Выбрать главу

W uszach szum.

*****

Na twarzy wiatr. Chłodny wiatr. Kropelki deszczu. W nozdrzach zapach sosny.

Kelpie brykała, parskała, tupie. Szyję ma mokrą i gorącą.

Błyskawica. Krótko po niej grom. W świetle Ciri widzi Ihuarraquaxa potrząsającego łbem i rogiem, ostro grzebiącego ziemię kopytem.

— Koniku?

Jestem tutaj, Gwiazdooka.

Niebo pełne jest gwiazd. Pełne konstelacji. Smok. Zimowa panna. Siedem Kóz. Dzban.

A nad samym niemal horyzontem — Oko.

— Udało się — westchnęła. - Udało się nam, Koniku. To jest mój świat!

Jego sygnał był tak wyraźny, że Ciri zrozumie wszystko.

Nie, Gwiazdooka. Uciekliśmy z tamtego. Ale to wciąż nie to miejsce, nie ten czas. Jeszcze wiele przed nami.

— Nie zostawiaj mnie samej.

Nie zostawię. Mam wobec ciebie dług. Muszę go spłacić. Do końca.

*****

Wraz ze zrywającym się wiatrem niebo ciemnieje od zachodu, napływające falami chmury po kolei gaszą konstelacje. Gaśnie smok, gaśnie Zimowa Panna, Siedem Kóz, Dzban. Gaśnie oko, świecące najsilniej i najdłużej.

Nieboskłon wzdłuż horyzontu rozbłysnął krótkotrwałą jasnością błyskawicy. Grom przetoczył się z głuchym hurkotem. Wichura wzmogła się raptownie, sypnęła w oczy kurzem i suchym liściem.

Jednorożec zarżał, wysłał mentalny sygnał.

Nie ma czasu do stracenia. Jedyna nasza nadzieja w szybkiej ucieczce. We właściwe miejsce, właściwy czas. Spieszmy się, Gwiazdooka.

Jestem Panią Światów. Jestem Starszą Krwią.

Jestem z krwi Lary Dorren, córki Shiadhal.

Ihuarraquax zarżał, ponaglił. Kelpie zawtórowała przeciągłym prychnięciem. Ciri naciągnęła rękawice.

— Jestem gotowa — powiedziała.

Szum w uszach. Błysk i jasność. A potem ciemność.

*****

Rozdział szósty

Proces, wyrok i egzekucję Joachima de Wetta większość historyków zwykła przypisywać gwałtownej, okrutnej i tyrańskiej naturze cesarza Emhyra, nie brak też — zwłaszcza u autorów z ciągotami do beletrystyki — aluzyjnych hipotez o zemście i porachunkach najzupełniej prywatnych. Najwyższy czas powiedzieć prawdę — prawdę, która jest dla każdego uważnego badacza bardziej niż oczywista. Diuk de Wett dowodził grupą «Verden» w sposób, dla którego określenie «nieudolny» jest wybitnie za delikatne. Mając przeciw sobie dwakroć słabsze siły, ociągał się z ofensywą na północ, a całą aktywność obrócił na walkę z verdeńskimi gerylasami. Grupa «Verden» dopuszczała się wobec ludności niesłychanych okrucieństw. Skutek był łatwy do przewidzenia i nieunikniony: jeżeli w zimie siły insurgentów liczono na niecałe pół tysiąca ludzi, to wiosną powstał cały niemal kraj. Oddanego Cesarstwu króla Ervylla zgładzono, a na czele powstania stanął jego syn, królewicz Kistrin, sympatyzujący z Nordlingami. Mając na flance desanty piratów z Skellige, od czoła ofensywę Nordlingów z Cidaris, a na tyłach rebelię, de Wett zaplątał się w bezładne walki, ponosząc klęskę za klęską. Tym samym opóźniał ofensywę Grupy Armii "Środek" — miast, jak ustalono, wiązać skrzydło Nordlingów, grupa «Verden» wiązała Menno Coehoorna. Nordlingowie natychmiast wykorzystali sytuację i przeszli do kontruderzenia, rozrywając pierścień wokół Mayeny i Mariboru, niwecząc szanse na szybkie powtórne zdobycie tych ważnych fortec.

Nieudolność i głupota de Wetta miały też znaczenie psychologiczne. Prysł mit o niezwyciężonym Nilfgaardzie. Do armii Nordlingów zaczęli setkami napływać ochotnicy…

Restif de Montholon Wojny Północne, mity, kłamstwa, półprawdy

Jarre, co tu dużo gadać, był bardzo rozczarowany. Wychowane w świątyni i jego własna otwarta natura sprawiały, że wierzył w ludzi, w ich dobroć, życzliwość i bezinteresowność. Z wiary tej nie zostało wiele.

