Przez twarz Vodalusa przemknął blady uśmiech, który mógł świadczyć o wielu rzeczach, ale chyba przede wszystkim o rozbawieniu.
— Posłałem ludzi, żeby schwytali kata — powiedział. — Wygląda na to, że im się udało.
Zasalutowałem mu mieczem tak, jak mieliśmy obowiązek czynić, kiedy jakiś arystokrata obserwował egzekucję na Wielkim Dziedzińcu.
— Sieur, twoi ludzie schwytali antykata. Gdyby nie on, twoja głowa potoczyłaby się kiedyś po świeżo skopanej ziemi.
Przyjrzał mi się uważniej, koncentrując uwagę nie na mieczu i płaszczu, lecz na mojej twarzy.
— Tak, to ty byłeś tym młodzieńcem — powiedział wreszcie. — Czyżby minęło już tak wiele czasu?
— Wystarczająco wiele, sieur.
— Porozmawiamy o tym na osobności, gdyż teraz muszę zająć się sprawami publicznymi. Stań tutaj — dodał, wskazując miejsce po lewej stronie podium.
Wraz z Jonasem zszedłem z baluchithera, a dwaj giermkowie odprowadzili zwierzę na bok. Potem mniej więcej przez jedną wachtę przysłuchiwaliśmy się, jak Vodalus wydaje rozkazy, objaśnia swoje plany, nagradza i karze. Wszystkie wzniesione przez ludzi budowle, pyszniące się mnogością kolumn, łuków i podcieni, stanowią jedynie wykonaną w bezdusznym kamieniu imitację pni i gałęzi drzew rosnących w lesie, ale ja, stojąc przy tronie Vodalusa, odniosłem wrażenie, że nie ma między nimi żadnej różnicy — może z wyjątkiem tej, że kamienne gmachy są szare lub białe, drzewa zaś brązowe i zielone. Wtedy też chyba zrozumiałem, dlaczego nieprzeliczone zastępy żołnierzy Autarchy oraz oddziały tworzone przez arystokratów nie były w stanie pojmać Vodalusa: zajmował najpotężniejszą twierdzę Urth, wielekroć rozleglejszą od naszej Cytadeli, do której ją porównałem.
Wreszcie polecił, aby wszyscy wrócili na swoje miejsca, po czym zszedł z podium i nachylił się nade mną, tak jak ja mógłbym nachylić się nad dzieckiem.
— Kiedyś oddałeś mi przysługę — powiedział. — Przez wzgląd na to daruję ci życie, choć możliwe, iż będziesz musiał przez jakiś czas zostać naszym gościem. Czy teraz, kiedy już wiesz, że nic ci nie grozi, zdecydujesz się mi służyć?
Nawet przysięga, jaką złożyłem Autarsze w dniu mego wyniesienia, nie miała dość mocy, aby zatrzeć wspomnienie tego mglistego wieczoru, od którego zacząłem moją opowieść. W porównaniu z przysługami, jakie wyświadczamy innym — tworzą one między nami duchowe więzi — przysięgi są jak wątłe nici godności. Jeżeli raz ocalimy komuś życie, już na zawsze znajdziemy się w jego władzy. Często słyszałem pogląd, że nie istnieje coś takiego jak wdzięczność. Nieprawda; ci, którzy go głoszą, po prostu szukali jej w niewłaściwym miejscu. Ten, kto czyni komuś wielką przysługę, przez mgnienie oka zrównuje się z Prastwórcą, a z wdzięczności za ten zaszczyt będzie już do końca swych dni służył temu, dzięki komu stało się to możliwe.
Powiedziałem o tym Vodalusowi.
— Znakomicie! — wykrzyknął, i poklepał mnie po ramieniu. — Chodźmy. Niedaleko stąd przygotowano posiłek. Jeśli ty i twój przyjaciel zasiądziecie do niego wspólnie ze mną, wyjaśnię wam, co należy zrobić.
— Sieur, już raz sprowadziłem hańbę na moje bractwo. Proszę cię tylko o to, abyś nie kazał mi uczynić tego powtórnie.
— Wszystko, co zrobisz, pozostanie w tajemnicy — odparł Vodalus.
To zapewnienie w zupełności mi wystarczyło.
ROZDZIAŁ X
Thea
Wraz z kilkunastoma osobami zagłębiliśmy się w las, by po mniej więcej półmilowym spacerze dotrzeć do stołu ustawionego między drzewami. Posadzono mnie po lewej stronie Vodalusa i podczas gdy inni jedli, ja tylko udawałem, że się posilam, pożerając wzrokiem jego oraz jego panią, o której tak często myślałem leżąc na pryczy w Wieży Matachina.
