— Prowadź.
Leśny Dziadek odwrócił się i poczłapał ledwo widoczną ścieżynką wśród gęstwiny, odmierzając drogę energicznymi wymachami kostura. Ciri jechała na nim, schylając głowę pod gałęziami i powstrzymując cuglami Kelpie, która iście zawzięła się, żeby ukąsić staruszka lub przynajmniej zjeść mu kapelusz.
Wbrew zapewnieniom wcale nie było niedaleko. Gdy dotarli na miejsce, na polanę, słońce stało już prawie w zenicie.
Chata Dziadka okazała się malowniczą ruderą na palach, z dachem, który ewidentnie reperowany był często i za pomocą tego, co akurat było pod ręką. Ściany chaty obite były skórami wyglądającymi na świńskie. Przed chatą stała drewniana konstrukcja o kształcie szubienicy, niski stół i pień z wbitą siekierą. Za chatą widać było palenisko z kamieni i gliny, na którym stały wielkie okopcone sagany.
— Oto dom Leśnego Dziadka — staruszek nie bez dumy wskazał kosturem. - Tutaj Leśny Dziadek mieszka. Tutaj sypia. Tutaj jadło gotowi. Jeśli ma co gotowić. Trud, srogi to trud dobyć jadła w puszczy. Panna wędrowniczka lubi kaszkę perłową?
— Lubi — Ciri znowu przełknęła ślinę. - Wszystko lubi.
— Z mięskiem? Z omastą? Ze skwarkami?
— Mhm.
— A nie widać — Dziadek obrzucił ją taksującym spojrzeniem — żeby panna ostatnio często mięska i skwarków kosztowała, o nie. Chudziutka panna, chudziutka. Skóra i kości! Hej, hej! A co to takiego? Za panny plecami?
Ciri obejrzała się, dając się nabrać na najstarszą i najprymitywniejszą sztuczkę świata.
Straszliwy cios sękatego kostura trafił ją prosto w skroń. Refleksu wystarczyło jej tylko na tyle, by unieść rękę, dłoń częściowo zamortyzowała uderzenie zdolne rozbić czaszkę jak jajo. Ale Ciri i tak znalazła się na ziemi, ogłuszona, oszołomiona i kompletnie zdezorientowana.
Dziadek, wyszczerzywszy zęby, doskoczył do niej i zdzielił kosturem jeszcze raz. Ciri znowu zdołała zasłonić głowę rękami, skutek był taki, że obie zwisły jej bezwładnie. Lewa była z pewnością przetrącona, kości śródręcza prawdopodobnie strzaskane.
Dziadek, skacząc, dopadł ją z drugiej strony i walnął kijem w brzuch. Krzyknęła, zwijając się w kłębek. Wtedy rzucił się na nią jak jastrząb, przewrócił twarzą do ziemi, przygniótł kolanami. Ciri wyprężyła się, ostro wierzgnęła w tył, chybiając, zadała gwałtowny cios łokciem, trafiając. Dziadek ryknął wściekle i huknął ją pięścią w potylicę z taką mocą, że zaryła się twarzą w piach. Chwycił ją za włosy na karku i przytłoczył do ziemi nos i usta. Poczuła, że się dusi. Starzec uklęknął na niej, wciąż cisnąc głowę do ziemi, zerwał jej z pleców miecz i odrzucił go. Potem zaczął gmerać koło spodni, znalazł klamrę, rozpiął. Ciri zawyła, krztusząc się i plując piaskiem. Przydusił ją mocniej, unieruchomił, wkręciwszy włosy w pięść. Mocnym szarpnięciem zdarł jej spodnie.
— Hej, hej — zamamlał, dysząc rzężąco. - A to się dopiero trafiła Dziadkowi ładna dupka. Hu, huuu, dawno, dawno Dziadek takiej nie miał.
Ciri, czując obrzydliwy dotyk jego suchej szponiastej dłoni, wrzasnęła z ustami pełnymi piasku i sosnowych igieł.
— Leż spokojnie, panna — słyszała, jak się ślini, miętosząc jej pośladki. - Dziadek nie jest już młody, nie od razy, pomału… Ale nie ma strachu, Dziadek zrobi, co trzeba. Hej, hej! A potem sobie Dziadek podje, hej, podje! Suto sobie…
Urwał, zaryczał, zakwiczał.
Czując, że chwyt zelżał, Ciri wierzgnęła, wyszarpnęła się i zerwała jak sprężyna. I zobaczyła, co się stało.
Kelpie, podkradłszy się cichaczem, chwyciła Leśnego Dziadka zębami za harcap i niemal uniosła w górę. Staruch wył i kwiczał, szarpał się, kopał i fikał nogami, wreszcie zdołał się wydrzeć, zostawiając w zębach klaczy długi, siwy kosmyk. Chciał chwycić swój kostur, ale Ciri kopnięciem usunęła mu go z zasięgu rąk. Drugim kopnięciem chciała go poczęstować w to, w co należało, ale ruchy krępowały jej spodnie ściągnięte do połowy ud. Czas, jaki zajęło jej ich podciągnięcie, Dziadek wykorzystał dobrze. Kilkoma susami doskoczył do pieńka, wyrwał z niego siekierę, machnięciem odpędził wciąż zawziętą Kelpie. Zaryczał, wystawił swe straszne zęby i rzucił się na Ciri, wznosząc topór do ciosu.
