— Gdzie leży ta wyspa, z której przybyły? Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. — Czy jest daleko od brzegu? Zawsze pragnąłem zobaczyć na własne oczy Uroborosa, choć przypuszczam, że to może być niebezpieczne.
— Bardzo daleko — odparł głucho Jonas. — Doprawdy, bardzo daleko… Zaczekaj chwilę.
Stanął na brzegu rzeki i z całej siły cisnął cynową flaszkę. Wpadła z pluskiem do wody niemal pośrodku koryta. Kiedy wrócił, zapytałem:
— Nie wydaje ci się, że sami moglibyśmy je wykorzystać? Ten, kto je za nami wysłał, z pewnością nie zrezygnuje ze swoich zamiarów, więc mogłyby nam się przydać.
— „Nie słuchałyby nas, a poza tym, bez nich świat od razu stanie się lepszy", jak powiedziała żona rzeźnika, obcinając mu przyrodzenie. Ruszajmy w drogę. Zdaje się, że ktoś się zbliża.
Spojrzałem tam, gdzie wskazał, i dostrzegłem dwie postaci wędrujące na piechotę. Jonas chwycił rumaka za wodze i szykował się, by wskoczyć na siodło.
— Zaczekaj — powiedziałem. — Albo odjedź jakieś dwa łańcuchy stąd i tam poczekaj na mnie.
Nie mogłem pozbyć się wspomnienia o krwawiącym kikucie człowieka-małpy i zdawało mi się, że wśród rozrzuconych rzadko drzew widzę przyćmione wotywne światełka, takie same, jak te, które płonęły w katedrze Peleryn. Sięgnąłem do buta i wyjąłem Pazur Łagodziciela.
Po raz pierwszy miałem okazję ujrzeć go w pełnym blasku dnia. Olśnił tak, jakby był Nowym Słońcem; był już nie tylko błękitny, ale płonął wszystkimi barwami, od fioletu do cyjanu. Położyłem go na czole martwego mężczyzny i skupiłem się na chwilę, starając się ożywić go myślą.
— Chodź już! — zawołał Jonas. — Co tam robisz? Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.
— On chyba jeszcze żyje! — krzyknął. — Zejdź z drogi, zanim odszuka swoją lancę!
Z daleka dobiegł mnie znajomy głos:
— Mistrzu!
Odwróciłem głowę i spojrzałem na porośniętą trawą drogę.
— Mistrzu!
Jedna ze zbliżających się postaci zamachała ręką, a zaraz potem obie zaczęły biec w moim kierunku.
— To Hethor — powiedziałem, ale Jonas już odjechał. Opuściłem wzrok na żołnierza; otworzył oczy, a jego pierś wezbrała oddechem. Usiadł, jak tylko zdjąłem Pazur z jego czoła. Krzyknąłem w stronę Hethora i jego towarzysza, żeby zeszli z drogi, ale chyba mnie nie zrozumieli.
— Kim jesteś?
— Przyjacielem.
Choć żołnierz był jeszcze bardzo słaby, spróbował podnieść się na nogi. Podałem mu rękę i pomogłem wstać z ziemi. Przez długą chwilę przyglądał się w milczeniu mnie, dwóm ludziom biegnącym w naszą stronę, rzece i drzewom. Wyraźnie zaniepokoił go widok wierzchowców, nawet jego własnego, który stał spokojnie obok, czekając na swego pana.
— Co to za miejsce?
— Stara droga w pobliżu brzegu Gyoll. Potrząsnął głową, a potem objął ją dłońmi i mocno ścisnął. Zdyszany Hethor dopadł mnie niczym zapchlony kundel, który przybiegł na wezwanie i teraz oczekuje pochwały. Jego towarzysz, który pozostał prawie sto kroków z tyłu, miał pstrokaty strój i przymilny wyraz twarzy drobnego przekupnia.