Kiedy ocaliłem mu życie, psychicznie byłem jeszcze chłopcem, a chłopcom wszyscy dorośli wydają się wysocy, z wyjątkiem tych, których los pokarał naprawdę nikczemnym wzrostem. Teraz przekonałem się, że Vodalus jest równie wysoki jak Thecla, a może nawet wyższy, i że przyrodnia siostra Thecli Thea co najmniej dorównuje jej wzrostem. Miałem więc dowód świadczący o tym, że naprawdę należą do arystokracji, a nie tylko próbują stworzyć takie wrażenie, jak miała się rzecz w przypadku sieur Racha.
Najpierw zakochałem się właśnie w Thei, czcząc ją za to, że należała do człowieka, któremu ocaliłem życie. Theclę kochałem początkowo tylko dlatego, że była podobna do Thei. Teraz (tak jak z odejściem jesieni pojawia się zima, a potem wiosna i lato, i koniec roku staje się jednocześnie jego początkiem) znowu kochałem Theę — ale tym razem dlatego, że przypominała Theclę.
— Widzę, że jesteś wielbicielem kobiet — powiedział Vodalus. Pośpiesznie odwróciłem spojrzenie.
— Wybacz mi, sieur. Nieczęsto miałem okazję przebywać w dobrym towarzystwie.
— Podzielam twój podziw, więc nie muszę ci niczego wybaczać. Jednak mam nadzieję, że nie przyglądałeś się tej smukłej szyi z myślą o tym, aby ją przeciąć?
— Skądże znowu, sieur.
— Cieszę się, że to słyszę. — Wziął do ręki półmisek z jajami drozdów, wybrał jedno i położył mi je na talerzu. Był to znak wielkiej łaski. — Mimo to przyznam, że jestem nieco zaskoczony. Wyobrażałem sobie, że człowiek wykonujący twój zawód spogląda na nas, nieszczęsnych ludzi, jak rzeźnik na bydło.
— Trudno mi o tym mówić, sieur, gdyż nigdy nie byłem rzeźnikiem. Vodalus wybuchnął śmiechem.
— Trafienie! Już prawie żałuję, że zdecydowałeś się mi służyć. Gdybyś pozostał moim więźniem, aby zapłacić, tak jak planowałem, za śmierć nieszczęsnego Barnocha, moglibyśmy prowadzić długie i zajmujące rozmowy. A tak, cóż… Rano już cię tu nie będzie. Jednak wydaje mi się, że mam dla ciebie zadanie, które dobrze będzie współgrać z twoimi naturalnymi skłonnościami.
— Jeżeli ty zlecisz mi to zadanie, sieur, nie będę miał wyboru.
— Doprawdy, marnujesz się na szafocie. — Uśmiechnął się. — Niebawem znajdziemy dla ciebie lepsze zajęcie, ale jeżeli pragniesz mi dobrze służyć, to musisz najpierw zorientować się, jakie pozycje zajmują figury na planszy oraz poznać cel samej gry. Powiedzmy, że grają biali i czarni, przy czym czarni to my — zarówno ze względu na barwę twego stroju, jak i na to, by łatwiej przyszło ci zidentyfikować się ze stroną, po której stoisz. Zapewne wielokrotnie słyszałeś o nas jako o zbrodniarzach i zdrajcach, ale czy obiło ci się kiedyś o uszy, co naprawdę pragniemy osiągnąć?
— Zaszachować Autarchę, sieur?
— Byłoby bardzo dobrze, gdyby nam się udało, ale to zaledwie jeden krok, nie zaś ostateczny cel. Przybywasz z Cytadeli, wielkiej fortecy stanowiącej pozostałość dawno minionych dni — jak widzisz, wiem co nieco o twoich wędrówkach — a więc z pewnością zdajesz sobie sprawę, czym jest przeszłość. Czy nigdy nie wydało ci się dziwne, że przed wiekami ludzkość była nie tylko znacznie bogatsza, ale i szczęśliwsza niż teraz?
— Wszyscy wiedzą, że dawniej życie było weselsze i dostatniejsze — odparłem.
— I takie znowu będzie. Synowie Urth ponownie będą żeglować wśród gwiazd, przeskakując z galaktyki do galaktyki, sprawując władzę nad wszystkimi córami słońca.
Kasztelanka Thea, choć nie dała tego po sobie poznać, z pewnością przysłuchiwała się naszej rozmowie, gdyż teraz spojrzała mi w oczy i powiedziała słodkim głosem, przypominającym gruchanie gołębicy:
— Czy wiesz, kacie, w jaki sposób doszło do zmiany nazwy naszej planety? Dawno temu ludzie dotarli na czerwoną Verthandi, która nazywała się wtedy Wojna, a ponieważ uważali, że ta nazwa może zniechęcić innych, którzy powinni pójść w ich ślady, zmienili jej nazwę na Present. Był to żart, gdyż w ich języku słowo to oznaczało zarówno „teraźniejszość", jak i ,,upominek". W każdym razie tak powiedział mnie i mojej siostrze jeden z naszych nauczycieli, choć ja nie potrafię sobie wyobrazić języka, w którym panowałoby takie pomieszanie.