— Wszystko w porządku, Yen?
— Nie może być lepiej.
Pod archiwoltą stanął Vilgefortz.
— Jestem pod wrażeniem — powiedział spokojnie i dźwięcznie. - Naprawdę jestem pod wrażeniem, wiedźminie. Jesteś naiwny i beznadziejnie głupi, ale techniką rzeczywiście możesz zaimponować.
— Twoi zbóje — odpowiedziała równie spokojnie Yennefer — właśnie zrejterowali, zostawiając cię na naszej łasce. Oddaj mi Ciri, a darujemy cię zdrowiem.
— Wiesz, Yennefer — wyszczerzył się czarodziej — że to już druga dzisiaj tak wspaniałomyślna oferta? Dziękuję, dziękuję. A oto moja odpowiedź.
— Uważaj! — wrzasnęła Yennefer, odskakując. Geralt odskoczył również. W samą porę. Bijący z wyciągniętych rąk czarodzieja słup ognia zamienił w czarną i syczącą maź miejsce, gdzie przed chwilą stali. Wiedźmin starł z twarzy sadzę i resztki brwi. Zobaczył, że Vilgefortz wyciąga rękę. Zanurkował w bok, przypadł do posadzki za bazą kolumny. Huknęło tak, że aż zakłuło w uszach, a cały zamek zatrząsł się w posadach.
Huk przetoczył się echem po zamku, ściany zadygotały, zadzwoniły żyrandole. Spadł z łoskotem wielki, olejny portret w pociągniętej pozłotką ramie.
Najemnicy, którzy nadbiegli od strony westybulu, mieli w oczach dziki strach. Stefan Skellen ostudził ich groźnym spojrzeniem, przywołał do porządku marsową miną i głosem.
— Co tam? Gadać!
— Panie koroner… — zacharczał jeden. - Zgroza tam! To są demony i diabły… Z łuków szyją niechybnie.. Rąbią strasznie… Śmierć tam… Czerwono wszędy od juchy!
— Z dziesięciu padło… Może więcej… A tam… Słyszycie?
Huknęło znowu, zamek zatrząsł się.
— Magia — mruknął Skellen. - Vilgefortz… No, zobaczymy. Przekonamy się, kto kogo.
Nadbiegł następny żołdak. Był blady i oprószony tynkiem. Przez dłuższą chwilę nie mógł wykrztusić słowa, gdy wreszcie przemówił, latały mu ręce i trząsł się głos.
— Tam… Tam… Potwór… Panie koroner… Jak wielki czarny gacek… Na mych oczach głowy ludziom urywał… Ino krew sikała! A on świszczał a śmiał się… O, takie miał zębiska!
— Głów nie uniesiem… — zaszeptał ktoś na plecami Puszczyka.
— Panie koroner — zdecydował się przemówić Boreas Mun. - To są upiory. Widziałem… młodego grafa Cahira aep Ceallach. A on przecie nie żyje.
Skellen spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.
— Panie Stefanie… — wybełkotał Dacre Silifant. - Z kim nam tu wojować przyszło?
— To nie są ludzie — wyjęczał któryś z najemników. - Charakterniki to są i piekielne czarty! Nie wydoli przeciw takim ludzka moc…
Puszczyk skrzyżował ręce na piersi, powiódł po żołdakach wzrokiem śmiałym i władczym.
— Nie będziemy więc — oznajmił gromko i dobitnie — mieszać się do tego konfliktu sił piekielnych! Niech tam sobie demony walczą z demonami, czarownicy z czarownikami, a upiory z powstałymi z grobów umrzykami. Nie będziemy im przeszkadzać! My sobie tutaj spokojnie poczekamy na rezultat boju.
Twarze żołdaków pojaśniały. Morale wzrosło wyczuwalnie.
— Te schody — podjął mocnym głosem Skellen — to jedyna droga wyjścia. Poczekamy tu. Zobaczymy, kto spróbuje nimi zejść.
Z góry rozległ się straszliwy huk, ze sklepienia ze słyszalnym szelestem posypała się sztukateria. Zaśmierdziało siarką i spalenizną.
— Za ciemno tu! — zawołał Puszczyk, gromko i śmiało, by dodać ducha swemu wojsku. - Żywo, zapalić, co się da! Pochodnie, łuczywa! Musimy dobrze widzieć, kto pojawi się na tych schodach! Napełnić jakimś paliwem te żelazne kosze!
