— Pan Bonhart — powiedział Vilgefortz, masując palce — wciąż, jak widzę, ma kłopoty ze zrozumieniem obowiązków gościa. Raczy pan zapamiętać: będąc w gościnie, nie niszczy się mebli i dzieł sztuki, nie kradnie drobnych przedmiotów, nie zanieczyszcza dywanów i miejsc trudno dostępnych. Nie gwałci się i nie bije innych gości. To ostatnie przynajmniej dopóty, dopóki nie skończy gwałcić i bić gospodarz, dopóki nie da znaku, że już bić i gwałcić można. Z tego, co właśnie powiedziałem, powinnaś umieć wyciągnąć właściwe wnioski i ty, Ciri. Nie umiesz? Pomogę. Oddajesz mi się sama i pokornie godzisz na wszystko, pozwalasz mi zrobić z sobą wszystko, co zechcę. I mniemasz, że oferta jest wielce wspaniałomyślna. Mylisz się. Sprawa ma się bowiem tak, że robić będę z tobą to, co muszę zrobić, nie zaś to, czego bym pragnął. Przykład: pragnął bym w ramach rewanżu za Thanedd wyłupić ci przynajmniej jedno oko, a nie mogę, bo boję się, że nie przeżyjesz.
Ciri pojęła, że albo teraz, albo nigdy. Wywinęła się w półobrocie, wyszarpnęła Jaskółkę z pochwy. Cały zamek zawirował nagle, poczuła, jak pada, boleśnie tłukąc kolana. Zgięła się, niemal dotykając czołem posadzki, walczyła z odruchem wymiotnym. Miecz wysunął jej się ze zdrętwiałych palców. Ktoś go podniósł.
— Taaak — powiedział przeciągle Vilgefortz, opierając podbródek na złożonych jak do modlitwy dłoniach. - Na czym to ja stanąłem? Ach, tak, prawda, na twojej ofercie. Życie i wolność dla Yennefer w zamian… Za co? Za twoje dobrowolne oddanie, ochoczo, bez gwałtu i przymusu? Przykro mi, Ciri. Do tego, co ci zrobię, gwałt i przymus są po prosty nieodzowne.
— Tak, tak — powtórzył, z zainteresowaniem przyglądając się, jak dziewczyna charcze, wypluwa ślinę i usiłuje wymiotować. - Bez gwałtu i przymusu po prostu się nie obędzie. Na to, co ci zrobię, nigdy nie przystałabyś dobrowolnie, zapewniam. Jak zatem widzisz, twoja oferta, wciąż żałosna i śmieszna, jest nadto bezwartościowa. Odrzucam ją więc. Dalejże, weźcie ją. Od razu do laboratorium.
Laboratorium niewiele różniło się od tego, które Ciri znała ze świątyni Melitele w Ellander. Też było jasno oświetlone, czyste, z długimi stołami o blaszanych blatach, blatach pełnych szkła, pełnych słojów, retort, kolb, probówek, rurek, soczewek, syczących i bulgoczących alembików i innych przedziwnych przyrządów. Tutaj też, jak tam, w Ellander, ostro śmierdziało eterem, spirytusem, formaliną i czymś jeszcze, czymś, co sprawiało, że czuło się strach. Nawet tam, w przyjaznej świątyni, u boku przyjaznych kapłanek i przyjaznej Yennefer, Ciri czuła w laboratorium strach. A przecież tam, w Ellander, nikt nie wlókł ją do laboratorium przemocą, nikt nie sadzał brutalnie na ławie, nikt nie trzymał za ramiona i ręce w żelaznym uścisku. Tam, w Ellander, nie było pośrodku laboratorium strasznego stalowego fotela, kształt którego był sadystycznie wręcz oczywisty. Nie było tam biało ubranych i ogolonych na łyso typów, nie było tam Bonharta, nie było tam Skellena, podnieconego, zaczerwienionego i oblizującego wargi. I nie było tam Vilgefortza z jednym okiem normalnym, a drugim malutkim i koszmarnie ruchliwym.
Vilgefortz odwrócił się od stołu, na którym przez dłuższą chwilę układał jakieś budzące grozę instrumenty.
— Widzisz, moja wspaniała panno — zaczął, podchodząc — jesteś dla mnie kluczem do potęgi i władzy. Władzy nie tylko nad tym światem, będącym marnością nad marnościami, skazanym zresztą na rychłą zagładę, ale nad wszystkimi światami. Nad pełna gamą miejsc i czasów powstałych po Koniunkcji. Rozumiesz mnie z pewnością, niektóre z tym miejsc i czasów sama już odwiedziłaś.
