Выбрать главу

– Niech pan nie próbuje przeczyć.

– Wcale nie przeczę, panie majorze – powiedział Yossarian, ucieszony tym, że wreszcie jakimś cudem doszli do porozumienia.

– Zatem przyznaje pan, że jest pan nienormalny?

– Nienormalny? – Yossarian był wstrząśnięty. – Co pan wygaduje? Dlaczego miałbym być nienormalny? To pan jest nienormalny!

Major Sanderson znowu poczerwieniał z oburzenia i ciężko opuścił pięści na uda.

– Mówiąc, że jestem nienormalny, demonstruje pan typowo sadystyczną i mściwą reakcję! – krzyknął pieniąc się ze złości. – Pan jest naprawdę nienormalny!

– To dlaczego nie odeśle mnie pan do kraju?

– A właśnie, że pana odeślę.

– Odsyłają mnie do kraju – oświadczył Yossarian radośnie, kiedy kulejąc wrócił do swojej sali.

– Mnie też! – cieszył się A. Fortiori. – Przed chwilą mi powiedzieli.

– A co będzie ze mną? – opryskliwie spytał lekarzy Dunbar.

– Z panem? – odpowiedzieli surowo lekarze. – Pan pojedzie razem z Yossarianem. Natychmiast do oddziału.

I obaj wrócili do oddziału. Yossarian pienił się ze złości, kiedy karetka przywiozła go do eskadry, i zaraz pokuśtykał szukać sprawiedliwości u doktora Daneeki, który spojrzał na niego ponuro, z bólem i pogardą.

– Ach, ty! – krzyknął żałobnym głosem doktor Daneeka, z dezaprobatą i obrzydzeniem, a worki pod jego oczami przybrały wyraz zdecydowanie krytyczny. – Jak zawsze myślisz tylko o sobie. Idź i spójrz lepiej na linię frontu, jeżeli chcesz wiedzieć, co się stało przez ten czas, kiedy byłeś w szpitalu.

– Przegrywamy? – przestraszył się Yossarian.

– Przegrywamy? – zawołał doktor Daneeka. – Cała sytuacja na froncie staje się tragiczna, od chwili kiedy zajęliśmy Paryż. Wiedziałem, że tak się skończy. – Przerwał na chwilę, jego ponury gniew ustępował z wolna miejsca smutkowi, a minę miał taką, jakby wszystko to było winą Yossariana. – Oddziały amerykańskie wkraczają do Niemiec. Rosjanie zajęli całą Rumunię. Wczoraj Grecy z Ósmej Armii zajęli Rimini. Niemcy wszędzie zepchnięci do defensywy! – Doktor Daneeka znowu urwał, żeby zaczerpnąć tchu dla przeszywającego jęku rozpaczy. – Luftwaffe przestała istnieć! – zawodził. Wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpłakać. – Linia Gotów może lada dzień trzasnąć!

– No więc? – spytał Yossarian. – Co w tym złego?

– Co w tym złego? – krzyknął doktor Daneeka.-Jeżeli nic się nie zmieni, i to prędko, Niemcy mogą skapitulować. I wtedy wszystkich nas wyślą na Pacyfik!

Yossarian wytrzeszczył oczy w groteskowym przestrachu.

– Czyś ty oszalał? Czy ty wiesz, co mówisz?

– Tak, łatwo ci się śmiać – uśmiechnął się gorzko doktor Daneeka.

– A kto tu się, u diabla, śmieje?

– Ty przynajmniej masz szansę. Bierzesz udział w walkach i możesz jeszcze zginąć. Ale co ja mam zrobić? Dla mnie nie ma żadnej nadziei.

– Zwariowałeś do reszty! – krzyknął z naciskiem Yossarian, łapiąc go za koszulę na piersi. – Rozumiesz? Zamknij na chwilę swoją głupią gębę i posłuchaj, co ci powiem.

