Выбрать главу

A więc mistrz Gurloes był tchórzem. Nie jest jednak wykluczone, że to tchórzostwo było czymś lepszym niż odwaga, jaką ja prezentowałbym na jego miejscu, gdyż odwaga wcale nie zawsze musi być cnotą. Walcząc z małpoludami byłem odważny (przynajmniej według standardów, jakimi się posługujemy, oceniając postawy ludzi w takich jak ta sytuacjach), ale moja odwaga stanowiła jedynie wypadkową połączonego działania ryzykanctwa, zaskoczenia i desperacji. Kiedy wracałem tunelem na powierzchnię, nie mając już żadnych powodów do obaw, bałem się jak nigdy dotąd i kilka razy z pośpiechu o mało nie roztrzaskałem sobie czaszki o niskie sklepienie. Nie zwolniłem jednak kroku dopóty, dopóki nie ujrzałem przed sobą wylotu tunelu, rozjaśnionego błogosławionym światłem księżyca. Dopiero wtedy zatrzymałem się, a uznawszy, że już nic mi nie grozi, najlepiej jak mogłem wytarłem miecz w połę płaszcza i schowałem go do pochwy.

Następnie przewiesiłem go przez ramię i zacząłem schodzić w dół tą samą drogą, którą dotarłem do wejścia do tunelu, opuszczając się na rękach i wyszukując po omacku nogami wykute w skale wgłębienia. Przebyłem najwyżej jedną trzecią ściany, kiedy w skałę tuż obok mojej głowy uderzyły dwie strzały. Jedna z nich trafiła w jakąś szczelinę, gdyż pozostała na miejscu, jarząc się białym ogniem. Pamiętam, jak bardzo byłem zdumiony, a jednocześnie, jak bardzo modliłem się w duchu, aby napastnicy nie mieli kusz, w których po zwolnieniu cięciwy następuje natychmiastowe załadowanie kolejnego pocisku.

Kiedy zaraz potem trzecia strzała uderzyła jeszcze bliżej niż dwie poprzednie, zrozumiałem, że moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Odepchnąłem się od ściany i runąłem w dół, gdyż podejrzewałem, że kolejny strzał mógłby trafić w cel.

Powinienem był się domyślić, że w miejscu, w którym spadający wysoką kaskadą strumień rozbryzgiwał się na skalnej półce, będzie znajdował się głęboki, wyżłobiony przez wodę basen. Ponownie zażyłem przymusowej kąpieli, ale ponieważ już i tak byłem mokry, nie sprawiło mi to żadnej różnicy, a nawet spełniło pozytywną rolę, gdyż woda ugasiła rozżarzone odpryski skał, które utkwiły w mojej twarzy i rękach i piekły boleśnie.

Nie miałem najmniejszych szans, by pozostać pod wodą, gdyż silny prąd natychmiast porwał mnie jak patyk i wypchnął na powierzchnię. Tak się szczęśliwie złożyło, że uczynił to z dala od skalnej ściany, dzięki czemu, kiedy wygramoliłem się na brzeg, znalazłem się za plecami napastników, którzy wpatrywali się w miejsce u podnóża skały. Było ich troje: dwóch mężczyzn i kobieta.

— Jestem tutaj, Agio! — zawołałem, po raz ostatni tej nocy obnażając Terminust Est.

Już wcześniej domyśliłem się, że to wszystko jej sprawka, ale kiedy odwróciła się na dźwięk mojego głosu (uczyniła to znacznie szybciej niż towarzyszący jej mężczyźni) i dostrzegłem jej twarz oświetloną blaskiem księżyca, doznałem potwornego wstrząsu, gdyż widok tej straszliwej, a jednocześnie pięknej twarzy oznaczał ponad wszelką wątpliwość, że Thecla naprawdę nie żyje.

Mężczyzna stojący najbliżej mnie okazał się kompletnym głupcem, ponieważ nie nacisnął od razu na spust, lecz najpierw przyłożył kuszę do ramienia. Uchyliłem się, jednym ciosem miecza zwaliłem go z nóg, Jednocześnie słysząc, jak pocisk wystrzelony przez jego towarzysza przemyka mi nad głową niczym meteor.

Kiedy się wyprostowałem, drugi mężczyzna odrzucił już kuszę właśnie wyciągał kordelas. Agia i tym razem okazała się szybsza od niego, gdyż zadała cios sztyletem o wąskim ostrzu, zanim on zdążył wyjąć broń z pochwy. Celowała w szyję, ale zdołałem wykonać unik przy pierwszym pchnięciu i sparować drugie, choć Terminust Est nie najlepiej nadawał się do szermierki. Potem zaatakowałem, zmuszając ją, by się cofnęła.

