Выбрать главу

Bolonia (przesunięcie linii frontu na mapie) Strzelnica Nagi osobnik w szeregu (po Awinionie)

Po chwili dodał:

Zatrucie pokarmowe (podczas oblężenia Bolonii) oraz Jęki (epidemia podczas odprawy przed Awinionem)

Wreszcie dopisał: Kapelan (przesiaduje co wieczór w klubie oficerskim)

Postanowił okazać litość kapelanowi, mimo że go nie lubił, i pod nagłówkiem “Liście do wieńca sławy!!!!!" napisał:

Kapelan (przesiaduje co wieczór w klubie oficerskim) W ten sposób dwie notatki na temat kapelana znosiły się wzajemnie. Obok “Ferrara" i “Nagi osobnik w szeregu (po Awinionie)" dopisał:

Yossarian!

Obok “Bolonia (przesunięcie linii frontu na mapie)" i “Jęki (epidemia podczas odprawy przed Awinionem)" śmiałym, zdecydowanym charakterem pisma postawił “?".

Pozycje, przy których stał “?", zamierzał zbadać bezzwłocznie, aby ustalić, czy mają jakiś związek z Yossarianem.

Nagle ręka mu zadrżała i nie był w stanie pisać dalej. Wstał przerażony czując, że jest cały lepki i tłusty, i podbiegi do otwartego okna, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Spojrzał na strzelnicę i cofnął się z głośnym jękiem rozpaczy, dzikim, oszalałym wzrokiem omiatając gorączkowo ściany swego biura, jakby roiło się w nim od Yossarianów.

Nikt go nie kochał. Generał Dreedle go nienawidził, choć z drugiej strony generał Peckem go lubił, choć właściwie nie mógł być tego pewien, gdyż pułkownik Cargill, adiutant generała Peckema, niewątpiwie miał swoje własne ambicje i prawdopodobnie szkodził mu w oczach generała przy każdej okazji. Jedyny dobry pułkownik, zdecydował, to martwy pułkownik, oczywiście z wyjątkiem jego samego. Jedynym pułkownikiem, do którego miał zaufanie, był pułkownik Moodus, ale i on miał konszachty ze swoim teściem, Milo oczywiście był wielkim liściem do wieńca sławy, choć z drugiej strony fakt, że samoloty Mila zbombardowały obóz jego grupy, był prawdopodobnie okropną plamą na jego honorze, mimo że Milo ostatecznie uciszył wszystkie protesty, ujawniając pokaźne zyski, jakie przyniosła syndykatowi transakcja z nieprzyjacielem, i przekonawszy wszystkich, że zbombardowanie własnych żołnierzy i samolotów było w związku z tym chwalebnym i bardzo lukratywnym pociągnięciem na korzyść systemu inicjatywy prywatnej. Pułkownik nie czuł się zbyt pewnie, jeśli chodzi o Mila, gdyż inni pułkownicy usiłowali go skaperować, a pułkownik Cathcart miał nadal w swojej grupie tego parszywego Wielkiego Wodza White Halfoata, który według tego parszywego, leniwego kapitana Blacka był odpowiedzialny za przesunięcie linii frontu podczas Wielkiego Oblężenia Bolonii. Pułkownik Cathcart żywił sympatię do Wielkiego Wodza White Halfoata za to, że walił w pysk tego parszywca pułkownika Moodusa za każdym razem, kiedy się upił i pułkownik Moodus był pod ręką. Marzył o tym, żeby Wielki Wódz White Halfoat zaczął walić również pułkownika Korna po jego tłustym pysku. Pułkownik Korn był parszywym mądralą. Ktoś w sztabie Dwudziestej Siódmej Armii Lotniczej musiał mieć do niego urazę, gdyż wszystkie jego raporty wracały opatrzone zjadliwymi uwagami, pułkownik Korn przekupił więc sprytnego kancelistę sztabowego nazwiskiem Wintergreen, żeby wywęszył, kto to robi. Utrata samolotu nad Ferrara przy powtórnym podejściu na cel nie wzmocniła jego pozycji, to pewne, podobnie jak zniknięcie tego drugiego samolotu w chmurze – nawet go jeszcze nie skreślił z ewidencji! Na chwilę zaświtała mu nadzieja, że Yossarian zginął razem z tym samolotem w chmurze, ale zaraz uprzytomnił sobie, że gdyby Yossarian zginął z tym samolotem w chmurze, to nie mógłby teraz robić awantur o mamę pięć dodatkowych lotów.

Może sześćdziesiąt akcji bojowych to rzeczywiście za dużo, zastanawiał się pułkownik Cathcart, skoro Yossarian tak protestuje, ale zaraz przypomniał sobie, że zmuszając swoich lotników do odbywania większej ilości lotów niż w innych jednostkach osiągnął najbardziej namacalny sukces. Jak mawiał pułkownik Korn, na wojnie roiło się od dowódców grup, którzy ograniczali się do wykonywania swoich obowiązków, i trzeba było jakiegoś dramatycznego gestu w rodzaju zmuszenia grupy do odbycia większej ilości lotów niż wszystkie inne grupy, by zwrócić uwagę na swoje wyjątkowe zdolności dowódcze. Bez wątpienia żaden z generałów nie miał nic przeciwko jego poczynaniom, chociaż, o ile pułkownik Cathcart mógł się zorientować, nie byli nimi również specjalnie zachwyceni, co skłaniało go do podejrzenia, że sześćdziesiąt akcji bojowych to za mało, że powinien podnieść normę od razu do siedemdziesięciu, osiemdziesięciu, stu albo nawet do dwustu, trzystu lub sześciu tysięcy!

