– Vite! Vite! – poganiał ją. – Zbieraj swoje rzeczy.
– Co ty wygadujesz? – spytała.
– Prędzej! Prędzej! Nie rozumiesz po angielsku? Ubieraj się prędzej!
– Stupido! – warknęła: – Vite to po francusku, nie po włosku. Subito! Chciałeś powiedzieć, subito.
– Si, si. To właśnie chciałem powiedzieć. Subito!
– Si, si – odpowiedziała posłusznie i pobiegła po pantofle i klipsy.
Joe Głodomór zrezygnował z ataków i robił zdjęcia przez zamknięte drzwi. Yossarian słyszał trzaski przesłony aparatu fotograficznego. Kiedy oboje byli ubrani, zaczekał na kolejną szarżę Joego Głodomora i gwałtownym ruchem otworzył przed nim drzwi. Joe Głodomór wpadł do pokoju jak zataczająca się żaba. Yossarian przepuścił go zręcznie i ciągnąc za sobą Lucjanę wymknął się na korytarz. Z wielkim hałasem zbiegli po schodach, zaśmiewając się do utraty tchu i trącając się rozbawionymi głowami, ilekroć przystawali na chwilę, żeby odpocząć. Na dole spotkali wracającego Nately'ego i ochota do śmiechu im przeszła. Nately był wycieńczony, brudny i nieszczęśliwy. Krawat miał przekrzywiony, koszulę pogniecioną, szedł z rękami w kieszeniach. Minę miał zgnębioną i beznadziejną.
– Co się stało, mały? – spytał go Yossarian współczująco.
– Znowu spłukałem się co do centa – odpowiedział Nately uśmiechając się krzywo, z roztargnieniem. – I co ja teraz zrobię?
Yossarian nie wiedział. Nately spędził ostatnie trzydzieści dwie godziny po dwadzieścia dolarów za godzinę z apatyczną dziwką, którą uwielbiał, i nie zostało mu już ani centa z żołdu ani z dużej pensji, jaką otrzymywał co miesiąc od bogatego i szczodrego ojca. Znaczyło to, że nie może spędzić z nią ani chwili dłużej. Nie pozwalała mu nawet iść koło siebie, kiedy przechadzała się ulicami zaczepiając innych żołnierzy, i wściekała się, kiedy zauważyła, że idzie za nią z daleka. Mógł wprawdzie, jeżeli chciał, wystawać przed jej domem, ale nie mógł mieć pewności, czy ona jest u siebie. I nie chciała mu dawać nic bez pieniędzy. Seks zupełnie jej nie interesował. Nately chciał mieć pewność, że nie będzie spać z kimś obrzydliwym ani z żadnym z jego znajomych. Na przykład kapitan Black obowiązkowo kupował ją, ilekroć przyjeżdżał do Rzymu, żeby móc potem znęcać się nad Natelym, opowiadając mu, jak to dogodził jego ukochanej, i patrzeć, jak Nately zagryza się słuchając o haniebnych rzeczach, do jakich ją zmuszał.
Lucjana była wzruszona cierpieniem Nately'ego, ale znów wybuchnęła zdrowym śmiechem, gdy znaleźli się na zalanej słońcem ulicy i usłyszeli, jak Joe Głodomór błaga ich z okna, żeby wrócili i znów się rozebrali, ponieważ on naprawdę jest fotografem z “Life'u".
Roześmiana Lucjana pobiegła chodnikiem na swoich wysokich białych koturnach, ciągnąc za sobą Yossariana z tą samą zmysłową i spontaniczną energią, jaką tryskała od chwili ich spotkania w klubie poprzedniego wieczoru. Yossarian dopędził ją, objął wpół i tak doszli do najbliższego rogu, gdzie Lucjana odsunęła się od niego, wyjęła z torby lusterko, poprawiła włosy i umalowała usta.
– Może poprosiłbyś mnie o adres, żebyś mógł zapisać go na kartce i odnaleźć mnie, kiedy znów będziesz w Rzymie? – zaproponowała.
– Może dałabyś mi swój adres, żebym mógł go zapisać na kartce – zgodził się Yossarian.
– Po co? – spytała wojowniczo, a usta jej naraz wydęły się szyderczo, oczy zaś błysnęły gniewem. – Żebyś mógł go podrzeć na drobne kawałki, skoro tylko odejdę?
– Dlaczego miałbym go drzeć? – zaprotestował zdetonowany Yossarian. – Co ty, do cholery, pleciesz?
– Na pewno podrzesz – obstawała przy swoim. – Podrzesz na drobne kawałki i odejdziesz dumny jak paw, że taka wysoka, młoda, piękna dziewczyna jak ja, Luq'ana, poszła z tobą do łóżka i nie chciała pieniędzy.
– A ile chcesz? – spytał Yossarian.
– Stupido! – krzyknęła rozgniewana. – Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy!
Tupnęła nogą i podniosła rękę tak gwałtownym ruchem, że Yossarian przestraszył się, iż znowu oberwie po twarzy jej wielką torebką. Ona jednak zapisała tylko nazwisko i adres na skrawku papieru, który wsunęła mu do ręki.
