Przypominając polskie fechtarskie wykręty:

K r z y ż o w ą s z t u k ę, m ł y ń c a,

c i o s k r z y w y, r a z c i ę t y,

C i o s k r a d z i o n y i t e m p y

k o n t r p u n k t ó w, t e r c e t ó w,

Które też umiał, bo był ze Szkoły Kadetów.

Gdy śmiejąc się fechtował, Rębajło już klęczał,

Objął go za kolana i ze łzami jęczał

Za każdym zwrotem miecza: "Pięknie! Jenerale,

Czyś był konfederatem? Pięknie, doskonale!

To sztych Puławskich! Tak się Dzierżanowski składał!

To sztych Sawy! Któż Panu tak rękę układał?

Chyba Maciej Dobrzyński! A to, Jenerale,

Mój wynalazek, dalbóg mój, ja się nie chwalę,

To cięcie znane tylko w Rębajłów zaścianku,

Od mojego imienia zwane c i o s m o p a n k u.

Któż to Pana nauczył? To jest moje cięcie,

Moje!"

Wstał, Jenerała porwawszy w objęcie.

"Teraz umrę spokojnie! Jest przecie na świecie

Człowiek, który przytuli moje drogie dziecię;

Bo wszak nad tem od dawna dzień i noc boleję,

Czy po śmierci ten rapier mój nie zerdzewieje!

Otóż nie zerdzewieje! Mój Jaśnie Wielmożny

Jenerale, wybacz mi, porzućcie te rożny,

Niemieckie szpadki, to wstyd szlacheckiemu dziecku

Nosić ten kijek; weźmij szablę po szlachecku!

Oto ten mój Scyzoryk u nóg Twoich składam,

To jest, co najdroższego na świecie posiadam.

Nie miałem nigdy żony, nie miałem dziecięcia,

On był żoną i dzieckiem; z mojego objęcia

Nigdy on nie wychodził; od rana do mroku

Pieściłem go, on w nocy sypiał przy mym boku!

A kiedym się zestarzał, nad łóżkiem na ścianie

Wisiał, jako nad Żydem Boże przykazanie!

Myśliłem zakopać go razem z ręką w grobie,

Lecz znalazłem dziedzica! - Niechaj służy Tobie!"