Выбрать главу

– Co ty, do cholery, wygadujesz? – spytał Dunbar. – Czy on w ogóle wie, co ty mówisz?

– Jasne, że wie. On wcale nie jest głupi. Nic mu nie brakuje.

– A skąd wiesz, że on cię słyszy?

– Nie wiem, czy mnie słyszy, ale jestem pewien, że wie, co mówię.

– Czy ten otwór nad jego ustami porusza się kiedy?

– No, wiecie, co za głupie pytanie – zmieszał się Teksańczyk.

– Jak tam się nic nie rusza, to skąd wiesz, że on oddycha?

– Skąd wiesz, że to jest on?

– Czy ma klapki na oczach pod tymi bandażami?

– Czy porusza czasem palcami u nóg albo u rąk? Teksańczyk cofnął się zbity zupełnie z tropu.

– Hej, co to za głupie pytania? Czy wyście, panowie, powariowali? Dlaczego nie podejdziecie do niego, żeby się przedstawić? Mówię wam, że to miły facet.

Ale żołnierz w bieli bardziej przypominał wypchaną i wysterylizowaną mumię niż miłego faceta. Siostra Duckett i siostra Cramer utrzymywały go w stanie nienagannym. Często omiatały jego bandaże miotełką oraz zmywały gipsowe opatrunki na jego rękach, nogach, barkach, piersi i biodrach wodą z mydłem. Za pomocą proszku do czyszczenia doprowadzały do matowego połysku ciemną cynkową rurkę wyrastającą spomiędzy jego nóg. Wilgotnymi ściereczkami kilkakrotnie w ciągu dnia przecierały cienkie czarne gumowe rurki łączące go z dwoma zamkniętymi słojami, z których jeden wisiał na stojaku przy łóżku i nieustannie wlewał płyn przez rozcięcie w bandażach do jego ramienia, drugi zaś, prawie niewidoczny na podłodze, odbierał płyn Z cynkowej rurki wyrastającej z jego krocza. Obie młode pielęgniarki bez przerwy przecierały te szklane słoje. Były dumne ze swojej gospodarności. Bardziej gorliwa była siostra Cramer, zgrabna, ładna, bezpłciowa dziewczyna o zdrowej, nieciekawej twarzy. Siostra Cramer miała ładny nosek i świeżą, promienną cerę usianą zachwycającymi plamkami uroczych piegów, których Yossarian nie cierpiał. Żołnierz w bieli wzruszał ją do głębi. Jej cnotliwe bladoniebieskie oczy jak spodeczki napełniały się potwornie wielkimi łzami w nieoczekiwanych sytuacjach, co doprowadzało Yossariana do szału.

– Skąd, do diabła, siostra wie, że ktoś tam w ogóle jest? – pytał.

– Niech się pan nie waży mówić do mnie w ten sposób

– odpowiadała oburzona.

– Niech siostra odpowie. Przecież siostra nawet nie wie, czy to naprawdę on.

– Kto?

– Ten, kto ma być pod tymi wszystkimi bandażami. Może siostra płacze nad kimś zupełnie innym. Skąd siostra wie, że on w ogóle żyje?

– To okropne, co pan mówi! – zawołała siostra Cramer. – Proszę natychmiast iść do łóżka i przestać z niego żartować.

– Ja nie żartuję. Tam w środku może być każdy. Kto wie, może nawet Mudd?

– O czym pan mówi? – spytała siostra Cramer drżącym głosem.

– Może to jest właśnie nieboszczyk.

– Jaki nieboszczyk?

– Mam w namiocie nieboszczyka, którego w żaden sposób nie mogę się pozbyć. Nazywa się Mudd.

Siostra Cramer zbladła i rozpaczliwie szukając pomocy, zwróciła się do Dunbara.

– Niech mu pan nie pozwoli mówić takich rzeczy – poprosiła.

– A może tam w środku nie ma nikogo – pospieszył z pomocą Dunbar. – Może dla kawału przysłali tu same bandaże. Siostra Cramer odsunęła się od niego przestraszona.

– Pan oszalał – krzyknęła rozglądając się błagalnie dokoła.

– Obaj jesteście nienormalni.

W tym momencie zjawiła się siostra Duckett i zapędziła ich do łóżek, siostra Cramer zaś zajęła się wymianą słojów żołnierza w bieli. Nie było to zbyt kłopotliwe, gdyż wpuszczano do niego stale ten sam przezroczysty płyn bez widocznych ubytków. Kiedy naczynie zasilające jego ramię było prawie puste, naczynie stojące na podłodze było prawie pełne i wówczas odłączano je od gumowych przewodów i szybko przestawiano, żeby płyn mógł znowu spływać do jego ciała. Zamiana naczyń nie stanowiła problemu dla nikogo poza pacjentami, którzy obserwowali tę procedurę co godzinę i byli nią niezmiennie zafrapowani.

– Dlaczego nie mogą połączyć tych dwóch słojów ze sobą, eliminując pośrednika? – zastanawiał się kapitan artylerii, z którym Yossarian przestał grywać w szachy. – Po diabła on tu jest potrzebny?