– Masz – powiedziała urągliwie, przygryzając wargi, żeby ukryć ich drżenie. – Nie zapomnij. Nie zapomnij podrzeć tego na kawałeczki, kiedy tylko odejdę.
Potem uśmiechnęła się pogodnie, uścisnęła mu rękę i z pełnym żalu “Addio" przytuliła się do niego na chwilę, po czym wyprostowała się i odeszła z nieświadomą godnością i wdziękiem.
Gdy tylko odeszła, Yossarian podarł karteczkę z adresem i odszedł w przeciwnym kierunku, dumny jak paw, że taka piękna młoda dziewczyna jak Lucjana poszła z nim do łóżka i nie chciała pieniędzy. Był bardzo z siebie zadowolony, dopóki nie zajrzał do stołówki w budynku Czerwonego Krzyża i nie zasiadł do śniadania wśród tłumu żołnierzy w najrozmaitszych fantastycznych mundurach. Wtedy nagle stanęły mu przed oczami obrazy Lucjany rozbierającej się, ubierającej się, pieszczącej go i wymyślającej mu żywiołowo w swojej różowej koszulce ze sztucznego jedwabiu, której nie chciała zdjąć nawet w łóżku. Yossarian dławił się tostami i jajkami na myśl o kolosalnym błędzie, jaki popełnił drąc tak bezczelnie jej długie, smukłe, nagie, wibrujące młodością ciało na kawałeczki i wrzucając je z taką beztroską do rynsztoka. Już teraz tęsknił za nią okropnie. W stołówce było tylu hałaśliwych, pozbawionych twarzy ludzi w mundurach. Odczuł tak gwałtowną potrzebę znalezienia się z nią znowu sam na sam, że zerwał się raptownie od stołu i pobiegł z powrotem, szukać strzępków papieru w rynsztoku, ale zostały już spłukane przez dozorcę, który polewał ulicę.
Nie mógł jej znaleźć tego wieczoru ani w nocnym klubie dla oficerów alianckich, ani w dusznym, lśniącym, hedonistycznym chaosie czarnorynkowej restauracji z jej podrygującymi wielkimi drewnianymi tacami wytwornego jedzenia i rozświergotanymi stadkami ożywionych, cudownych dziewczyn. Nie potrafił nawet znaleźć tej restauracji. Kiedy wreszcie poszedł do łóżka sam, śniło mu się, że wymyka się niemieckiej artylerii przeciwlotniczej nad Bolonią z Aarfym, który w ohydny sposób.zagląda mu przez ramię z pyszałkowatym, szyderczym uśmiechem. Rano pobiegł szukać Lucjany we wszystkich możliwych francuskich biurach, ale nikt nie wiedział, o co mu chodzi, biegł więc przerażony dalej, tak zdenerwowany, rozkojarzony i zdezorientowany, że musiał dokądś biec, na przykład do pokojów szeregowych, do przysadzistej pokojówki w cytrynowych majtkach, którą zastał przy ścieraniu kurzu w pokoju Snowdena na piątym piętrze, ubraną w szarobury sweter i grubą ciemną spódnicę. Snowden jeszcze wtedy żył i Yossarian poznał.
że to pokój Snowdena, gdyż zobaczył jego nazwisko wypisane białymi literami na granatowym worku, o który się potknął, rzucając się na nią z rozpędu w szale twórczej rozpaczy. Kobieta chwyciła go za przeguby, nie dając mu upaść, kiedy potykając się pędził ku niej w potrzebie, i padając jednocześnie plecami na łóżko wciągnęła go na siebie i zagarnęła gościnnie w swoje nieco zwiotczałe, kojące objęcia, wznosząc przy tym miotełkę od kurzu wysoko jak sztandar i zwracając ku niemu czule swoją szeroką, zwierzęcą, miłą twarz z uśmiechem najszczerszej przyjaźni. Z głośnym trzaskiem gumy wyśliznęła się ze swoich cytrynowych majtek, nie zmieniając przy tym pozycji.
Kiedy było już po wszystkim, wsunął jej w dłoń pieniądze. Uścisnęła go tkliwie z wdzięczności. On też ją uścisnął. Odwzajemniła mu się uściskiem i znów wciągnęła go na siebie. Wsunął jej znowu pieniądze do ręki, kiedy byli po wszystkim, i wybiegł czym prędzej z pokoju, zanim zdążyła znów uścisnąć go na znak wdzięczności. Gdy znalazł się w swoim pokoju, spakował pośpiesznie rzeczy, oddał Nately'emu wszystkie pieniądze, jakie mu pozostały, i wrócił na Pianosę samolotem zaopatrzeniowym, żeby przeprosić Joego Głodomora za to, że go nie wpuścił. Przeprosiny okazały się zbyteczne, gdyż zastał Joego w doskonałym humorze. Joe Głodomór uśmiechał się od ucha do ucha i Yossarianowi zrobiło się niedobrze na jego widok, gdyż natychmiast zrozumiał, co jest przyczyną tego wyśmienitego humoru.