Doktor Daneeka wyrwał się.

– Zabraniam ci mówić do mnie w ten sposób. Jestem dyplomowanym lekarzem.

– No to zamknij swoją dyplomowaną lekarską gębę i posłuchaj, co mi powiedzieli w szpitalu. Jestem wariatem. Wiedziałeś o tym?

– No i co z tego?

– Naprawdę.

– No i co?

– Jestem pomylony. Mam kota. Nie rozumiesz? Brak mi piątej klepki. Zamiast mnie odesłali do kraju przez pomyłkę kogoś innego. Mają tam w szpitalu dyplomowanego psychiatrę, który mnie badał i wydał takie orzeczenie. Jestem naprawdę nienormalny.

– No i co?

– Jak to “no i co"? – Yossarian nie mógł zrozumieć, jak doktor może nie rozumieć. – Nie rozumiesz, co to znaczy? Teraz możesz mnie wyłączyć z personelu walczącego i odesłać do kraju. Nie posyła się przecież na śmierć wariatów, prawda?

– A kto inny da się posłać?

28 Dobbs

McWatt dał się posłać, chociaż nie był wariatem. Podobnie jak Yossarian, który jeszcze kulał, ale kiedy odbył dwa następne loty i poczuł się zagrożony pogłoskami o nowym nalocie na Bolonię, pokuśtykał zdecydowanie pewnego ciepłego popołudnia do namiotu Dobbsa, przyłożył palec do ust i powiedział: “Cśśś!"

– Dlaczego go uciszasz? – spytał Kid Sampson, który obierał zębami mandarynkę i przeglądał postrzępioną książeczkę z komiksami.

– Przecież on nic nie mówi.

– Spierdalaj – powiedział do niego Yossarian, wskazując kciukiem za siebie, w stronę wyjścia z namiotu.

Kid Sampson uniósł ze zrozumieniem swoje jasne brwi i zerwał się z gotowością. Świsnął cztery razy w swoje żółte obwisłe wąsy i pognał w kierunku wzgórz na starym, pogiętym, zielonym motocyklu, który kupił od kogoś przed kilkoma miesiącami. Yossarian odczekał, aż ostatnie, ledwo słyszalne kaszlnięcie motoru ścichnie w oddali. W namiocie było tego dnia jakoś inaczej niż zwykle. Panował zbyt wielki ład. Dobbs przyglądał mu się z zainteresowaniem, paląc grube cygaro. Yossarian, od chwili kiedy zebrał się na odwagę, miał piekielnego stracha.

– W porządku – powiedział. – Zabijemy pułkownika Cathcarta. Zrobimy to razem.

Dobbs podskoczył na łóżku z wyrazem najdzikszego przerażenia.

– Cicho! – ryknął. – Zabić pułkownika Cathcarta? Co ty wygadujesz?

– Ciszej, do cholery, bo cała wyspa usłyszy – warknął Yossarian.

– Masz jeszcze ten rewolwer?

– Czyś ty oszalał? – wrzeszczał Dobbs. – Dlaczego miałbym zabijać pułkownika Cathcarta?

– Dlaczego? – Yossarian gapił się na Dobbsa z wyrazem niedowierzania. – Jak to dlaczego? Przecież to był twój pomysł. Może nie przychodziłeś do szpitala prosić mnie o pomoc?

Dobbs uśmiechnął się powoli.

– Ale wtedy miałem zaledwie pięćdziesiąt osiem lotów – wyjaśnił ssąc ze smakiem cygaro. – Teraz jestem spakowany i czekam na wyjazd do domu. Zaliczyłem już sześćdziesiąt lotów bojowych.

– No i co z tego? – odpowiedział Yossarian. – On i tak znowu podniesie normę.

– Może tym razem nie podniesie.

– Zawsze podnosi. Co się z tobą, do cholery, dzieje? Spytaj Joego Głodomora, ile razy się pakował.

