Выбрать главу

Dookoła była noc, noc ciemna i brudna, okutana lepkim i śmierdzącym gałganem mroku.

Ciri spojrzała w górę, szukając gwiazd, ale w górze nie było nic, tylko otchłań, miejscami podświetlana niewyraźną czerwonawą łuną, jak gdyby odległym pożarem.

— Uuups — powiedziała i wykrzywiła się, czując, jak kwaśnozgniły opar osiada jej na wargach. - Bue-eeee-ech! Nie to miejsce, nie ten czas! Pod żadnym pozorem nie!

Jednorożec prychnął i kiwnął łbem, jego róg opisał krótki i gwałtowny łuk.

Zgrzytające pod kopytami Kelpie podłoże było skałą, ale dziwną, nienaturalnie wręcz równą, wydzielającą intensywny smród spalenizny i brudnego popiołu. Trochę potrwało, zanim Ciri zorientowała się, że to, na co patrzy, to jest droga. Miała dość tej nieprzyjemnej i denerwującej twardości. Skierowała klacz na pobocze zaznaczone czymś, co niegdyś było drzewami, teraz zaś paskudnymi i gołymi szkieletami. Trupami obwieszonymi strzępami szmat, iście jakby resztkami przegniłych całunów.

Jednorożec ostrzegł ją rżeniem i mentalnym sygnałem. Ale za późno.

Tuż za dziwną drogą i uschniętymi drzewami zaczynało się osypisko, a dalej, pod nim, ostro biegnąca w dół stromizna, przepaść niemal. Ciri wrzasnęła, kolnęła piętami boki osuwającej się klaczy. Kelpie szarpnęła się, miażdżąc kopytami to, z czego składało się osypisko. A były to odpadki. W większości jakieś dziwne naczynia. Naczynia te nie kruszyły się pod podkowami, nie chrupotały, lecz pękały obrzydliwie miękko, kleiście, niczym wielkie rybie pęcherze. Coś zachlupało i zabulgotało, buchający odór o mało nie zwalił Ciri z siodła. Kelpie, rżąc dziko, tratowała śmieciowisko, rwąc się ku górze, na drogę. Ciri, krztusząc się od smrodu, uchwyciła się szyi klaczy.

Udało się im. Niemiłą twardość dziwnej drogi powitały z radością i ulgą.

Ciri, dygocząc cała, spojrzała w dół, na osypisko kończące się w czarnej tafli jeziora, wypełniającego dno kotła. Powierzchnia jeziora była martwa i błyszcząca, jakby to nie była woda, lecz zastygła smoła. Za jeziorem, za śmietnikami, kopcami popiołu i hałdami żużla, niebo czerwieniało od dalekich łun, czerwień znaczyły smugi dymów.

Jednorożec parsknął. Ciri chciała otrzeć mankietem łzawiące oczy, ale zorientowała się nagle, że cały rękaw pokryty jest pyłem. Łupieżem pyłu pokryte były też jej uda, łęk siodła, grzywa i szyja Kelpie.

Smród dusił.

— Ohyda — zamamrotała. - Obrzydliwość… Zdaje mi się, że cała się lepię. Zabierajmy się stąd… Zabierajmy się stąd co żywo, Koniku.

Jednorożec zastrzygł uszami, chrapnął.

Tylko ty możesz to sprawić. Działaj.

— Ja? Sama? Bez twojej pomocy?

Jednorożec skinął rogiem.

Ciri podrapała się w głowę, westchnęła, zamknęła oczy. Skoncentrowała się.

Z początku były tylko niedowierzanie, rezygnacja i strach. Ale szybko spłynęła na nią chłodna jasność, jasność wiedzy i mocy. Nie miała pojęcia, skąd bierze się ta wiedza i ta moc, gdzie ma korzenie i źródło. Ale wiedziała, że może. Że zdoła, gdy zechce.

Jeszcze raz obrzuciła wzrokiem stężałe i martwe jezioro, dymiącą hałdę odpadków, szkielety drzew. Niebo podświetlone daleką łuną.

— Dobrze — pochyliła się i splunęła — że to nie jest mój świat. Bardzo dobrze!

Jednorożec zarżał wymownie. Zrozumiała, co chciał powiedzieć.

— Jeśli nawet i mój — otarła chusteczką oczy, usta i nos — to i zarazem nie mój, bo odległy w czasie. To przeszłość albo…

Urwała.

— Przeszłość — powtórzyła głucho. - Głęboko wierzę, że to przeszłość.