Niewątpliwie czułby się lepiej pod rozkazami kogoś dobrze wychowanego w rodzaju generała Peckema niż kogoś tak gburowatego i niewrażliwego jak generał Dreedle, ponieważ generał Peckem ukończył jedną z ekskluzywnych uczelni i był tak bystry i inteligentny, że mógł go w pełni docenić, choć nigdy nie dał tego po sobie poznać. Pułkownik Cathcart był człowiekiem dość subtelnym, by zdawać sobie sprawę, iż zewnętrzne oznaki uznania są zbyteczne pomiędzy dwoma znającymi swoją wartość, dobrze wychowanymi dżentelmenami, którzy jak on i generał Peckem potrafią podtrzymywać wzajemną sympatię na odległość, drogą czysto duchowego kontaktu. Wystarczał fakt, że byli ludźmi z tej samej gliny, i pułkownik wiedział, iż należy po prostu czekać dyskretnie na wyraz uznania w odpowiedniej chwili, chociaż jego przekonanie o własnej wartości chwiało się, kiedy widział, że generał Peckem nigdy nie szuka rozmyślnie jego towarzystwa i nigdy nie stara się go olśnić swoimi epigramatami i erudycją bardziej niż każdego, kto znalazł się w zasięgu słuchu, nie wyłączając szeregowców. Generał Peckem albo nie poznał się na pułkowniku Cathcarcie, albo nie był błyskotliwym, bystrym, dalekowzrocznym intelektualistą, jakiego udawał, i w rzeczywistości to generał Dreedle był wrażliwym, czarującym dżentelmenem o nieprzeciętnej inteligencji, pod którego rozkazami pułkownik Cathcart czułby się znacznie lepiej, i nagle pułkownik Cathcart zupełnie stracił orientację, jak u kogo stoją jego akcje, zaczął więc walić pięścią w przycisk dzwonka, żeby pułkownik Korn przybiegł natychmiast i upewnił go, że jest ulubieńcem wszystkich, że Yossarian jest wytworem jego wyobraźni i że robi znakomite postępy we wspaniałej i bohaterskiej kampanii, jaką toczy o szlify generalskie.

W rzeczywistości pułkownik Cathcart nie miał najmniejszej szansy zostania generałem. Po pierwsze, były starszy szeregowy Wintergreen również chciał zostać generałem i zawsze przekręcał, niszczył, odrzucał i wysyłał pod zły adres wszelką korespondencję do, od albo o pułkowniku Cathcarcie, mogącą go przedstawić w pozytywnym świetle. Po drugie, był już generał, generał Dreedle, który wiedział, że generał Peckem ostrzy sobie zęby na jego stołek, ale nie wiedział, jak mu przeszkodzić.

Generał Dreedle, dowódca skrzydła, był nieokrzesanym, przysadzistym, barczystym mężczyzną po pięćdziesiątce. Miał perkaty czerwony nos i ciężkie, białe, pomarszczone powieki, które otaczały jego małe szare oczka jak aureola ze smalcu. Miał też pielęgniarkę i zięcia oraz skłonność do zapadania w długie, ponure milczenie, kiedy nie pił za dużo. Generał Dreedle stracił w wojsku zbyt wiele czasu na dobre wykonywanie swoich obowiązków i teraz było już za późno. Nowy układ sił ukształtował się bez jego udziału i generał Dreedle nie wiedział, jak sobie z nim radzić. W chwilach gdy się nie pilnował; jego nieruchome, posępne oblicze przybierało ponury, zatroskany wyraz zawodu i frustracji. Generał Dreedle dużo pił. Nastroje miewał zmienne i zaskakujące. “Wojna to straszna rzecz" – oświadczał często po pijanemu i na trzeźwo, i naprawdę tak myślał, co nie przeszkadzało mu dobrze na niej zarabiać i wciągnąć jeszcze do interesu zięcia, mimo że gryźli się ze sobą nieustannie.

– Ten bydlak – z pogardliwym pomrukiem skarżył się generał Dreedle na swego zięcia każdemu, kto akurat stał obok niego przy barze w klubie oficerskim – wszystko, co ma, zawdzięcza mnie. To ja zrobiłem człowieka z tego parszywego skurwysyna! On jest za głupi, żeby dać sobie radę w życiu sam.

– Jemu się wydaje, że zjadł wszystkie rozumy – odpowiadał gniewnie pułkownik Moodus we własnym gronie słuchaczy przy drugim końcu baru. – Nie uznaje żadnej krytyki i nie chce słuchać rad.