— Mnie — podjął po chwili, podwijając rękawy — wstyd się przyznać, strasznie pociąga władza. To trywialne, wiem, ale ja chcę być władcą. Władcą, któremu będą bić pokłony, którego ludzie będą błogosławić za to tylko, że raczy być, a oddawać cześć boską, jeśli, dajmy na to, zechce wybawić ich świat od kataklizmu. Choćby wybawił tylko dla kaprysu. Och, Ciri, serce raduje mi myśl o tym, jak wspaniałomyślnie będę nagradzał wiernych, a jak okrutnie karał nieposłusznych i niepokornych. Miodem, słodką patoką dla mojej duszy będą wznoszone przez całe pokolenia modły do mnie i za mnie, o moją miłość i o moją łaskę. Całe pokolenia, Ciri, całe światy. Nadstaw uszu. Słyszysz? Od powietrza, głodu, wojny i gniewu Vilgefortza…
Poruszył palcami tuż przed jej twarzą, potem gwałtownie chwycił za policzki. Ciri krzyknęła, szarpnęła się, ale trzymano ją mocno. Usta zaczęły jej drżeć. Vilgefortz zobaczył to i zachichotał.
— Dziecko Przeznaczenia — zaśmiał się nerwowo, a w kąciku ust zabielała mu plamka piany. - Aen Hen Ichaer, święta elfia Starsza Krew… Teraz już tylko moja.
Wyprostował się gwałtownie. Wytarł usta.
— Różni głupcy i mistycy — ogłosił już swym zwykłym zimnym tonem — próbowali dopasować cię do bajęd, legend i przepowiedni, śledzili gen, który nosisz, dziedzictwo po przodkach. Myląc niebo z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu, mistycznie założyli, że przesądzający o wielkich możliwościach gen będzie ewoluował dalej, że pełnię potęgi osiągnie w twoim dziecku lub dziecku twego dziecka. I rosła wokół ciebie urocza aura, snuł się kadzidlany dym. A prawda o ileż jest banalniejsza, o ileż bardziej prozaiczna. Rzekłbym, organicznie prozaiczna. Ważna jest, moja wspaniała, twoja krew. Ale w absolutnie dosłownym, zgoła niepoetyckim znaczeniu tego słowa.
Podjął ze stołu szklaną szpryckę o długości mniej więcej pół stopy. Szprycka zakończona była cienką, lekko wygiętą kapilarą. Ciri poczuła, jak w ustach robi się jej sucho. Czarodziej obejrzał szpryckę pod światło.
— Za chwilę — oznajmił zimno — zostaniesz rozebrana i posadzona na fotelu, tym właśnie, któremu przyglądasz się z takim zaciekawieniem. Choć w niewygodniej pozycji, ale spędzisz na tym fotelu jakiś czas. Za pomocą zaś tego oto przyrządu, który również cię, jak widzę, fascynuje, zostaniesz zapłodniona. Nie będzie to takie straszne, przez cały niemal czas będziesz półprzytomna od eliksirów, które będę podawał ci dożylnie celem prawidłowego zagnieżdżenia jaja płodowego i wykluczania ciąży pozamacicznej. Nie musisz się bać, mam wprawę, robiłem to setki razy. Nigdy, co prawda, wybrance losu i przeznaczenia, ale nie sądzę, by macice i jajniki wybranek różniły się aż tak bardzo od macic i jajników zwykłych dzieweczek.
— A teraz rzecz najważniejsza — Vilgefortz nasładzał się tym, co mówi. - Może cię to zmartwi, a może ucieszy, ale wiedz, że dziecka rodzić nie będziesz. Kto wie, może i byłby to wielki wybraniec o niezwykłych zdolnościach, zbawca świata i król narodów. Nikt nie jest jednak w stanie tego zagwarantować, a ja nadto nie mam zamiaru czekać tak długo. Mnie potrzebna jest krew. Dokładniej, krew łożyskowa. Gdy tylko placenta się wykształci, wyjmę ją z ciebie. Reszta moich planów i zamiarów, moja wspaniała, już cię, jak sama pojmujesz, dotyczyć nie będzie, nie ma więc sensu informować cię o nich, byłaby to niepotrzebna frustracja.
Zamilkł, robiąc efekciarską pauzę. Ciri nie mogła opanować rozdygotanych ust.
— A teraz — czarodziej skinął teatralnie — zapraszam na fotel, panno Cirillo.
— Warto by — Bonhart błysnął zębami spod siwych wąsów — żeby ta suka Yennefer na to popatrzyła. Należy jej się to!
— A i owszem — w kąciku uśmiechniętych ust Vilgefortza znowu pojawił się biały kłębuszek piany. - Zapładnianie to wszak rzecz święta, podniosła i uroczysta, to misterium, przy którym winna asystować cała bliższa rodzina. A Yennefer to przecież quasi-matka, a taka w prymitywnych kulturach czynnie niemal uczestniczy w pokładzinach córki. Dalej, przyprowadźcie ją tu!