Выбрать главу

Faktycznie, miał nóż. Gwizdnął go w świątynnej kuchni w przeddzień ucieczki i schował w tobołku. Ale nie sięgał po niego. Paraliżowała go — i przerażała — świadomość, że to bez sensu i że nic mu nie pomoże.

— Mam nóż!

— Proszę, proszę — zadrwił ten sepleniący, zbliżając się. - Ma nóż. Kto by pomyślał.

Jarre nie mógł uciekać. Przerażenie sprawiło, że jego nogi zamieniły się w dwa wbite w ziemię słupy. Adrenalina capnęła go za gardło jak pętla arkanu.

— Hola! — krzyknął trzeci typek, młodym i dziwnie znajomym głosem. - Ja jego chyba znam! Tak, tak, znam go! Ostawcie, mówię, to znajomek! Jarre? Poznajesz mnie? Jestem Melfi! Hej, Jarre? Poznajesz?

— Poz… naję… - Jarre ze wszystkich sił walczył z paskudnym, przemożnym, nieznanym mu do tej pory uczuciem. Dopiero gdy poczuł ból biodra, którym grzmotnął o dyle mostu, zrozumiał, co to było za uczucie.

Uczucie tracenia przytomności.

*****

— Oj, a to niespodzianka — powiedział Melfi. - Ot, traf nad trafy! Ot, swojaka zdarzyło się napotkać! Z Ellander znajomka! Druha! Co, Jarre?

Jarre przełknął kęs twardego i ciągliwego kawała słoniny, którym poczęstowała go jego dziwna kompania, zagryzł pieczoną rzepą. Nie odpowiedział, kiwnął tylko głową w stronę całej otaczającej ognisko szóstki.

— A dokąd to tobie droga Jarre?

— Do Wyzimy?

— Ha! Tam i nam do Wyzimy! Ot, traf nad trafy! Co, Milton? Pamiętasz Miltona, Jarre?

Jarre nie pamiętał. Nie był pewien, czy w ogóle widział go kiedykolwiek na oczy. Mielfi też zresztą lekko przesadzał, zwąc go druhem. Był to syn bednarza z Ellander. Gdy razem uczęszczali do przyświątynnej infimy, Melfi zwykł był regularnie i dotkliwie bijać Jarre i nazywać go poczętym w pokrzywach bękartem bez ojca ni matki. Trwało to około roku, po którego upływie bednarz zabrał syna ze szkoły, potwierdziło się bowiem, że latorośl nadaje się wyłącznie do beczek. Tak to Melfi, miast w pocie czoła poznawać arkana czytania i pisania, w pocie czoła strugał klepki w warsztacie ojca. A gdy Jarre ukończył naukę i z rekomendacji świątyni zastał pomocnikiem pisarza w sądzie grodzkim, bednarczyk — wzorem taty — kłaniał mu się po pas, dawał prezenty i deklarował przyjaźń.

— do Wyzimy idziem — kontynuował opowieść Melfi. - Do armii. Wszyscy my tu, jak mąż jeden, do wojska Owi tu, uważasz, Milton i Ograbek, kmieccy synowie, z łanowej powinności wybrani, wiesz przecie…

— Wiem — Jarre obrzucił spojrzeniem kmiecych synów, jasnowłosych, podobnych jak bracia, gryzących jakieś nierozpoznawalne opieczone w popiele pożywienie. - Jeden z dziesięciu łanów. Łanowy kontyngens. A ty, Melfi?

— Ze mną — westchnął bernardczyk — to, uważasz, jest tak: za pierwszym razem, gdy cechy miały dać rekruta, to mię ojciec wybronili od ciągnięcia gałki. Ale przyszła bieda, trza było losować wtóry raz, bo tak miasto uradziło… Wiesz przecie…

— Wiem — przytaknął znowu Jarre. - Uzupełniające losowanie kontyngensu rada miasta Ellander ustanowiła wilkierzem z dnia szesnastego stycznia. Było to konieczne w obliczu nilfgaardzkiego zagrożenia…

— Posłuchaj ino, Szczupak, jak on gada — wtrącił się charkliwie krępy i ostrzyżony do skóry typ, ten zwany Okultichem, który niedawno pierwszy okrzyknął go na moście. - Paniczyk! Mądrala jakiś!

— Mądruś! - zawtórował przeciągle drugi, wielki parob z wiecznie przylepionym do krągłej gęby głupawym uśmiechem. - Mądraliński!

— Zatknij się, Klaproth — zaseplenił wolno ten nazywany szczupakiem, najstarszy w kompanii, rosły, z obwisłym wąsem i podgolonym karkiem. - Skoro mądrala, godzi się posłuchać, gdy prawi. Spor z tego może być. Nauka. A nauka nigdy nikomu nie zaszkodziła. No, prawie nigdy. I prawie nikomu.

