— A co by było, gdybyśmy zechcieli odejść? — zapytałem.
— W tym lesie jest wielu takich, którzy znają wolę naszego pana — odparł, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął między drzewami.
Opowiedziałem Jonasowi o wydarzeniach, jakie rozegrały się przy rozkopanej mogile.
— Teraz rozumiem, dlaczego chcesz przyłączyć się do tego Vodalusa — oznajmił, kiedy skończyłem. — Musisz jednak zdawać sobie sprawę, że nie jestem jego przyjacielem, tylko twoim, i zależy mi na tym, aby odnaleźć kobietę, którą nazywasz Jolentą. Z tego, co widzę, twoim pragnieniem jest służyć Vodalusowi, dotrzeć do Thraxu i tam rozpocząć na wygnaniu nowe życie, próbując zmazać plamę, jaką uczyniłeś na honorze swojej konfraterni — choć, szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, jak coś takiego można w ogóle splamić — odszukać kobietę o imieniu Dorcas, zawrzeć pokój z inną kobietą o imieniu Agia oraz zwrócić coś, o czym obaj wiemy, zakonowi Peleryn.
Pod koniec swojej przemowy uśmiechał się już szeroko, a ja odpowiedziałem mu głośnym śmiechem.
— Chociaż przypominasz pustułkę, która najpierw przez dwadzieścia lat siedziała nieruchomo na drążku, potem zaś postanowiła polecieć we wszystkie strony świata naraz, to mam nadzieję, że uda ci się zrealizować twoje plany. Ufam jednak, iż zdajesz sobie sprawę z możliwości — bardzo mało prawdopodobnej, niemniej jednak istniejącej — iż jeden lub dwa z nich wejdą w drogę pięciu lub sześciu pozostałym?
— To prawda — przyznałem. — Pragnę osiągnąć wszystko jednocześnie, a chociaż ty odnosisz się do tego z powątpiewaniem, to spróbuję wykrzesać z siebie tyle sił i energii, żeby moje usiłowania zakończyły się powodzeniem. Przyznaję jednak, że sprawy nie układają się tak dobrze, jak by mogły. Goniąc za kilkoma rzeczami naraz znalazłem się zaledwie tu, w cieniu tych drzew, w dodatku jako bezdomny wędrowiec. Ty zaś, mając jeden, dokładnie wytyczony cel… sam oceń, gdzie jesteś.
Na takich rozmowach minęło nam późne popołudnie. Nad naszymi głowami szczebiotały ptaki, ja zaś cieszyłem się, że mam takiego przyjaciela jak Jonas: lojalnego, rozsądnego, pełnego taktu, mądrości, humoru i roztropności. Wówczas jeszcze nie znałem jego historii, ale wyczułem, iż nie bardzo kwapi się, aby wyjawić swoją przeszłość, próbowałem więc uzyskać jakieś informacje w inny sposób, niż zadając bezpośrednie pytania. Dowiedziałem się (a przynajmniej tak mi się wydawało), że jego ojciec był rzemieślnikiem, że oboje rodzice wychowywali go w sposób, który nazwał „zwyczajnym", oraz że urodził się w portowym miasteczku daleko na południu, ale kiedy odwiedził je ostatnio, zastał tak wiele zmian, że nie miał najmniejszej ochoty tam pozostać.
Kiedy po raz pierwszy spotkałem go u podnóża Muru, na podstawie wyglądu oceniłem, że jest o jakieś dziesięć lat starszy ode mnie. Teraz jednak, opierając się na tym, co od niego usłyszałem, doszedłem do wniosku, że moje szacunki były zbyt ostrożne. Jonas Udawał się znać mnóstwo faktów z przeszłości, a ja wciąż byłem naiwny i niewykształcony — pomimo wysiłków Thecli i mistrza Palaemona — święcie wierząc, iż taką wiedzę może posiąść jedynie człowiek w dość zaawansowanym wieku. W dodatku mojego przyjaciela charakteryzował subtelny cynizm sugerujący, że Jonas zdążył już zwiedzić spory kawał świata.
Wciąż jeszcze byliśmy pogrążeni w rozmowie, kiedy między drzewami dostrzegłem pełną wdzięku postać kasztelanki Thei. Trąciłem Jonasa łokciem i obaj umilkliśmy, przypatrując się jej uważnie. Zbliżała się do nas, ale jeszcze nas nie dostrzegła, w związku z czym poruszała się powoli i niepewnie jak wszyscy, którzy usiłują znaleźć jakieś miejsce wyłącznie na podstawie udzielonych im wskazówek. Od czasu do czasu samotny promień słońca oświetlał jej zwróconą do mnie profilem twarz; była tak bardzo podobna do Thecli, że nie mogłem oddychać, czując potworny ból w piersi. Jej chód także był identyczny jak chód Thecli; w ten sposób poruszają się dumne dzikie zwierzęta, których nigdy nie powinno zamykać się w klatkach.
