— Pułkownik Barclay Els?
Krasnolud kiwnął szkofią, z wyraźnym uznaniem zauważając krew, którą spryskani byli kornet i jego klacz. Aubry zaczerwienił się mimowolnie. To była krew Nilfgaardczyków, których kondotierzy rąbali tuż obok niego. On sam nie zdążył nawet wyciągnąć miecza.
— Kornet Aubry…
— Syn Anzelma Aubry'ego?
— Najmłodszy.
— Ha! Znam twego ojca! Co masz dla mnie od Natalisa i Foltesta, korneciku?
— W środku ugrupowania grozi wam przełamanie… Pan konetabl rozkazuje, by Hufiec Ochotniczy co rychlej zwinął skrzydło, wycofał się nad Złoty Staw i rzeczkę Chotlę… By wesprzeć…
Słowa zagłuszył ryk, szczęk i kwik koni. Aubry nagle uświadomił sobie, jak bezsensowne przywiózł rozkazy. Jak niewiele znaczą te rozkazy dla Barclaya Elsa, dla Julii Abatemarco, dla tego krasnoludzkiego czworoboku pod złotą chorągwią z młotami powiewającą nad czarnym morzem otaczającego ich, szturmującego ze wszech stron Nilfgaardu.
— Spóźniłem się… - zajęczał. - Przybyłem za późno…
Słodka Trzpiotka prychnęła. Barclay Els wyszczerzył zęby.
— Nie, korneciku — powiedział. - To Nilfgaard przybył za wcześnie.
— Gratuluję paniom, i sobie, udanej resekcji jelit cienkiego, grubego, splenektomii, zszycia wątroby. Zwracam uwagę na czas, jaki zajęło nam usunięcie skutków tego, co naszemu pacjentowi zrobiono w bitwie w ciągu ułamka sekundy. Polecam to jako materiał do filozoficznych przemyśleń. Pacjenta zaszyje nam teraz panna Shani.
— Ale ja tego nigdy jeszcze nie robiłam, panie Rusty!
— Kiedyś trzeba zacząć. Czerwone z czerwonym, żółte z żółtym, białe z białym. Tak zszyj, a na pewno będzie dobrze.
— Że niby jak? — potargał brodę Barclay Els. - Co ty gadasz, korneciku? Najmłodszy synu Anzelma Aubry'ego? Że niby my tutaj co, próżnujemy? Mu, kurważ jego mać, nie drgnęliśmy nawet pod naporem! Na krok nie ustąpiliśmy! Nie nasza wina, że ci z Brugge nie zdzierżyli!
— Ale rozkaz…
— W dupie mam rozkaz!
— Jeśli nie zapchamy luki — przekrzyczała rwetes Słodka Trzpiotka — Czarni złamią front! Złamią front! Otwórz mi szyk, Barclay! Uderzę! Przedrę się!
— Wyrżną was, nim dolecicie stawu! Zginiecie bez sensu!
— Co więc proponujesz?
Krasnolud zaklął, zerwał z głowy hełm, grzmotnął nim o ziemię. Oczy miał dzikie, przekrwione, straszne.
Chiquita, płoszona wrzaskami, pląsała pod kornetem, na ile pozwalał ścisk.
— Wołać mi tu Yarpena Zigrina i Dennisa Cranmera! Migiem!
Dwa krasnoludy przybywały z najzaciętszego boju, było to widoczne na pierwszy rzut oka. Oba były zbryzgane posoką. Stalowy naramiennik jednego nosił ślad cięcia, które aż postawiło krańce blach sztorcem. Drugi miał głowę owiązaną szmatą, przez którą sączyła się krew.
— Wszystko w porządku, Zigrin?
— Ciekawe — wydyszał krasnolud — dlaczego wszyscy o to pytają?
Barclay Elsodwrócił się, znalazł wzrokiem korneta i wpił w niego oczy.
— Więc jak, najmłodszy synu Anzelma? — charknął. - Król i konetabl rozkazują, byśmy tam to nich przyszli i wsparli ich? No, to otwieraj dobrze oczy, korneciku. Będzie na co patrzeć.
— Cholera! — ryknął Rusty, odskakując do stołu i wymachując skalpelem. - Dlaczego? Psiakrew, dlaczego tak musi być?
Nikt mu nie odpowiedział. Marti Sodergren rozłożyła tylko ręce. Shani pochyliła głowę, Iola pociągnęła nosem.
Pacjent, który właśnie umarł, patrzył w górę, a oczy miał nieruchome i szkliste.
— Bij, zabij! Na pohybel skurwysynom!
