– Czy mógłby pan tak nie wrzeszczeć? – odpowiedział Milo, który stał tuż obok niego w wieży kontrolnej również z mikrofonem w ręku. – Jestem tutaj. – Milo spojrzał na pułkownika z wyrzutem i wrócił do przerwanej pracy. – Bardzo dobrze, chłopcy, bardzo dobrze – śpiewał do swego mikrofonu – ale widzę, że jeden magazyn jeszcze stoi. To nie jest robota, Puryis, zwracałem ci już uwagę, że pracujesz niechlujnie. Natychmiast wracaj i spróbuj jeszcze raz. Tym razem podchodź powoli… powoli. Co nagle, to po diable, Purvis. Co nagle, to po diable. Mówiłem ci to ze sto razy. Co nagle, to po diable.
Głośnik nad głową zaczął skrzeczeć:
– Milo, tu Alvin Brown. Zrzuciłem wszystkie bomby. Co mam teraz robić?
– Ostrzeliwać.
– Ostrzeliwać? – spytał wstrząśnięty Alvin Brown.
– Nie mamy innego wyjścia – poinformował go Milo z rezygnacją. – Tak jest w umowie.
– Trudno – zgodził się Alvin Brown. – W takim razie będę ostrzeliwał.
Tym razem Milo przeciągnął strunę. Zbombardowanie własnych oddziałów było nie do strawienia nawet dla najbardziej flegmatycznych obserwatorów i wyglądało na to, że nadszedł jego kres. Wysoko postawione osobistości urzędowe ściągały celem przeprowadzenia śledztwa. Gazety atakowały Mila krzyczącymi nagłówkami, kongresmeni piętnowali zbrodnię stentorowym głosem, domagając się kary. Matki żołnierzy organizowały grupy aktywistek i żądały zemsty. Ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Wszyscy przyzwoici ludzie czuli się obrażeni i Milo nie wykaraskałby się z tego, gdyby nie udostępnił swoich ksiąg do wglądu i nie ujawnił ogromnego zysku z całej operacji. Mógł wypłacić rządowi odszkodowanie za wszystkie straty w ludziach i sprzęcie i jeszcze zostawało mu tyle, żeby nadal kupować egipską bawełnę. Każdy, oczywiście, miał udział w zyskach. A najpiękniejsze w całym interesie było to, że rządowi nie należało się odszkodowanie.
– W demokracji rząd reprezentuje lud – wyjaśniał Milo. – My jesteśmy ludem, tak? Możemy więc zatrzymać sobie pieniądze, eliminując pośrednika. Szczerze mówiąc, wolałbym, aby rząd w ogóle nie mieszał się do wojny i pozostawił tę dziedzinę inicjatywie prywatnej. Płacąc rządowi wszystko, co mu się należy, zachęcamy go tylko do zwiększania kontroli i zachęcamy innych przedsiębiorców do bombardowania swoich własnych oddziałów. Odbieramy ludziom bodźce do działania.
Milo miał oczywiście rację i wkrótce wszyscy mu to przyznali, z wyjątkiem kilku zgorzkniałych pechowców w rodzaju doktora Daneeki, który boczył się ponuro, mruczał różne insynuacje i kwestionował moralność całego przedsięwzięcia, dopóki Milo nie udobruchał go premią od syndykatu w postaci lekkiego składanego aluminiowego fotela ogrodowego, który doktor mógł bez trudu wynosić sobie przed namiot, ilekroć Wódz White Halfoat wszedł do namiotu i wnosić z powrotem do namiotu, kiedy Wódz White Halfoat wyszedł. Doktor Daneeka stracił głowę podczas tego bombardowania; zamiast uciekać pozostał na placu i wykonywał swoje obowiązki, czołgając się po ziemi jak zwinna, chytra jaszczurka od rannego do rannego, wśród gradu odłamków, ognia broni maszynowej i bomb zapalających, stosując opatrunki, morfinę, łubki i sulfanilamid z twarzą mroczną, posępną, bez jednego zbędnego słowa, widząc w każdej siniejącej ranie złowróżbny znak swego własnego rozkładu. Pracował przez całą noc bez chwili przerwy aż do ostatecznego wyczerpania, a następnego dnia sam rozchorował się na katar i pobiegł zrzędząc do ambulatorium, żeby Gus i Wes zmierzyli mu temperaturę i żeby wziąć plaster gorczyczny i inhalator.
Doktor Daneeka opatrywał owej nocy jęczących rannych z tym samym ponurym, zwróconym do wewnątrz głębokim smutkiem, jaki zademonstrował na lotnisku w dniu nalotu na Awinion, kiedy to Yossarian wyszedł z samolotu nagi, w stanie kompletnego szoku, umazany obficie Snowdenem na piętach i palcach, na łokciach, kolanach i dłoniach, i wskazał bez słowa za siebie, gdzie leżał miody radiostrzelec zamarzając na śmierć na podłodze obok jeszcze młodszego tylnego strzelca, który tracił przytomność za każdym razem, kiedy otworzył oczy i zobaczył konającego Snowdena.
