Tuż obok namiotu strzelił silnikiem i odjechał z hałasem jeep. Czy nagi człowiek na drzewie podczas pogrzebu Snowdena był tylko halucynacją? A może było to autentyczne objawienie? Kapelan zadrżał na samą myśl. Rozpaczliwie pragnął zwierzyć się Yossarianowi, ale ilekroć pomyślał o tym zdarzeniu, uznawał, że lepiej o nim nie myśleć, chociaż kiedy myślał teraz, nie był pewien, czy rzeczywiście kiedyś o nim myślał. f
Kapral Whitcomb wkroczył znowu wnosząc nowy, lśniący uśmieszek i oparł się impertynencko łokciem o środkowy słupek namiotu kapelana.
– Wie pan, kto to był ten facet w brązowym szlafroku? – spytał z przechwałką. – To był gość z Wydziału Śledczego ze złamanym nosem. Przyszedł tu ze szpitala w sprawie urzędowej. Prowadzi śledztwo.
Kapelan natychmiast spojrzał w górę z usłużnym współczuciem.
– Mam nadzieję, że nie ma pan żadnych kłopotów. Czy mogę coś dla pana zrobić?
– Nie, nie mam kłopotów – odpowiedział kapral Whitcomb szczerząc zęby. – To pan ma kłopoty. Dobiorą się do pana za podpisywanie nazwiskiem Washingtona Irvinga tych wszystkich listów, które pan podpisywał nazwiskiem Washingtona Irvinga. I co pan na to?
– Nie podpisywałem żadnych listów nazwiskiem Washingtona Irvinga – powiedział kapelan.
– Przede mną nie musi pan kłamać – odparł kapral Whitcomb.
– To nie mnie będzie pan musiał przekonywać.
– Ależ ja wcale nie kłamię.
– Nic mnie to nie obchodzi, czy pan kłamie, czy nie. Dadzą też panu za przejmowanie korespondencji majora Majora. Większość tego to rzeczy tajne.
– Jakiej korespondencji? – spytał kapelan żałośnie, czując przypływ zdenerwowania. – Nie widziałem na oczy żadnej korespondencji majora Majora.
– Przede mną nie musi pan kłamać – odparł kapral Whitcomb.
– To nie mnie będzie pan musiał przekonywać.
– Ależ ja wcale nie kłamię! – zaprotestował kapelan.
– Nie rozumiem, dlaczego pan na mnie krzyczy – powiedział z obrażoną miną kapral Whitcomb, podchodząc do kapelana i wymachując mu palcem przed nosem dla większego efektu. – Oddałem panu przed chwilą największą przysługę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek panu oddał, a pan nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Za każdym razem, kiedy ten człowiek chce donieść o panu swoim przełożonym, ktoś w szpitalu wykreśla z listu wszystkie szczegóły. On od tygodni staje na głowie, żeby pana oddać w ręce władz. Właśnie podpisałem jego list jako cenzor nawet go nie czytając. W ten sposób pańskie akcje w Wydziale Śledczym bardzo pójdą w górę. Damy im w ten sposób do zrozumienia, że nie boimy się ujawnienia całej prawdy o panu. Kapelan czuł, że kręci mu się w głowie od tego wszystkiego.
– Ale pan nie ma przecież prawa cenzurować listów? – spytał.
– Jasne, że nie – odpowiedział kapral Whitcomb. – Tylko oficerowie mają prawo to robić. Cenzurowałem go w pańskim imieniu.
– Ale ja też nie mam prawa cenzurować listów.
– Pomyślałem i o tym – uspokoił go kapral Whitcomb. – Podpisałem go za pana innym nazwiskiem.
– A czy to nie jest fałszerstwo?
– O to też może się pan nie martwić. Jedynym człowiekiem, który może skarżyć o fałszerstwo, jest ten, czyj podpis sfałszowano, a ja dla pańskiego dobra wybrałem osobę nieżyjącą. Użyłem nazwiska Washingtona Irvinga.
Kapral Whitcomb wpatrywał się uważnie w twarz kapelana, szukając w niej oznak buntu, a potem ciągnął dalej bezczelnie, z ukrytą ironią:
– Chytrze to wymyśliłem, prawda?
– Nie wiem – powiedział bliski płaczu kapelan drżącym głosem, krzywiąc się w groteskowych grymasach udręki i niezrozumienia. – Nie sądzę, żebym zrozumiał wszystko, co mi pan powiedział. Dlaczego ten list miałby podnieść moje akcje, skoro podpisał go pan nazwiskiem Washingtona Irvinga, a nie moim?
– Ponieważ oni są przekonani, że to pan jest Washingtonem Irvingiem. Nie rozumie pan? Będą wiedzieli, że to pan.
– Ale przecież chodzi o to, żeby wyprowadzić ich z błędu. Czy to nie będzie dowodem przeciwko mnie?
– Gdybym wiedział, że tak pan będzie kręcił nosem, to wcale bym panu nie próbował pomóc – oświadczył z oburzeniem kapral Whitcomb i wyszedł. Po sekundzie wrócił. – Oddałem panu największą przysługę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek w życiu panu oddał, a pan nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Nie potrafi pan okazać wdzięczności. To jeszcze jedna pańska wada.
– Przepraszam – powiedział kapelan ze skruchą. – Naprawdę bardzo mi przykro. To dlatego, że jestem tak kompletnie zaskoczony tym, co od pana usłyszałem, że sam nie wiem, co mówię. Jestem panu naprawdę bardzo wdzięczny.
