Выбрать главу

– Ostro w lewo! – ryknął do McWatta. Aarfy stał nadal uśmiechnięty. McWatt wykonał ostry skręt w lewo, ale wybuchy też się przesunęły, szybko ich doganiając, i Yossarian darł się: – Powiedziałem ostro, ostro, ostro, ty bydlaku, ostro!

McWatt przechylił samolot jeszcze bardziej na skrzydło i nagle, jakimś cudem, znaleźli się poza zasięgiem ognia. Wybuchy pozostały w tyle. Działka przestały do nich grzać. I byli żywi.

A za nimi umierali ludzie. Rozciągnięte na przestrzeni wielu mil w udręczoną, krętą, wijącą się linię, pozostałe klucze pokonywały tę samą usianą niebezpieczeństwami trasę nad celem, lawirując wśród wezbranego morza nowych i starych wybuchów jak stado szczurów wśród własnych bobków. Jedna z maszyn płonęła i wlokła się kulawo z dala od innych, buchając ogromnym płomieniem jak monstrualna krwawoczerwona gwiazda. W oczach Yossariana płonący samolot przechylił się na bok i zaczął spiralą zsuwać się w dół wielkimi, drżącymi, coraz to węższymi kręgami, a jego wielka ognista masa świeciła pomarańczowym blaskiem ciągnąc za sobą długą, trzepoczącą pelerynę ognia i dymu. Pokazały się spadochrony, jeden, dwa, trzy… cztery, a potem samolot wpadł w korkociąg i dalej spadał podrygując już bez czucia w środku swego jaskrawego stosu jak strzępek kolorowej bibułki. W innej eskadrze cały jeden klucz został rozbity.

Yossarian westchnął wyczerpany. Koniec pracy na dzisiaj! Był spustoszony i mokry od potu. Silniki mruczały miodopłynnie, gdyż McWatt zmniejszył obroty, aby mogły ich dojść pozostałe maszyny. Naglą cisza wydawała się dziwna, nienaturalna i nieco zdradliwa. Yossarian rozpiął kamizelkę przeciwodłamkową j zdjął hełm. Jeszcze raz westchnął nerwowo, przymknął oczy i spróbował się rozluźnić.

– Gdzie jest Orr? – spytał ktoś nagle w telefonie pokładowym.

Yossarian podskoczył z jednosylabowym okrzykiem, który wibrował niepokojem i dawał jedyne racjonalne wyjaśnienie zagadkowego zjawiska ognia przeciwlotniczego nad Bolonią: Orr! Rzucił się do przodu i przygięty nad celownikiem wypatrywał w dole przez pleksiglasową szybę jakiegoś uspokajającego znaku Orra, który działał na artylerię przeciwlotniczą jak magnes i który niewątpliwie ściągnął z dnia na dzień wyborowe baterie dywizji “Herman Goering" stamtąd, gdzie stacjonowały jeszcze wczoraj, kiedy Orr bawił w Rzymie. Aarfy rzucił się do przodu w chwilę później i rąbnął Yossariana w nos ostrym kantem hełmu. Yossarian sklął go mając oczy pełne łez.

– Jest tam – pogrzebowym tonem oświadczył Aarfy wskazując dramatycznym gestem furę siana i dwa konie przed zagrodą z szarego kamienia. – Rozwalony w drobny mak. Widocznie było im to pisane.

Yossarian posiał Aarfy'ego do diabła i nadal wytężał wzrok, zmrożony lękiem teraz już nie o siebie, ale o małego, zębatego, pełnego życia, niesamowitego sąsiada z namiotu, który rozciął Appleby'emu czoło rakietką pingpongową i który teraz znowu napędzał Yossarianowi potwornego stracha. Wreszcie wypatrzył dwusilnikowy samolot o podwójnym usterzeniu, który wypłynął z zielonego tła lasu nad żółte pole. Jedno ze śmigieł, rozszczepione na końcu, było nieruchome, ale maszyna utrzymywała wysokość i właściwy kurs. Yossarian podświadomie wymamrotał modlitwę dziękczynną, a potem posiał pod adresem Orra dziką i skomplikowaną wiązankę, w której była wściekłość i ulga.

– A to drań! – zaczął. – Cholerny, skarłowaciały, czerwony na pysku, pucołowaty, kędzierzawy świński skurwysyn z wystającymi zębami!

– Co? – spytał Aarfy.

– Ten cholerny, świński, pokraczny, pucołowaty, wyszczerzony, zębaty, zwariowany, skurwysyński kurdupel! – pienił się Yossarian.

– Co mówisz? – spytał Aarfy.

– Nieważne!

– Wciąż cię nie słyszę – odpowiedział Aarfy.