Doktor Daneeka niemal z czułością narzucił Yossarianowi koc na ramiona, kiedy Snowdena wyciągnięto z samolotu i zaniesiono na noszach do karetki. Z pomocą McWatta zaprowadził Yossariana do jeepa i w milczeniu pojechali we trójkę do ambulatorium, gdzie doktor Daneeka posadził Yossariana na krześle i wilgotnymi zimnymi tamponami zmywał z niego Snowdena. Potem dał mu pigułkę i zastrzyk, po którym Yossarian spał przez dwanaście godzin. Kiedy się przebudził i przyszedł do doktora Daneeki, doktor dał mu następną pigułkę i zastrzyk, po którym spał przez następne dwanaście godzin. Kiedy Yossarian obudził się i przyszedł do niego, doktor Daneeka przygotował kolejną pigułkę i zastrzyk.
– Jak długo masz zamiar szpikować mnie tymi pigułkami i zastrzykami? – spytał go Yossarian.
– Dopóki nie poczujesz się lepiej.
– Czuję się zupełnie dobrze już teraz.
Doktor Daneeka zmarszczył ze zdziwieniem delikatne, opalone czoło.
– To dlaczego się nie ubierzesz? Dlaczego chodzisz goły?
– Nie chcę już nigdy więcej mieć na sobie munduru. Doktor Daneeka przyjął to wyjaśnienie i odłożył strzykawkę.
– Czy jesteś pewien, że czujesz się lepiej? – spytał.
– Czuję się doskonale. Jestem tylko nieco ociężały po tych twoich pigułkach i zastrzykach.
Yossarian chodził jak go Pan Bóg stworzył przez cały dzień i nadal był goły następnego przedpołudnia, kiedy Milo po długich poszukiwaniach znalazł go wreszcie siedzącego na drzewie tuż za małym, malowniczym cmentarzem wojskowym, na którym chowano Snowdena. Milo miał na sobie swój zwykły strój roboczy: oliwkowe spodnie, czystą oliwkową koszulę ze srebrną belką podporucznika połyskującą na kołnierzu, krawat i regulaminową czapkę ze sztywnym skórzanym daszkiem.
– Szukałem cię wszędzie – krzyknął Milo z dołu do Yossariana z wyrzutem.
– Trzeba mnie było szukać na tym drzewie – odpowiedział Yossarian. – Siedzę tutaj od rana.
– Zejdź na ziemię, spróbuj tego i powiedz mi, czy to dobre. To bardzo ważne.
Yossarian potrząsnął głową. Siedział goły na najniższej gałęzi drzewa, trzymając się obiema rękami konaru nad sobą. Nie chciał się ruszyć i Milo nie mając innego wyjścia objął pień i z wyrazem najwyższego niesmaku zaczai się wspinać na drzewo. Robił to niezręcznie, sapiąc przy tym głośno i stękając, i zanim się podciągnął na tyle, że mógł przerzucić nogę przez gałąź i złapać oddech, jego ubranie było wymięte i poprzekręcane. Czapka przekrzywiła mu się na głowie grożąc w każdej chwili upadkiem. Milo schwycił ją w ostatniej chwili. Krople potu błyszczały mu na wąsach jak perły czystej wody i jak mętne pęcherze wzbierały pod oczami. Yossarian przyglądał mu się obojętnie. Milo ostrożnie wykonał półobrót, zwracając się przodem do Yossariana.
Odwinął z papierka coś miękkiego, okrągłego i brązowego i podał to Yossarianowi.
– Spróbuj i powiedz mi, co o tym sądzisz. Chciałbym to dać żołnierzom.
– Co to jest? – spytał Yossarian odgryzając spory kęs.
– Bawełna w czekoladzie.
Yossarian zakrztusił się i wypluł wielką porcję bawełny w czekoladzie prosto w twarz Milowi.
– Masz, weź ją sobie! – rzucił ze złością. – Jezu Chryste! Czyś ty zwariował? Nie oczyściłeś jej nawet z tych cholernych nasion.
– Może jednak spróbujesz? – błagał Milo. – Nie może być aż tak niedobra. Czy naprawdę jest aż tak niedobra?
– Jest gorsza, niż myślisz.
– Ale ja muszę dać to w stołówkach.
– Nikt tego nie przełknie.
– Będą musieli – postanowił Milo tonem dyktatora i omal nie skręcił karku, kiedy puścił się jedną ręką, aby podkreślić swoje słowa władczym gestem.