Выбрать главу

– Ależ nie, panie pułkowniku – poprawił go major Danby usłużnie. – To generał Dreedle mnie nie znosi.

– Generał Peckem też pana nie znosi. Prawdę mówiąc, nikt pana nie znosi. Niech pan kończy i czym prędzej znika. Ja poprowadzę odprawę.

– Gdzie jest major Danby? – spytał pułkownik Cathcart, kiedy przyjechał na odprawę z generałem Peckemem i pułkownikiem Scheisskopfem.

– Spytał mnie, czy może odejść, jak tylko zobaczył, że nadjeżdżacie

– odpowiedział pułkownik Korn. – Boi się, że generał Peckem go nie lubi. Zresztą i tak ja miałem prowadzić odprawę. Ja to robię dużo lepiej.

– Doskonale – powiedział pułkownik Cathcart. – Nie! – zmienił natychmiast zdanie, gdyż przypomniał sobie, jak popisał się pułkownik Korn wobec generała Dreedle na pierwszej odprawie przed Awinionem.

– Sam się tym zajmę.

Pułkownik Cathcart, pokrzepiony świadomością, że jest jednym z ulubieńców generała Peckema, poprowadził odprawę rzucając krótkie, urywane zdania do pełnego uwagi audytorium złożonego z podwładnych oficerów, z szorstką i beznamiętną twardością podpatrzoną u generała Dreedle. Wiedział, że wygląda imponująco, kiedy tak stoi na podwyższeniu w rozpiętej pod szyją koszuli, z cygarniczką i krótko przystrzyżonymi, przyprószonymi siwizną, kędzierzawymi czarnymi włosami. Szło mu znakomicie, naśladował nawet pewne charakterystyczne błędy wymowy generała Dreedle i nie czuł za grosz strachu przed nowym pułkownikiem generała Peckema, kiedy nagle przypomniał sobie, że generał Peckem nie cierpi generała Dreedle. Glos mu się załamał i cala pewość siebie gdzieś się ulotniła. Plącząc się mówił mechanicznie dalej, czerwony ze wstydu. Nagle poczuł lęk przed pułkownikiem Scheisskopfem. Nowy pułkownik na jego terenie oznaczał nowego rywala, nowego wroga, jednego więcej człowieka, który go nienawidzi! A ten wyglądał groźnie! Pułkownikowi Cathcartowi przyszła do głowy straszna myśclass="underline" a jeżeli pułkownik Scheisskopf przekupił wszystkich obecnych na odprawie, żeby zaczęli jęczeć, jak wtedy przed Awinionem? Jak ich uciszyć? To by dopiero była plama na honorze! Pułkownika Cathcarta zdjął taki strach, że omal nie wezwał na pomoc pułkownika Korna, jakoś jednak opanował nerwy i zsynchronizował zegarki. Zrobiwszy to wiedział już, że wygrał, gdyż teraz mógł skończyć w każdej chwili. Przezwyciężył kryzys. Miał ochotę roześmiać się pułkownikowi Scheisskopfowi w twarz z tryumfem i złośliwą radością. Przekonany, że zachował się wspaniale w niebezpiecznej sytuacji, zakończył odprawę natchnioną perorą, która, jak mu nieomylnie podpowiadał instynkt, była mistrzowskim popisem taktu i subtelności.

– Panowie – nawoływał. – Mamy dzisiaj bardzo dostojnego gościa, generała Peckema ze Służby Specjalnej, któremu zawdzięczamy sprzęt sportowy, komiksy i występy estradowe. Chcę jemu poświęcić tę akcję. Lećcie i bombardujcie dla mnie, dla swego kraju, dla Boga i dla wielkiego Amerykanina, generała P. P. Peckema. I postarajcie się, żeby wszystkie wasze bomby trafiły w dziecięciocentówkę!

30 Dunbar

Yossarian przestał się interesować tym, gdzie spadają jego bomby, chociaż nie posuwał się tak daleko jak Dunbar, który zrzucił swoje bomby kilkaset jardów za wioską i mógł stanąć przed sądem polowym, gdyby mu udowodniono, że zrobił to naumyślnie. Nie mówiąc ani słowa nawet Yossarianowi Dunbar umył ręce od całej sprawy. Po upadku w szpitalu albo doznał objawienia, albo wszystko mu się pomieszało; nie sposób było odgadnąć.

Dunbar rzadko się teraz śmiał i marniał w oczach. Powarkiwał zaczepnie do starszych stopniem oficerów, nawet do majora Danby, był obcesowy, gburowaty i nie przebierał w słowach, nawet w obecności kapelana, który teraz unikał Dunbara i również marniał w oczach. Pielgrzymka kapelana do Wintergreena zakończyła się fiaskiem; jeszcze jedna świątynia okazała się pusta. Wintergreen był zbyt zajęty, aby przyjąć kapelana osobiście. Jego bystry pomocnik przyniósł kapelanowi w prezencie kradzioną zapalniczkę Zippo i poinformował go z wyższością, że Wintergreen zbyt jest pochłonięty działaniami wojennymi, żeby zajmować się tak drobnymi sprawami, jak norma lotów bojowych. Kapelan martwił się o Dunbara i drżał o Yossariana, zwłaszcza od czasu, kiedy zabrakło Orra. Kapelanowi, mieszkającemu samotnie w obszernym namiocie, którego spiczasty wierzchołek pogrążał go co noc w ponurej samotności jak wieko trumny, wydawało się nieprawdopodobne, aby Yossarian naprawdę wolał mieszkać sam, bez współlokatora.

