Następnego dnia rano, kiedy pochylona poprawiała prześcieradło w nogach jego łóżka, włożył jej ukradkiem dłoń między kolana i gwałtownym ruchem przesunął do góry, aż do oporu. Siostra Duckett wrzasnęła i podskoczyła na milę, ale jeszcze i tak za nisko, bo nadal wierciła się, podskakiwała i podrygiwała na swoim boskim punkcie podparcia przez całych piętnaście sekund, zanim wreszcie udało jej się uwolnić i w panice, z drżącą, pobladłą twarzą wycofać na przejście. Cofnęła się za daleko i Dunbar, który obserwował wszystko od początku, podskoczył znienacka na łóżku i chwycił ją od tyłu za biust. Siostra Duckett wydała kolejny wrzask, wyrwała się i odsunęła od Dunbara na tyle, że Yossarian wychyliwszy się z łóżka zdołał ją znowu złapać za piczkę. Odskoczyła na drugą stronę przejścia jak piłeczka pingpongowa z nogami. Dunbar czekał czujnie, gotując się do skoku. Siostra Duckett przypomniała sobie o nim i w ostatniej chwili dała susa w bok. Dunbar chybił i przeleciawszy obok niej wyrżnął czaszką o podłogę z tępym, miażdżącym uderzeniem, od którego stracił przytomność.
Ocknął się na podłodze z rozbitym nosem i z dokuczliwym bólem głowy, jaki od dłuższego czasu symulował. W sali panował tumult i wrzawa. Siostra Duckett zalewała się łzami, a Yossarian pocieszał ją i przepraszał siedząc obok niej na skraju łóżka. Lekarz-pułkownik był wściekły i krzyczał do Yossariana, że nie dopuści, aby pacjenci pozwalali sobie na nieprzyzwoite gesty w stosunku do jego pielęgniarek.
– Co pan od niego chce? – odezwał się z podłogi żałościwym głosem Dunbar, krzywiąc się od rozsadzającego skronie bólu, jaki odczuwał przy mówieniu. – On nic nie zrobił.
– Mówię do was! – ryknął chudy, dystyngowany pułkownik najgłośniej, jak tylko potrafił. – Zostaniecie ukarani za to, co zrobiliście.
– Co pan od niego chce? – odezwał się Yossarian. – On przecież tylko upadł na głowę.
– Do was też mówię! – oświadczył pułkownik odwracając się z wściekłością do Yossariana. – Będziecie srodze żałować, że złapaliście siostrę Duckett za biust.
– Ja wcale nie łapałem siostry Duckett za biust – powiedział Yossarian.
– To ja złapałem ją za biust – powiedział Dunbar.
– Czyście obaj zwariowali? – krzyknął doktor piskliwie, blednąc i cofając się, zbity z tropu.
– To on zwariował, panie doktorze – zapewnił go Dunbar. – Co noc śni mu się, że trzyma w rękach żywą rybę.
Doktor stanął jak wryty z wyrazem wytwornego zdumienia i obrzydzenia na twarzy. Sala przycichła.
– Co mu się śni?
– Śni mu się, że trzyma w rękach żywą rybę.
– Jaką rybę? – spytał doktor surowo.
– Nie wiem – odpowiedział Yossarian. – Nie znam się na rybach.
– W której ręce ją trzymacie?
– To zależy – odpowiedział Yossarian.
– To zależy od ryby – dodał usłużnie Dunbar.
Pułkownik odwrócił się i spojrzał na niego podejrzliwie, mrużąc oczy.
– Tak? A skąd wy to wiecie?
– Ja też jestem w tym śnie – odpowiedział Dunbar bez cienia uśmiechu.
Pułkownik poczerwieniał, nie bardzo wiedząc, co począć. Zmierzył ich obu spojrzeniem, w którym była zimna, dozgonna niechęć.
– Wstańcie z podłogi i wracajcie do łóżka – rozkazał Dunbarowi przez zaciśnięte zęby. – I ani słowa więcej o tym śnie. Mam w szpitalu specjalnego człowieka do wysłuchiwania takich świństw.
– Jak pan myśli – wypytywał ostrożnie major Sanderson, łagodny, mocno zbudowany, uśmiechnięty psychiatra szpitalny, do którego pułkownik kazał skierować Yossariana – dlaczego pułkownik Ferredge uważa, za pański sen jest obrzydliwy?
– Myślę, że coś jest nie w porządku albo z moimi snami, albo z pułkownikiem Ferredge – odpowiedział Yossarian z szacunkiem.
– Bardzo dobrze pan to ujął – pochwalił major Sanderson, który nosił skrzypiące przydziałowe buty i miał kruczoczarne włosy stojące prawie pionowo do góry. – Sam nie wiem, dlaczego – wyznał
– pułkownik Ferredge przypomina mi mewę. Wie pan, on nie ma zaufania do psychiatrii.