— Co prawda, to prawda — ogłosił Melfi. - On, Jarre znaczy, faktycznie niegłupi jest, czytaty jest i pisaty… Uczony! Onże przecie w Ellander za pisarczyka sądowego robi, a w chamie Melitele cały księgów zbiór w pieczy ma…

— Cóż tedy, ciekawość — przerwał Szczupak, wpatrzony w Jarre przez dym i iskry — taki sądowo-świątynno-zasrany księgarz na gościńcu ku Wyzimie porabia?

— Jak i wy — powiedział chłopiec — do wojska idę.

— A czego to — oczy Szczupaka błyszczały, odbijały blask jak oczy prawdziwej ryby w świetle łuczywa na dziobie czółna — czego to sądowo-świątynny uczony we wojsku szukać myśli? Bo przecie nie w rekruty idzie? Hę? Toć każdy głupi wie, że świątynie wyjęte są spod kontyngensu, nie mają musu rekruta dostarczać. A i to wie każdy głupi, że każdy jeden sąd swego pisarczyka od służby zdolen jest wybronić i wyreklamować. Jakże to więc jest, panie urzędnik?

— Idę do wojska na ochotnika — oświadczył Jarre. - Zaciągam się sam, z własnej woli, nie z kontyngensu. Częściowo z pobudek osobistych, ale głównie z patriotycznego obowiązku.

Kompania ryknęła gromkim, dudniącym, chóralnym śmiechem.

— Baczcie, zuchy — przemówił wreszcie Szczupak — jakie to sprzeczności w człeku nieraz siedzą. Natury dwie. Ot, młodzik, zdać by się mogło, kształcony i bywały, do tego niezawodnie z przyrodzenia niegłupi. Wiedzieć powinien, co na wojnie się dzieje, znać, kto kogo bije i wnet całkiem pobije. A on, jak samiście słyszeli, bez przymusu, z własnej woli, z paterotycznego obowiązku chce się do przegrywającej partyji przyłączyć.

Nikt nie skomentował. Jarre tez nie.

— Taki paterotyczny obowiązek — rzekł wreszcie Szczupak — zwykle jeno chorych na umyśle cechujący, cóż, może i nawet przystoi świątynno-sądowym wychowankom. Ale była tu mowa i o jakisi pobudkach osobistych. Groźnie ciekawym, jakież owe osobiste pobudki są?

— Są one na tyle osobiste — uciął Jarre — że nie będę o nich opowiadał. Tym bardziej, że wam, mospanie, o waszych pobudkach też jakoś mówić niespieszno.

— Otóż bacz — rzekł po chwili ciszy Szczupak — że gdyby jaki prostak tak do mnie zagadał, z punktu wziąłby w pysk. No, ale jeśli uczony pisarczyk… Takiemu daruję… na ten raz. I opowiem: ja też do wojska idę. I też na ochotnika.

— By jak kto chory na umyśle przyłączyć się do przegrywających? — Jarre sam dziwił się, skąd nagle bierze się w nim tyle zuchwałości. - Po drodze obdzierając podróżnych na mostach?

— On — zarechotał Melfi, uprzedzając Szczupaka — cięgiem boczy się na nas za zasadzkę na mostku. Odpuśćże, Jarre, toć to tylko figle były! Sztuki takie niewinne. Prawda, Szczupak?

— Prawda — Szczupak ziewnął, kłapnął zębami, aż echo poszło. - Szutki takie niewinne. Życie smutne jest i osowiałe, rychtyk niby cielę, co je do szlachtuza wiodą. Tedy jeno szutką albo figlem można je sobie rozweselić. Nie uważasz tak pisarczyku?

— Uważam. W zasadzie.

— To dobrze — Szczupak nie spuszczał z niego błyszczących oczu. No inakszy marny by z ciebie był dla nas kompanion i lepiej by ci było do Wyzimy samopas powędrować. Choćby zaraz.

Jarre milczał. Szczupak przeciągnął się.

— Rzekłem, com miał rzec. No, zuchy, tedy my poszucili, pofiglowali, poweselili się, a tera do wczasu pora. Jeśli na odwieczerz mamy w Wyzimie być, to ze słonkiem trzeba, wyruszymy.

*****

Noc była bardzo zimna, Jarre mimo zmęczenia nie mógł zasnąć, zwinięty w kłębek pod opończą, z kolanami niemal dotykającymi podbródka. Gdy wreszcie usnął, spał źle, ustawicznie budziły go sny. Większości nie pamiętał. Oprócz dwóch. W pierwszym śnie znany mu wiedźmin Geralt z Rivii siedział pod zwisającymi ze skały długimi soplami, nieruchomy, oblodzony i szybko zasypywany walącym śniegiem. W drugim śnie Ciri na karym koniu, przytulona do grzywy, cwałowała szpalerem pokracznych olch usiłujących schwytać ją krzywymi konarami.