— Jakim paliwem, panie?
Skellen bez słowa pokazał, jakim.
— Obrazami? — spytał z niedowierzaniem żołdak. - Malowidłami?
— Tak jest — parsknął Puszczyk. - Co tak patrzycie? Sztuka umarła!
W drzazgi poszły ramy, w strzępy obrazy. Dobrze wysuszone drewno i przesycone pokostem płótno zajęły się natychmiast, ożyły jasnym płomieniem.
Boreas Mun patrzył. Był już całkowicie zdecydowany.
Huknęło, błysnęło, kolumna, zza której w ostatnim niemal momencie zdążyli odskoczyć, rozpadła się. Trzon złamał się, zdobiona akantem głowica gruchnęła o posadzkę miażdżąc terakotową mozaikę. W ich stronę poleciał z sykiem piorun kulisty. Yennefer odbiła go, krzycząc zaklęcia i gestykulując.
Vilgefortz szedł w ich stronę, jego płaszcz powiewał jak smocze skrzydła.
— Yennefer się nie dziwię — mówił, idąc. - Jest kobietą, a więc istotą ewolucyjnie niższa, rządzoną zamętem hormonalnym. Ty jednak, Geralt, jesteś przecież nie tylko mężczyzną z natury rozsądnym, ale i mutantem, na emocje niepodatnym.
Skinął ręką. Huknęło, błysnęło. Piorun odbił się od wyczarowanej przez Yennefer tarczy.
— Mimo twego rozsądku — przemawiał dalej Vilgefortz przelewając ogień z dłoni do dłoni — w jednej sprawie wykazujesz zadziwiającą a niemądrą konsekwencję: niezmiennie pragniesz wiosłować pod prąd i sikać pod wiatr. To musiało skończyć się źle. Wiedz, że dziś, tu, na zamku Stygga, wysikałaś się pod huragan.
Gdzieś na dolnych kondygnacjach wrzała walka, ktoś krzyczał okropnie, zawodził, wył z bólu. Coś się tam paliło, Ciri węszyła dym i swąd spalenizny, czuła powiew ciepłego powietrza.
Coś huknęło z taką mocą, że aż zadygotały wspierające sklepienie kolumny, a ze ścian posypał się stiuk.
Ciri ostrożnie wyjrzała zza węgła. Korytarz był pusty. Poszła nim szybko i cicho, mając po prawej i po lewej rzędy ustawionych w niszachposągów. Widziała juz kiedyś te posągi.
W snach.
Wyszła z kotytarza. I wpakowała się prosto na człowieka z dzidą. Odskoczyła, gotowa do salt i uników. I wówczas zorientowała się, że to nie człowiek, ale siwa, chuda i zgarbiona kobieta. I że to nie dzida, ale miotła.
— Więziona jest gdzieś tutaj — odchrząknęła Ciri — czarodziejka o czarnych włosach. Gdzie?
Kobieta z miotłą milczała długo, poruszając ustami, jak gdyby coś żuła.
— A mnie skąd to wiedzieć, gołąbeczko? — wymamrotała wreszcie. - Dyć ja tu ino sprzątam.
— Nic, ino sprzątam po nich i sprzątam — powtórzyła, w ogóle nie patrząc na Ciri. - A oni nic, ino cięgiem brudzą. Pojrzyj sama, gołąbeczko.
Ciri spojrzała. Na posadzce widniała zygzakowato rozmazana smuga krwi. Smuga ciągnęła się kilka kroków i kończyła przy skurczonym pod ścianą trupie. Dalej leżały jeszcze dwa trupy, jeden zwinięty w kłębek, drugi nieprzyzwoicie wręcz rozkrzyżowany. Obok nich leżały kusze.
— Cięgiem brudzą — kobieta wzięła kubeł i szmatę, uklękła, zabrała się do wycierania. - Brud, nic więcej, ino brud, cięgiem brud. A ty sprzątaj i sprzątaj. Czy będzie kiedy koniec temu?
— Nie — powiedziała głucho Ciri. - Nigdy. Taki już jest ten świat.
Kobieta przestała wycierać. Ale głowy nie podniosła.
— Ja sprzątam — powiedziała. - Nic więcej. Ale tobie, gołąbeczko, powiem, że trza ci prosto, a potem zaś na lewo.
— Dziękuję.
Kobieta niżej opuściła głowę i wznowiła wycieranie.