— Zajdź go od tyłu! — krzyknęła do mężczyzny. Nie odpowiedział, tylko otworzył szeroko usta i machnął rozpaczliwie kordelasem. Zanim się zorientowałem, że nie celuje we mnie, między nami przemknęła jakaś rozsiewająca blask postać, a zaraz potem usłyszałem paskudny odgłos, jaki wydaje rozłupywana czaszka. Agia odwróciła się zwinnie niczym kot i z pewnością wbiłaby zatrute ostrze w ciało człowieka-małpy, ale ja jednym uderzeniem miecza wytrąciłem jej sztylet z dłoni, chwyciłem ją mocno za włosy i gwałtownym szarpnięciem zwaliłem z nóg, uniemożliwiając ucieczkę.

Małpolud gmerał przy ciele zabitego. Nie wiem, czy szukał łupu, czy po prostu był zdziwiony jego wyglądem. Oparłem stopę na karku Agii, a wtedy człowiek-małpa wyprostował się, odwrócił do mnie, padł na kolana i wyciągnął ku mnie ramiona, a właściwie ramię, gdyż z drugiego pozostał mu jedynie kikut. Bez trudu rozpoznałem równe, czyste cięcie mojego miecza. Małpolud wymamrotał coś, czego nie zrozumiałem.

— Tak, ja to zrobiłem — powiedziałem. — Bardzo mi przykro. Teraz jesteśmy przyjaciółmi.

Przemówił ponownie, wpatrując się we mnie z tym samym, błagalnym wyrazem twarzy. Z kikuta sączyła się jeszcze krew, choć zamieszkujący podziemia ludzie potrafią chyba sami odcinać jej dopływ, gdyż normalny człowiek bez interwencji chirurga już dawnowykrwawiłby się na śmierć.

— Ja uciąłem ci rękę — przemówiłem ponownie — ale zrobiłem to podczas walki, zanim zobaczyliście Pazur Łagodziciela.

Dopiero wtedy domyśliłem się, że zapewne ów nieszczęśnika podążał za mną w nadziei na powtórne ujrzenie klejnotu, pokonując lęk przed tym, co poruszyło się w głębi góry, obudzone wznieconym przez nas zgiełkiem. Sięgnąłem do buta i wydobyłem Pazur. Kiedy Agia zobaczyła, jak blisko była upragnionego klejnotu, jej oczy zapłonęły chciwością, małpolud zaś zbliżył się jeszcze o krok i wyciągnął przed siebie żałosny kikut.

Przez chwilę staliśmy bez ruchu, przedstawiając z pewnością niezwykły widok dla kogoś, kto ujrzałby nas w zielonkawej poświacie księżyca.

— Severianie! — zawołał ktoś z góry. Rozpoznałem głos Jonasa. Czar prysł. Pośpiesznie zacisnąłem dłoń, w której trzymałem Pazur, człowiek-małpa zniknął w głębokim cieniu między skałami, Agia zaś zaczęła głośno przeklinać i wić się pod moją nogą.

Uciszyłem ją klepnięciem miecza, ale zdjąłem stopę z jej karku dopiero wtedy, kiedy Jonas stanął obok mnie.

— Pomyślałem sobie, że możesz potrzebować pomocy — rzekł. — Widzę jednak, że się myliłem — dodał, spoglądając na ciała mężczyzn, którzy towarzyszyli Agii.

— To nie była prawdziwa walka — odparłem.

Agia usiadła na kamieniu, rozcierając kark i ramiona.

— Było ich czterech, i na pewno byśmy cię dostali, gdyby nie to, że woda zaczęła wynosić spod ziemi ciała tych świecących potworów. Dwaj stchórzyli i uciekli. Jonas podrapał się po głowie metalową ręką.

— A więc wzrok mnie nie mylił, choć byłem już prawie pewien, że mam jakieś omamy.

Zapytałem go, co widział.

— Jakąś istotę w świecącym futrze składającą ci hołd. Zdaje się, że trzymałeś przed nim kubek z płonącą brandy albo może kadzidło… Co to jest?

Nachylił się i podniósł coś ze skał na brzegu strumienia, gdzie przed chwilą klęczał człowiek-małpa.

— Maczuga.

— Tak, widzę. — Przy rękojeści znajdowała się pętla ze ścięgien jakiegoś zwierzęcia. Jonas założył ją na przegub. — Kim są ci ludzie, którzy próbowali cię zabić?