– Ciekawe, co on takiego zrobił, że na to zasłużył – ubolewał chory na malarię chorąży z tyłkiem pokąsanym przez komary, kiedy siostra Cramer spojrzała na termometr i odkryła, że żołnierz w bieli nie żyje.

– Poszedł na wojnę – spróbował odpowiedzieć pilot myśliwca ze złotawym wąsikiem.

– Wszyscy poszliśmy na wojnę – odparł Dunbar.

– O to właśnie chodzi – powiedział chory na malarię chorąży. – Dlaczego akurat on? W tym systemie kar i nagród nie widać żadnej logiki. Spójrzcie, co mnie się przytrafiło. Gdybym złapał za te pięć minut rozkoszy na plaży syfilisa albo trypra, można by mówić o jakiejś sprawiedliwości, tymczasem ugryzł mnie ten cholerny komar. Malaria! Kto mi powie, dlaczego malaria ma być skutkiem rozpusty? – kręcił głową zdumiony chorąży.

– A co ja mam powiedzieć? – wtrącił Yossarian. – W Marakeszu wyszedłem kiedyś wieczorem z namiotu, żeby sobie kupić cukierków, i złapałem tego twojego trypra, kiedy pewna dama z Kobiecego Korpusu Pomocniczego, którą pierwszy raz widziałem na oczy, wciągnęła mnie w krzaki. Miałem naprawdę ochotę na cukierki, ale czy mogłem odmówić?

– To rzeczywiście wygląda na mojego trypra – zgodził się chorąży – a ja tymczasem nadal mam czyjąś malarię. Chciałbym przynajmniej raz zobaczyć jakiś porządek w tych sprawach, tak żeby każdy dostał dokładnie to, na co zasłużył. Nabrałbym może trochę zaufania do wszechświata.

– A ja mam czyjeś trzysta tysięcy dolarów – przyznał się dziarski miody kapitan myśliwca ze złotawym wąsikiem. – Obijałem się od dnia, w którym się urodziłem. Prześlizgnąłem się jakimś cudem przez szkolę i studia i odtąd już tylko podrywałem różne ślicznotki, które sądziły, że jestem dobrym materiałem na męża. Nie mam żadnych ambicji. Jedynym moim marzeniem jest ożenić się po wojnie z jakąś dziewczyną, która będzie miała więcej pieniędzy niż ja, i poświęcić się dalszemu podrywaniu ślicznotek. Te trzysta tysięcy dolarów otrzymałem, jeszcze zanim przyszedłem na świat, od dziadka, który dorobił się fortuny sprzedając pomyje na skalę międzynarodową. Wiem, że nie zasługuję na te pieniądze, ale niech mnie diabli, jeżeli je wypuszczę z rąk. Gekawe, kto jest ich prawowitym właścicielem?,- Może mój ojciec – wystąpił z hipotezą Dunbar. – Przez całe życie ciężko harował i nigdy nie miał pieniędzy, żeby posłać siostrę i mnie na studia. Nie żyje już, więc możesz sobie zatrzymać te pieniądze.

– Gdyby jeszcze znaleźć właściciela mojej malarii, mielibyśmy spokój. To nie znaczy, że mam coś przeciwko malarii. Mogę równie dobrze dekować się na malarię jak na co innego. Po prostu uważam, że dzieje się niesprawiedliwość. Dlaczego ja mam mieć czyjąś malarię, a ty mojego trypra?

– Mam coś gorszego niż twój tryper – powiedział Yossarian. – Przez tego twojego trypra muszę brać udział w akcjach bojowych, dopóki mnie nie zabiją.

– To jeszcze pogarsza sprawę. Gdzie tu jest jakaś sprawiedliwość?

– Dwa i pół tygodnia temu miałem przyjaciela nazwiskiem Clevinger, który uważał, że to jest bardzo sprawiedliwe.

– Jest to najwyższy rodzaj sprawiedliwości – tryumfował wówczas Clevinger klaszcząc w dłonie i śmiejąc się wesoło. – Przypomina mi to Hipolita Eurypidesa, gdzie młodzieńcza swawolność Tezeusza staje się zapewne przyczyną ascetyzmu jego syna, co ściąga na nich nieszczęście i doprowadza ich wszystkich do zguby. Może ten epizod z damą z Kobiecego Korpusu Pomocniczego nauczy cię, jak niebezpieczna jest rozwiązłość płciowa.

– To mnie nauczyło, jak niebezpieczne mogą być cukierki.

– Czy nie widzisz, że twoje kłopoty wynikają również z twojej winy? – mówił dalej Clevinger z nie ukrywaną satysfakcją. – Przecież gdyby nie te dziesięć dni w szpitalu z chorobą weneryczną tam, w Afryce, to mógłbyś zaliczyć dwadzieścia pięć lotów i wrócić do kraju, zanim zginął pułkownik Nevers i na jego miejsce przyszedł pułkownik Cathcart.