— Dziadek wydupczy cię, panienko! — zawył dziko. Choćby cię Dziadek musiał najsamprzód rozkawałkować! Dziadkowi zajedno, cała, czy w porcjach!
Myślała, że poradzi sobie z nim łatwo. W końcu to był stary, zgrzybiały dziadyga. Myliła się bardzo.
Mimo monstrualnych łapci skakał jak cyga, kicał zwinnie jak królik, a toporem o wygiętym stylisku wywijał z wprawą rzeźnika. Gdy ciemne i wyostrzone ostrze kilka razy wręcz otarło się o nią, Ciri zorientowała się, że jedyne, co może ją uratować, to ucieczka.
Ale uratował ją zbieg okoliczności. Cofając się, zawadziła stopą o swój miecz. Podniosła go błyskawicznie.
— Rzuć siekierę — wydyszała, z sykiem wyciągając Jaskółkę z pochwy. - Rzuć siekierę na ziemię, obleśny staruchu. Wtedy, kto wie, może daruję cię zdrowiem. I nie rozkawałkuję.
Zatrzymał się. Sapał i rzęził, a brodę miał obrzydliwie oplutą. Broni jednak nie rzucił. Widziała w jego oczach dziką wściekłość.
— No! — wywinęła mieczem syczącego młyńca. - Uprzyjemnij mi dzień!
Przez chwilę patrzył na nią, jakby nie rozumiejąc, potem wystawił zęby, wybałuszył oczy, zaryczał i rzucił się na nią. Ciri miała dość żartów. Umknęła mu szybkim półobrotem i cięła z dołu przez oba wzniesione ramiona, powyżej łokci. Dziad wypuścił topór z sikających krwią rąk, ale natychmiast skoczył na nią znowu. Odskoczyła i krótko chlasnęła go w kark. Bardziej z litości niż z potrzeby; z przeciętymi obiema tętnicami ramiennymi i tak wykrwawiłby się niebawem.
Leżał, niewiarygodnie ciężko rozstając się z życiem, mimo rozrąbanych kręgów nadal wijąc się jak robak. Ciri stanęła nad nim. Resztki piasku wciąż zgrzytały jej w zębach. Wypluła mu je prosto na plecy. Zanim skończyła pluć, umarł.
Dziwna konstrukcja przed chatką, przypominająca szubienicę, była zaopatrzona w żelazne haki i wielokrążek. Stół i pieniek były wyślizgane, lepiły się od tłuszczu, cuchnęło brzydko.
Jakby jatką.
Na kuchni Ciri znalazła sagan owej zachwalanej kaszy perłowej, omaszczonej suto, pełnej kawałków mięsa i grzybów. Była bardzo głodna, ale coś ją tknęło, by tego nie jeść. Napiła się tylko wody z cebrzyka, zgryzła małe, pomarszczone jabłko.
Za chatynka znalazła piwniczkę ze schodkami, głęboką i chłodną. W piwniczce stały garnki ze smalcem. U stropu wisiało mięso. Resztka półtuszki.
Wypadła z loszku, potykając się na schodkach, jakby goniły ją diabły. Przewróciła się w pokrzywy, zerwała, chwiejnym krokiem dobiegła do chatynki, oburącz uchwyciła się jednego z podtrzymujących ją pali. Choć w żołądku nie miała prawie nic, wymiotowała bardzo gwałtownie i bardzo długo.
Wisząca w piwniczce resztka półtuszki należała do dziecka.
Wiedziona smrodem, znalazła w lesie podeszły wodą dół, do którego zapobiegliwy Leśny Dziadek wrzucał odpadki i to, czego nie dało się zjeść. Patrząc na wystające z mułu czaszki, żebra i miednice, Ciri z przerażeniem zdała sobie sprawę z fakty, że żyje wyłącznie dzięki lubieżności strasznego starca, tylko dzięki temu, że zachciało mu się swawolić. Gdyby głód był silniejszy od wstrętnej chuci, uderzyłby zdradziecko toporem, nie kijem. Powieszoną za nogi na drewnianej szubienicy wypatroszyłby ją i oskórował, sprawił i podzielił na stole, porąbał na pieńku…
Choć chwiała się na nogach od zawrotów głowy, a lewa dłoń spuchnięta, rwała bólem, zawlokła trupa do dołu w lesie i zepchnęła w śmierdzący szlam, między kości ofiar. Wróciła, zawaliła gałęziami i ściółką wejście do piwniczki, obłożyła chrustem pole chatynki i całą dziadkową chudobę. Potem pieczołowicie podpaliła wszystko z czterech krańców.