Przespał już dwie noce na dworze, w resztkach stogów, a teraz zanosiło się na to, że w podobny sposób spędzi noc trzecią. W każdej wsi, w której prosił o nocleg lub kawałek chleba, zza zawartych na głucho wierzei odpowiadało mu albo ciężkie milczenie, albo obelgi i groźby. Nic nie pomagało, gdy mówił, kim jest i w jakim celu wędruje.

Bardzo, bardzo rozczarowali go ludzie.

Zmierzchało szybko. Chłopiec raźno i dziarsko maszerował dróżką wśród pól. Wypatrywał stogu, zrezygnowany i przybity perspektywą kolejnej nocy pod gołym niebem. Marzec był, co prawda, wyjątkowo ciepły, ale nocą robiło się zimno. I naprawdę straszno.

Jarre spojrzał na niebo, na którym, jak co noc od nieomal tygodnia, widać było złoto-czerwoną pszczołę komety przemierzającej niebo z zachodu na wschód, ciągnącej za sobą migotliwy warkoczyk ognia. Zastanowił się, cóż też naprawdę może zwiastować to dziwne, wspominane w wielu proroctwach zjawisko.

Podjął marsz. Robiło się coraz ciemniej. Dróżka wiodła w dół, w szpaler gęstych krzaków przybierających w półmroku przerażające kształty. Z dołu, stamtąd, gdzie było jeszcze ciemniej, wiało zimnem, brzydkim zapachem butwiejącego zielska i czymś jeszcze. Czymś bardzo niedobrym.

Jarre zatrzymał się. Próbował wmówić sobie, że to, co pełza mu po grzbiecie i ramionach, to nie strach, lecz chłód. Bez efektu.

Brzegi obrośniętego łoziną i pokracznymi wierzbami kanału, czarnego i błyszczącego jak świeżo wylana smoła, spinał niski mostek. W miejscach, gdzie bale zgniły i zapadły się, mostek ział podłużnymi dziurami, balustrada była złamana, jej drągi zanurzone w wodzie. Za mostkiem wierzby rosły gęściej. Choć daleko było jeszcze do prawdziwej nocy, choć odległe łąki za kanałem wciąż jeszcze jaśniały wiszącym na czubkach traw przędziwem mgieł, wśród wierzb panowała ciemność. W mroku Jarre niewyraźnie widział ruiny jakiegoś budynku — zapewnie młyna, śluzy albo węgorzarni.

Muszę przejść przez ten mostek, pomyślał chłopiec. Trudno, darmo! Chociaż przez skórę czuję, że tam, w tym ćmoku, czai się coś niedobrego, muszę przejść na drugą stronę tego kanału. Muszę przekroczyć ten kanał, jak uczynił to ów mityczny wódz czy bohater, o którym czytałem w zetlałych manuskryptach w świątyni Melitele. Przekroczę kanał i wówczas… Jak to było? Karty będą rozdane? Nie, kości rzucone. Za mną zostanie moja przeszłość, przede mną rozpostrze się moja przyszłość…

Wkroczył na mostek i z miejsca wiedział, że przeczucie go nie myliło. Zanim jeszcze ich zobaczył. I usłyszał.

— A co? — charknął jeden z tych, którzy zastąpili mu drogę. - Nie mówiłem? Mówiłem, ino poczekać krzynę, a ktosik nadejdzie.

— Prawie, Okultich — drugi z uzbrojonych w grube pały typów seplenił lekko. - Iście za wróża albo wołchwa ci robić. No, przechodniu miły, samopas idący! Dasz, co tam masz, po dobroci, czy też nie obędzie się bez szarpaniny?

— Ja nic nie mam! — wrzasnął co sił w płucach Jarre, choć niewiele miał nadziei na to, że ktoś usłyszy i przybieży z pomocą. - Jestem ubogim wędrowcem! Nie mam grosza przy duszy! Co mam wam oddać? Ten kij? Odzienie?

— Też — powiedział ten sepleniący, a w głosie jego było coś, co sprawiło, że Jarre zadygotał. - Bo trza ci wiedzieć, ubogi wędrowcze, że tak po prawdzie to my tu, w potrzebie pilnej będący, dziewki jakiejś wyglądalim. No, ale noc już za pasem, nikt już nie przyjdzie, tedy na bezrybiu i rak ryba! Łapaj jego, zuchy!

— Ja mam nóż! - wrzasnął Jarre. - Ostrzegam!