— A równo mi! — zaryczał Barclay Els. - Równy krok! Dzierż szyk! I kupą! Kupą!
Nie uwierzą mi, pomyślał kornet Aubry. Nigdy mi nie uwierzą, gdy będę o tym opowiadał. Ten czworobok walczy w pełnym okrążeniu… Otoczony ze wszystkich stron kawalerią, szarpany, sieczony, tłuczony i dźgany… I ten czworobok idzie. Idzie, równy, zwarty, pawęż przy pawęży. Idzie, depcząc i przestępując trupy, pcha przed sobą elitarną dywizję "Ard Feainn"… I idzie.
— Bij!
— Równy krok! Równy krok! — ryczał Barclay Els. - Dzierż szyk! Pieśń, kurważ mać, pieśń! Nasza pieśń! Naprzód, Mahakam!
Z kilku tysięcy krasnoludzkich gardeł wydarła się słynna mahakamska pieśń bojowa.
— Bij! Wolna Kompania! — w ogromny ryk krasnoludów wkłuł się, niczym cienka graniasta klinga mizerykordii, wysoki sopran Julii Abatemarco. Kondotierzy, wydzierając się z szyku, kontruderzali na atakującą czworobok jazdę. Było to posunięcie iście samobójcze, na pozbawionych ochrony krasnoludzkich halabard, pik i pawęży najemników obrócił się cały impet nilfgaardzkiego natarcia. Łomot, wrzask i kwik koni sprawiły, że kornet Aubry odruchowo skulił się na kulbace. Ktoś uderzył go w plecy, poczuł, jak wraz z ugrzęzniętą w ścisku klaczą sunie w kierunku największego zamętu i najstraszliwszej rzezi. Mocno uchwycił rękojeść miecza, która nagle wydała mu się śliska i dziwnie nieporęczna.
Za chwilę, wyniesiony przed linię pawęży, rąbał już wokół siebie jak opętany i darł się jak opętany.
— Jeszcze raz! — usłyszał dziki krzyk Słodkiej Trzpiotki. - Jeszcze jeden wysiłek! Wytrzymajcie, chłopcy! Bij, zabij! Za dukat, co jak słońce złoty! Do mnie, Wolna Kompania!
Nilfgaardzki jeździec bez hełmu, ze srebrnym słońcem na płaszczu, wdarł się w szyk w strzemionach, strasznym ciosem bojowego topora obalił krasnoluda razem z pawężą, rozwalił głowę drugiemu. Aubry wykręcił się na siodle i ciął na odlew. Z głowy Nilfgaardczyka odleciał spory owłosiony fragment, on sam runął na ziemię. W tym samym momencie kornet też dostał czymś w głowę i spadł z kulbaki. Tłok sprawił, że nie od razu znalazł się na dole, przez kilka sekund wisiał, wrzeszcząc cienko, między niebem, ziemią a bokami dwóch koni. Ale choć po gardło najadł się strachu, bólu zakosztować nie zdążył. Gdy spadł, podkute kopyta prawie natychmiast zmiażdżyły my czaszkę.
Po sześćdziesięciu pięciu latach, pytania o tamten dzień, o brenneńskie pole, o czworobok idący ku Złotemu Stawowi po trupach przyjaciół i wrogów, staruszka uśmiechała się, jeszcze bardziej marszcząc pomarszczoną i ciemną jak suszona śliwka twarz. Zniecierpliwiona — a może udająca zniecierpliwioną — machała drżącą, kościstą, monstrualnie powykręcaną przez artretyzm dłonią.
— W żaden sposób — mamrotała — żadna ze stron nie mogła osiągnąć przewagi. Myśmy byli w środku. W okrążeniu. Oni na zewnątrz. I po prostu zabijaliśmy się nawzajem. Oni nas, my ich… Khe-khe-khh… Oni nas. my ich…
Staruszka z trudem opanowała atak kaszlu. Ci ze słuchaczy, którzy byli bliżej, zobaczyli na jej policzku łzę, z trudem torującą sobie drogę wśród zmarszczek i starych szram.
— Byli równe mężni jak my — mamrotała babuleńka, ta, która niegdyś była Julią Abatemarco, Słodką Trzpiotką z Wolnej Kompanii Kondotierskiej. - Khe-khe… Byliśmy jednakowo mężni. My i oni.
Staruszka zamilkła. Na długo. Słuchacze nie ponaglali jej, widząc, jak uśmiecha się do wspomnień. Do chwały. Do majaczących w mgle niepamięci twarzy tych, którzy chwalebnie przeżyli. Po to, by później podle zabiły ich wódka, narkotyki i gruźlica.