– Nie lubi pan mew, prawda? – spytał Yossarian.
– Nie bardzo – przyznał major Sanderson z ostrym, nerwowym śmieszkiem i pociągnął się za obwisły drugi podbródek, jakby to była długa szpicbródka. – Uważam, że pański sen jest uroczy, i mam nadzieję, że będzie powtarzał się często i będziemy sobie mogli o nim nieraz porozmawiać. Zapali pan? – Uśmiechnął się, kiedy Yossarian odmówił. – Jak pan sądzi – spytał, tak jakby wiedział
– dlaczego myśl o przyjęciu ode mnie papierosa budzi w panu taką niechęć?
– Przed sekundą skończyłem papierosa. Jeszcze się kopci w pańskiej popielniczce.
– To bardzo pomysłowe wyjaśnienie – roześmiał się major Sanderson. – Myślę jednak, że wkrótce odkryjemy prawdziwą przyczynę. – Zawiązał sznurowadło u buta na niezgrabną podwójną kokardkę i wziąwszy z biurka żółty notatnik położył go sobie na kolanach. – Ta ryba z pańskiego snu. Pomówmy o niej. Czy to jest zawsze ta sama ryba?
– Nie wiem – odpowiedział Yossarian. – Z trudem rozróżniam ryby.
– Co panu przypomina ta ryba?
– Inną rybę.
– A ta inna ryba?
– Jeszcze inną rybę.
Major Sanderson opadł na oparcie fotela zawiedziony.
– Czy pan lubi ryby?
– Nieszczególnie.
– Jak pan sądzi, dlaczego myśl o rybie budzi w panu taką niechęć?
– spytał major Sanderson tryumfalnie.
– Są nijakie w smaku i mają za dużo ości.
Major Sanderson kiwnął głową ze zrozumieniem, uśmiechając się przyjemnie i nieszczerze.
– To bardzo interesujące wyjaśnienie. Ale przypuszczam, że wkrótce znajdziemy prawdziwą przyczynę. Czy pan lubi tę szczególną rybę? Tę, którą pan trzyma w ręku?
– Nie żywię do niej żadnych uczuć.
– Nie lubi pan tej ryby? Czy budzi ona w panu jakieś uczucia wrogie lub agresywne?
– Nie, zupełnie nie. Raczej ją lubię.
– Więc lubi pan te rybę?
– Nie, nie żywię do niej żadnych uczuć.
– Ale przed chwila powiedział pan, że ją pan lubi. A teraz mówi pan, że nie żywi pan do niej żadnych uczuć. Przyłapałem pana na sprzeczności. Co pan na to?
– Tak jest. Chyba przyłapał pan mnie na sprzeczności. Major Sanderson z dumą zapisał w swoim notatniku “sprzeczność" grubym czarnym ołówkiem.
– Jak pan sądzi – podjął unosząc głowę – dlaczego pańskie wypowiedzi wyrażają dwie sprzeczne reakcje emocjonalne w stosunku do ryby?
– Widocznie mój stosunek do niej jest ambiwalentny. Major Sanderson podskoczy! do góry z radości na dźwięk słowa “ambiwalentny stosunek".
– Pan rozumie! – krzyknął zacierając ręce w ekstazie. – Nie wyobraża pan sobie, jak ja się czuję samotny, rozmawiając dzień po dniu z pacjentami, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o psychiatrii, i usiłując leczyć ludzi, którzy nie wykazują najmniejszego zainteresowania mną ani moją pracą! Zrodziło to we mnie okropne uczucie nieudolności. – Cień niepokoju przemknął mu po twarzy. – Nie mogę się od niego uwolnić.
– Naprawdę? – spytał Yossarian zastanawiając się, co by tu jeszcze powiedzieć. – Dlaczego obarcza się pan winą za braki w wykształceniu innych?
– Wiem, że to głupie – odpowiedział zażenowany major Sanderson śmiejąc się nerwowo – ale zawsze bardzo mi zależało na dobrej opinii w oczach innych. Widzi pan, osiągnąłem dojrzałość płciową nieco później niż moi rówieśnicy i z tego powodu miałem pewne… miałem masę problemów. Jestem pewien, że z panem będę mógł na ten temat porozmawiać. Mam taką ochotę zacząć, że prawie z niechęcią wracam do pańskiego problemu, ale obawiam się, że to konieczne. Pułkownik Ferredge miałby mi za złe, gdyby się dowiedział, że cały czas poświęciliśmy mojej osobie. Chciałbym teraz pokazać panu kilka obrazków, żeby stwierdzić, z czym się panu kojarzą pewne kształty i kolory.
– Szkoda pańskiego czasu, doktorze. Mnie się wszystko kojarzy z seksem.