*****

Ulewny deszcz, prawdziwe oberwanie chmury, pod które wpadli w następnym miejscu, powitali jak prawdziwe błogosławieństwo. Deszcz był ciepły i aromatyczny, pachniał latem, zielskiem, błotem i kompostem, deszcz zmywał z nich plugastwo, oczyszczał, sprawiał im istne katharsis.

Jak każde katharsis, na dłuższą metę i to stało się monotonne, przesadne i nie do zniesienia. Woda, która obmywała, po jakimś czasie zaczęła dokuczliwie moczyć, lać się za kołnierz i wrednie ziębić. Wynieśli się więc z tego deszczowego miejsca.

Bo to również nie było to miejsce. Ani nie ten czas.

*****

Następne miejsce było bardzo ciepłe, panował tam upał, więc Ciri, Kelpie i jednorożec schli i parowali niby trzy czajniki. Znajdowali się na wyprażonych słońcem wrzosowiskach na skraju lasu. Od razu dało się miarkować, że był to wielki las, puszcza po prostu, gęsty, dziki i nieprzystępny matecznik. W sercu Ciri zakołatała się nadzieja — to mógł być Las Brokilon, a więc nareszcie miejsce znane i właściwe.

Pojechali wolno skrajem puszczy. Ciri wypatrywała czegoś, co mogło służyć za wskazówkę. Jednorożec pochrapywał, wysoko unosił głowę i róg, rozglądał się. Był niespokojny.

— Myślisz, Koniku — zapytała — że mogą nas ścigać?

Chrapnięcie, zrozumiałe i jednoznaczne nawet bez telepatii.

— Nie zdołaliśmy jeszcze uciec dostatecznie daleko?

Tego, co w odpowiedzi przekazał jej myślą, nie zrozumiała. Nie istniało daleko i blisko? Spirala? Jaka spirala?

Nie rozumiała, o co mu chodziło. Ale niepokój udzielił się i jej.

Upalne wrzosowiska nie były właściwym miejscem i właściwym czasem.

Połapali się w tym pod wieczór, kiedy upał zelżał, a na niebie nad lasem zamiast jednego księżyca wzeszły dwa. Jeden duży, a drugi mały.

*****

Następnym miejscem był brzeg morza, strome urwisko, z którego widzieli grzywacze rozbijające się na skałach o dziwacznych kształtach. Pachniał morski wiatr, wrzeszczały rybitwy, mewy śmieszki i petrele, białą i ruchliwą warstwą pokrywające występy urwiska.

Morze sięgało aż po horyzont wezbrany ciemnymi chmurami.

W dole, na kamienistej plaży, Ciri dostrzegła nagle częściowo zagrzebany w żwirze szkielet gigantycznej ryby o potwornie wielkim łbie. Zębiska, którymi najeżone były pobielałe szczęki, miały co najmniej po trzy piędzi długości, a do paszczy, wydawało się, można by wjechać na koniu i spokojnie, nie zawadzając głową o kręgosłup, przedefilować pod portalami żeber.

Ciri nie była pewna, czy w jej świecie i w jej czasie istniały takie ryby.

Pojechali skrajem urwiska, a mewy i albatrosy nie płoszyły się wcale, niechętnie ustępowały z drogi, ba, usiłowały dziobać i szczypać pęciny Kelpie i Ihuarraquaxa. Ciri z punku zrozumiała, że te ptaki nigdy nie widziały ani człowieka, ani konia. Ani jednorożca.

Ihuarraquax parsknął, trząsł głową i rogiem, był wyraźnie niespokojny. Okazało się, że słusznie. Coś zatrzeszczało, zupełnie jak darte płótno. Rybitwy poderwały się z wrzaskiem i trzepotem, na moment zakrywając wszystko białą chmurą. Powietrze nad urwiskiem zadrgało nagle, zamazało się jak zlane wodą szkło. I pękło jak szkło. A z pęknięcia wylała się ciemność, z ciemności zaś sypnęli się konni. Wokół ramion powiewały im płaszcze, których cynobrowo-amarantowo-karmazynowa barwa przywodziła na myśl łunę pożaru na niebie podświetlonym blaskiem zachodzącego słońca.

Dearg Ruadhri. Czerwoni Jeźdźcy.

Nim jeszcze przebrzmiał krzyk ptaków i alarmujące rżenie jednorożca, Ciri już obracała klacz i podrywała ją do galopu. Ale powietrze pękało i z drugiej strony, z pęknięcia, powiewając płaszczami jak skrzydłami, wypadali dalsi konni. Półkole obławy zamykało się, przyciskając ich do przepaści. Ciri krzyknęła, wyszarpując Jaskółkę z pochwy.