– W takim razie może mi pan pozwoli wysiać te listy? – zażądał natychmiast kapral Whitcomb. – Czy mogę przystąpić do pracy nad projektem?
Kapelanowi szczęka opadła ze zdumienia.
– Nie, nie – jęknął. – Nie teraz. Kapral Whitcomb wybuchnął gniewem.
– Jestem pańskim najlepszym przyjacielem, a pan nawet o tym nie wie – oświadczył zaczepnie i wyszedł z namiotu. Wszedł z powrotem.
– Jestem po pańskiej stronie, a do pana to w ogóle nie dociera. Czy wie pan, jak poważna jest pańska sprawa? Ten facet z Wydziału Śledczego pobiegł do szpitala, żeby wysłać nowy meldunek w pańskiej sprawie o tym pomidorze.
– O jakim pomidorze? – spytał kapelan mrugając.
– O tym dorodnym pomidorze, który pan ukrywał w dłoni, kiedy pan tu przyszedł. O, jest! Ten, który pan teraz trzyma w ręku.
Kapelan rozluźnił palce ze zdumieniem i zobaczył, że nadal ściska w dłoni dorodny pomidor, który dostał od pułkownika Cathcarta. Pośpiesznie położył go na stoliku brydżowym.
– Dostałem tego pomidora od pułkownika Cathcarta – powiedział i umilkł zaskoczony tym, jak śmiesznie zabrzmiało jego wyjaśnienie. – Nalegał, żebym go wziął.
– Przede mną nie musi pan kłamać – odparł kapral Whitcomb.
– Nic mnie nie obchodzi, czy go pan ukradł, czy nie.
– Ukradł? – wykrzyknął zdumiony kapelan. – Po cóż miałbym kraść tego dorodnego pomidora?
– Właśnie to nas najbardziej zastanowiło – powiedział kapral Whitcomb. – I ten facet z Wydziału Śledczego wpadł na pomysł, że może pan mieć w nim jakieś ważne tajne dokumenty.
Kapelan opadł bezwładnie pod miażdżącym brzemieniem rozpaczy.
– Nie ukryłem w nim żadnych ważnych tajnych dokumentów
– stwierdził naiwnie. – Zaczyna się od tego, że w ogóle nie chciałem go przyjąć. Proszę, może go pan sobie wziąć. Niech pan sam zobaczy.
– Ja go nie chcę.
– Proszę, niech go pan zabierze – błagał kapelan ledwie słyszalnym głosem. – Chcę się go pozbyć.
– Ja go nie chcę – uciął kapral Whitcomb i wyszedł sztywno, z gniewną twarzą, powstrzymując uśmiech wielkiej radości, wywołany tym, że ukuł potężny nowy sojusz z przedstawicielem Wydziału Śledczego i że znowu udało mu się okazać kapelanowi swoje niezadowolenie.
– Biedny Whitcomb – westchnął kapelan czując się odpowiedzialny za złe samopoczucie pomocnika. Siedział niemo, pogrążony w ciężkiej, paraliżującej melancholii, i czekał, że kapral Whitcomb lada chwila wejdzie z powrotem. Zawiedziony, usłyszał stanowczy chrzęst kroków kaprala cichnący w oddali. Nie miał na nic ochoty. Postanowił zastąpić obiad tabliczką czekolady ze swojej szafki i kilkoma łykami letniej wody z manierki. Miał uczucie, iż otacza go gęsta, przytłaczająca mgła ewentualności, w której nie mógł dostrzec ani promyka światła. Bał się tego, co pomyśli pułkownik Cathcart, kiedy dotrze do niego wiadomość, że jego kapelana podejrzewa się o to, iż jest Washingtonem Irvingiem, a potem zaczął się zagryzać tym, co pułkownik Cathcart myśli o nim już teraz za to, że ośmielił się poruszyć sprawę sześćdziesięciu lotów bojowych. Tyle jest cierpienia na świecie, dumał kapelan skłaniając ponuro głowę pod ciężarem tragicznych myśli, a on nie potrafi pomóc nikomu, a już najmniej sobie samemu.
21 Generał Dreedle
Pułkownik Cathcart nie myślał o kapelanie, gdyż pochłaniał go całkowicie nowy i groźny problem, któremu na imię było Yossarian!
Yossarian! Na sam dźwięk tego szkaradnego, wstrętnego nazwiska oblewał go zimny pot i oddech wiązł mu w gardle. Kiedy kapelan po raz pierwszy wymienił nazwisko Yossariana, zabrzmiało ono w głębi pamięci pułkownika jak złowróżbny gong. Gdy tylko za kapelanem zamknęły się drzwi, całe haniebne wspomnienie o nagim żołnierzu w szeregach spłynęło na niego bolesnym, duszącym wodospadem gryzących szczegółów. Pułkownik pocił się i miał dreszcze. Ujawniała się nieprawdopodobna i złowieszcza zbieżność, tak szatańska w swoich implikacjach, że mogła wróżyć jedynie coś niezwykle ohydnego. Człowiek, który stał nago w szeregu, kiedy generał Dreedle miał go dekorować Krzyżem Zasługi, również nazywał się Yossarian! A teraz człowiek nazwiskiem Yossarian groził rozpętaniem skandalu w związku z podniesieniem liczby obowiązkowych lotów bojowych do sześćdziesięciu. Pułkownik Cathcart zastanawiał się ponuro, czy to ten sam Yossarian.