Yossarian został znowu prowadzącym bombardierem i jego samolot pilotował McWatt, co było pewnym pocieszeniem, choć nie zmniejszało poczucia bezbronności. Nie miał się czym bronić. Ze swego stanowiska w dziobie nie widział nawet McWatta i drugiego pilota. Widział jedynie Aarfy'ego, do którego napuszonej, pyzatej nieudolności stracił ostatecznie wszelką cierpliwość, a potem przeżywał w powietrzu rozpaczliwą, bezsilną wściekłość i pragnął znaleźć się znowu w jednym z bocznych samolotów klucza, żeby mieć w kabinie zamiast precyzyjnego celownika bombardierskiego, który mu do niczego nie był potrzebny, załadowany karabin maszynowy, potężną i ciężką maszynę kalibru pięćdziesiąt, którą mógłby ująć mściwie obiema rękami i użyć jej z wściekłością przeciwko wszystkim dręczącym go demonom: przeciwko czarnym obłoczkom wybuchów; przeciwko niemieckim artylerzystom w dole, których nie mógłby i tak wypatrzyć ani wyrządzić im szkody swoim karabinem maszynowym, nawet gdyby zdążył otworzyć ogień; przeciwko Hayermeyerowi i Appleby'emu w prowadzącym samolocie za ich nieustraszone, proste i równe nalatywanie na cel podczas drugiego ataku na Bolonię, kiedy to pociski z dwustu dwudziestu czterech dział rozwaliły po raz ostatni jeden z silników Orra, strącając go do morza między Genuą a Spezią tuż przed nadejściem burzy.

Prawdę mówiąc jedyne, co mógłby zrobić z tym potężnym karabinem maszynowym, to załadować go i oddać kilka próbnych serii. Miał z niego nie więcej pożytku niż z celownika. W zasadzie mógł go użyć przeciwko atakującym niemieckim myśliwcom, ale niemieckich myśliwców już dawno nie było, a nie mógł go odwrócić w tył, ku bezbronnym twarzom pilotów takich jak Huple i Dobbs, i kazać im schodzić ostrożnie do lądowania, tak jak kazał kiedyś Kidowi Sampsonowi i jak chciał zrobić z Dobbsem i Huple'em podczas tego ohydnego pierwszego ataku na Awinion, od momentu kiedy zorientował się, w jaką straszliwą wpadł kabałę, uświadomiwszy sobie, że jest w powietrzu z Dobbsem i Huple'em, w kluczu prowadzonym przez Havermeyera i Appleby'ego. Dobbs i Huple? Huple i Dobbs? Kto to w ogóle jest? Cóż to za niedorzeczne szaleństwo, żeby latać w powietrzu na wysokości dwóch mil, mając pod sobą cal czy dwa metalu, i powierzać życie wątpliwym umiejętnościom i inteligencji dwóch bliżej nie znanych mydłków: gołowąsa nazwiskiem Huple i roztrzęsionego pomyleńca w rodzaju Dobbsa, który naprawdę dostał w końcu ataku szału w samolocie; siedząc w swoim fotelu drugiego pilota wyrwał stery Huple'owi i rzucił ich w straszliwą pikę, wyrywając z gniazdka przewody hełmu Yossariana i sprowadzając ich z powrotem w gęsty ogień artyleryjski, z którego dopiero co się wydostali. Zaraz potem okazało się, że inny obcy facet, radiostrzelec nazwiskiem Snowden, kona w ogonie samolotu. Nie sposób było na pewno ustalić, czy to Dobbs go zabił, gdyż kiedy Yossarian z powrotem podłączył się do telefonu pokładowego, głos

Dobbsa błagał, żeby ktoś poszedł do dziobu i ratował bombardiera. I prawie natychmiast włączył się Snowden skomląc: “Ratunku. Proszę, ratujcie mnie. Zimno mi. Zimno". Yossarian wyczołgał się powoli z dziobu, przeszedł nad komorą bombową i wcisnął się do przedziału ogonowego, mijając po drodze apteczkę, po którą musiał wrócić, żeby opatrzyć Snowdenowi nie tę ranę, co trzeba, ziejącą, krwawą dziurę kształtu i wielkości piłki do rugby na zewnętrznej stronie uda, z nie uszkodzonymi, krwawoczerwonymi włóknami mięśni pulsującymi niesamowicie niby jakieś ślepe istoty żyjące własnym życiem, owalną, nagą ranę długości prawie jednej stopy, na widok której Yossarian jęknął z wrażenia i współczucia, jak tylko ją dostrzegł, i omal nie zwymiotował. A mały, drobny tylny strzelec leżał na podłodze obok Snowdena, nieprzytomny i tak blady, że Yossarian z obrzydzeniem doskoczył najpierw do niego.