Yossarian odwrócił się powoli i znalazł się twarzą w twarz z Aarfym.

– Ty kutasie – zaczął.

– Ja?

– Ty pompatyczny, pękaty, poczciwy, tępy, zadowolony z siebie…

Aarfy był niewzruszony. Spokojnie potarł zapałkę i głośno przyssał się do swojej fajki, dając w ten sposób do zrozumienia, że łaskawie i wielkodusznie przebacza. Uśmiechnął się grzecznie i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Yossarian położył mu dłoń na twarzy i odepchnął go z wyrazem znużenia. Zamknął oczy i aż do lotniska udawał, że śpi, żeby nie słuchać Aarfy'ego ani na niego nie patrzeć.

W namiocie odpraw Yossarian złoży! raport wywiadowczy kapitanowi Blackowi i czekał wraz ze wszystkimi w pełnym szeptów oczekiwaniu, dopóki nie ukazała się kaszląca maszyna Orra, ciągnąca dzielnie na jednym silniku. Wszyscy wstrzymali oddech. Podwozie nie dawało się wypuścić. Yossarian odczekał, dopóki Orr nie wylądował bezpiecznie na brzuchu, a potem ukradł pierwszego z brzegu jeepa, z kluczykiem w stacyjce, pognał do swojego namiotu i zaczął gorączkowo pakować się na urlop, który postanowił spędzić w Rzymie, gdzie jeszcze tego wieczoru znalazł Lucjanę z jej niewidzialną szramą.

16 Lucjana

Znalazł Lucjanę w nocnym klubie dla oficerów wojsk alianckich, gdzie siedziała sama przy stoliku, gdyż podpity major z Korpusu Australijskiego, który ją tu przyprowadził, by tak głupi, że zdradził ją dla jurnej kompanii śpiewającej przy barze.

– Dobrze, zatańczę z tobą – powiedziała, zanim Yossarian zdążył otworzyć usta. – Ale do łóżka z tobą nie pójdę.

– A kto cię prosi? – spyta! Yossarian.

– Nie chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka? – zawołała zdziwiona.

– Nie, nie chcę z tobą tańczyć.

Chwyciła Yossariana za rękę i wciągnęła go na parkiet. Tańczyła jeszcze gorzej od niego, ale podskakiwała w rytmie syntetycznej muzyki jazzowej z taką niepodrabianą radością, jakiej nigdy dotąd nie widział, aż wreszcie poczuł, że nogi drętwieją mu ze zmęczenia, i ściągnął ją z parkietu w stronę stolika, gdzie dziewczyna, którą powinien był teraz rżnąć, siedziała zalana, otaczając ramieniem szyję Aarfy'ego, i ostentacyjnie świńtuszyła z Huplem, Orrem, Kidem Sampsonem i Joe Głodomorem, a jej rozchełstana bluzka z pomarańczowego atłasu odsłaniała dobrze wypełniony biały koronkowy biustonosz. W momencie gdy zbliżył się do ich stolika, Lucjana niespodziewanie pchnęła go z całej siły, tak że przeleciał dalej i znowu zostali tylko we dwoje. Była wysoką, zdrową, tryskającą życiem dziewczyną o długich włosach i ładnej buzi, dorodną, uroczą, kokieteryjną dziewczyną.

– Dobrze, możesz mi postawić kolację – powiedziała. – Ale do łóżka z tobą nie pójdę.

– A kto cię prosi? – spytał zdziwiony Yossarian.

– Nie chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka?

– Nie, nie chcę ci postawić kolacji.

Wyciągnęła go z klubu na ulicę i po schodkach w dół zeszli do czarnorynkowej restauracji pełnej ożywionych, rozświergotanych, ładnych dziewczyn, które wszystkie się znały, oraz przyprowadzonych przez nie onieśmielonych oficerów różnych armii. Jedzenie było wytworne i drogie, a w przejściach między stolikami przelewały się potoki rumianych i wesołych businessmanów, jednakowo tęgich i łysawych. Huczące życiem wnętrze promieniowało potężnym, wszechogarniającym nastrojem ciepła i dobrej zabawy.

Yossariana radował niezmiernie widok Lucjany, która ignorując go całkowicie, z prostackim apetytem obiema rękami wrzucała w siebie jedzenie. Jadła jak smok, dopóki nie opróżniła wszystkich talerzy; wówczas finalnym gestem odłożyła sztućce i leniwie odchyliła się na oparcie krzesła jak rozmarzone i ociężałe uosobienie zaspokojonego obżarstwa. Z uśmiechem zadowolenia wciągnęła głęboko powietrze i spojrzała na niego tkliwie rozkochanym wzrokiem.