– Muszę poczekać i zobaczyć, co będzie – upiera) się Dobbs. – Byłbym szalony mieszając się do czegoś takiego teraz, kiedy jestem zwolniony od udziału w akcjach bojowych. – Strząsnął popiół z cygara. – Nie, ja ci radzę, żebyś zaliczył sześćdziesiąt lotów tak jak my wszyscy i wtedy zobaczysz.

Yossarian powstrzymał się, żeby mu nie plunąć prosto w twarz.

– Mogę nie dożyć do sześćdziesięciu – przypochlebiał się bezbarwnym, pesymistycznym głosem. – Rozeszły się słuchy, że pułkownik znowu zgłosił naszą grupę do akcji na Bolonię.

– To tylko słuchy – powiedział Dobbs z ważną miną. – Nie można wierzyć każdej plotce.

– Nie potrzebuję twoich dobrych rad.

– Może porozmawiasz z Orrem? – poradził mu Dobbs. – W zeszłym tygodniu podczas tego drugiego nalotu na Awinion znowu strącili go nad morzem. Może on jest tak rozżalony, że zechce go zabić?

– Orr jest za głupi, żeby być nieszczęśliwy.

Orr został znowu strącony nad morzem, w czasie kiedy Yossarian był w szpitalu, i posadził swój okaleczony samolot łagodnie na szklistych, błękitnych falach Zatoki Marsylskiej z takim bezbłędnym mistrzostwem, że cała sześcioosobowa załoga wyszła z tego bez najmniejszego szwanku. Włazy awaryjne w tylnej i przedniej części samolotu otworzyły się, kiedy białozielona woda pieniła się jeszcze wokół samolotu, i lotnicy wyskakiwali w pośpiechu w obwisłych pomarańczowych kamizelkach ratunkowych, które nie nadymały się, tylko dyndały im na szyjach sflaczałe i bezużyteczne. Kamizelki ratunkowe nie nadymały się, ponieważ Milo powyjmował z nich zbiorniczki z dwutlenkiem węgla, potrzebne mu do przyrządzania truskawkowych i ananasowych napojów gazowanych, które serwowano w stołówce oficerskiej, i włożył na ich miejsce odbite na powielaczu karteczki z następującym tekstem: “Dobro firny M i M to dobro kraju". Orr wyłonił się ostatni z tonącego samolotu.

– Żałuj, żeś go nie widział! – opowiadał sierżant Knight Yos-sarianowi rycząc ze śmiechu. – W życiu nie widziałeś nic tak śmiesznego. Kamizelki nie działały, ponieważ Milo ukradł dwutlenek węgla, żeby robić te napoje gazowane, które wam skurwysynom dają w kasynie oficerskim. Na szczęście nic się nie stało. Tylko jeden z nas nie umiał pływać, ale wciągnęliśmy go na ponton, który Orr uruchomił i podholował do kadłuba, kiedy jeszcze wszyscy tam staliśmy. Trzeba przyznać, że ten mały pomyleniec ma dryg do takich rzeczy. Drugi ponton urwał się i odpłynął, więc w szóstkę znaleźliśmy się w jednym, gdzie siedzieliśmy jak śledzie w beczce, bojąc się ruszyć, żeby kogoś nie wypchnąć do wody. Samolot poszedł na dno w jakieś trzy sekundy po tym, jak go opuściliśmy, i kiedy tylko zostaliśmy sami, zaczęliśmy rozkręcać nasze kamizelki, żeby zobaczyć, co się z nimi stało, i znaleźliśmy te cholerne karteczki od Mila, stwierdzające, że co jest dobre dla niego, jest dobre dla nas wszystkich. Co za skurwiel! Jezu, ale go klęliśmy, wszyscy z wyjątkiem twojego przyjaciela Orra, który tylko szczerzył zęby, jakby godził się z tym, że co jest dobre dla Mila, jest dobre dla nas wszystkich.