— Spójrz na nią! — szepnąłem do Jonasa. — Bez wątpienia pochodzi z bardzo starożytnego rodu. Zupełnie jak driada albo wierzba, która ożyła i ruszyła na przechadzkę.
— Te starożytne rody są najmłodsze ze wszystkich — odparł. — W dawnych czasach w ogóle ich nie było.
Nie wydaje mi się, aby mogła rozróżnić poszczególne słowa, gdyż była jeszcze zbyt daleko, ale usłyszała jego głos i spojrzała w naszą stronę. Pomachaliśmy do niej, a ona ruszyła szybko w naszym kierunku. Co prawda nie biegła, lecz dzięki swoim długim nogom zbliżała się w zdumiewającym tempie. Wstaliśmy, a kiedy rozłożyła na trawie szal i usiadła na nim, zwrócona twarzą do strumienia, ponownie zajęliśmy swoje miejsca.
— Wspomniałeś, że masz jakieś wiadomości o mojej siostrze? — zaczęła. Kiedy mówiła, wydawała się mniej niedostępna, a siedząc była prawie równa nam wzrostem.
— Byłem jej ostatnim przyjacielem — odparłem. — Mówiła, że na Vodalusa będą czynione naciski, aby poddał się, żeby ją ocalić. Czy wiedziałaś, że została uwięziona?
— Służyłeś jej? — Thea nie spuszczała ze mnie przenikliwego spojrzenia. — Owszem, powiedziano mi, że zabrano ją do tego okropnego miejsca w najgorszej części Nessus, gdzie wkrótce potem umarła.
Przypomniałem sobie, jak długo czekałem przed drzwiami celi, zanim ujrzałem wyciekającą spod nich strużkę krwi Thecli, ale mimo to skinąłem głową.
— Wiesz może, w jaki sposób doszło do jej aresztowania?
Thecla opowiedziała mi o tym ze szczegółami, więc powtórzyłem jej relację, niczego nie pomijając.
— Rozumiem… — Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w milczeniu w płynącą wodę. — Nadal tęsknię za dworskim życiem, ale kiedy słucham o tych wszystkich ludziach i o tym, jak zawinęli ją w gobelin, żeby stłumić krzyki — och, jakie to do nich podobne! — utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie postąpiłam rezygnując z niego.
— Myślę, że ona także tęskniła — odparłem. — W każdym razie często o nim opowiadała. Powiedziała mi jednak, że nie chciałaby tam wrócić. Opowiadała o wiejskiej posiadłości, którą pragnęła odnowić i wyposażyć w nowe meble, aby wydawać tam przyjęcia dla miejscowych notabli i urządzać wielkie polowania.
Przez twarz Thei przemknął gorzki uśmiech.
— Ja mam już dosyć polowań… Ale kiedy Vodalus zostanie autarchą, zasiądę na tronie obok niego. Znowu będę mogła przechadzać się koło Studni Orchidei, tym razem w towarzystwie pięćdziesięciu córek arystokratów, które będą umilać mi czas swoim śpiewem… Dosyć tego. Muszę jeszcze poczekać co najmniej kilka miesięcy, a na razie mam to, co mam. — Obrzuciła Jonasa i mnie poważnym spojrzeniem, po czym podniosła się z wdziękiem, dając znak, żebyśmy nie wstawali. — Cieszę się, że mogłam dowiedzieć się czegoś o mojej przyrodniej siostrze. Posiadłość, o której wspomniałeś, należy teraz do mnie, choć na razie nie wolno mi tam się zjawić. Jestem ci wdzięczna za wieści, więc przyjmij ode mnie życzliwą radę: strzeż się kolacji, którą wkrótce będziemy razem spożywać. Odniosłam wrażenie, że nie zrozumiałeś aluzji, jakich nie szczędził ci Vodalus. Czy mam rację?
Skinąłem głową.
— Jeżeli my, a także nasi sojusznicy i panowie w sąsiednich krajach, mamy odnieść zwycięstwo, to musimy wchłonąć wszystko, czego uda nam się dowiedzieć o przeszłości. Czy widziałeś kiedyś analeptyczne alzabo?
— Nie, kasztelanko, ale słyszałem opowieści o tym zwierzęciu. Podobno potrafi mówić, a nocą przychodzi pod drzwi domostwa w którym umarło dziecko i prosi, żeby wpuszczono je do środka.