— M-m-mistrzu, nawet nie masz p-p-pojęcia, jak ogromne mieliśmy trudności, jak wiele musieliśmy włożyć w-w-wysiłku, by iść t-t-twoim śladem poprzez skaliste góry, rozległe morza i wyschnięte p-p-pustynie tego wspaniałego świata! Czymże jestem bez ciebie ja, t-t-twój sługa, jak nie p-p-pustą muszelką, igraszką bezrozumnych p-p-przypływów i odpływów, k-k-która nie może zaznać spokoju bez ciebie… Skąd ty, mistrzu o czerwonych szponach, mógłbyś wiedzieć o wysiłkach, jakich n-n-nie szczędziliśmy, aby do ciebie dotrzeć?
— Przypuszczam, że istotnie były znaczne, jako że kiedy ostatnio widziałem cię w Saltus, nie miałeś wierzchowca, a ja przez cały czas ostro poganiałem moje zwierzę.
— Otóż to, panie — odparł, po czym spojrzał znacząco na swego towarzysza, jakby moje słowa potwierdziły jego wcześniejsze przypuszczenia, i usiadł ciężko na ziemi.
— Nazywam się Cornet Mineas — powiedział powoli żołnierz. — Kim wy jesteście?
Hethor kilkakrotnie pochylił głowę w czymś, co chyba miało być imitacją ukłonu.
— T-t-ten oto m-m-mistrz to szlachetny Severian, sługa Autar-chy — którego uryna jest jak wino dla jego p-p-poddanych — w Zgromadzeniu P-p-poszukiwaczy Prawdy i Skruchy. Hethor jest z k-k-kolei jego niegodnym sługą, podobnie jak Beuzec. Przypuszczam, że tak samo ma się rzecz z człowiekiem, który odjechał na wierzchowcu.
Nakazałem mu gestem milczenie.
— Wszyscy jesteśmy tylko ubogimi wędrowcami. Zobaczyliśmy cię leżącego bez przytomności i spróbowaliśmy ci pomóc. Myśleliśmy nawet, że nie żyjesz, i chyba niewiele się pomyliliśmy.
— Co to za miejsce? — zapytał ponownie Cornet.
— Droga na p-p-północ od Quiesco — poinformował go ochoczo Hethor. — Beuzec i ja płynęliśmy łodzią, m-m-mistrzu, w czarną noc ujeżdżając mętne wody Gyoll. Wysiedliśmy w-w-właśnie w Ouiesco. Przez cały czas mijali nas szczęściarze, p-p-pędzący do Domu Absolutu, ale my, choć tak powoli, podążaliśmy pod prąd za dnia i w nocy, dzięki czemu udało nam się ciebie d-d-dogonić.
— Do Domu Absolutu? — wymamrotał żołnierz.
— To chyba niedaleko stąd — powiedziałem.
— W takim razie powinienem zachować szczególną czujność.
— Jestem pewien, że już niedługo zjawi się tutaj któryś z twoich towarzyszy.
Złapałem mojego rumaka za wodze i wspiąłem się na jego wysoki grzbiet.
— M-m-mistrzu, chyba nie chcesz nas znowu opuścić? Beuzec dwa razy oglądał cię, czyniącego sprawiedliwość.
Otwierałem już usta, by mu odpowiedzieć, kiedy po drugiej stronie drogi, za rosnącymi rzadko drzewami, mignęło coś białego. Moja pierwszą myślą było to, że ten, kto wysłał za nami notule, postanowił sięgnąć po inną, skuteczniejszą broń, wbiłem więc obcasy w boki rumaka.
Przez mniej więcej pół mili pędziliśmy wzdłuż wąskiego pasa ziemi oddzielającego drogę od rzeki. Kiedy wreszcie zobaczyłem Jonasa podjechałem do niego i opowiedziałem mu, co widziałem.
— Nigdy nie słyszałem o istocie, którą mi opisałeś, ale być może sprowadzono jakieś nowe, nie znane mi gatunki — odparł po dłuższym namyśle.
— Naprawdę myślisz, że coś takiego mogłoby chodzić luzem jak zwyczajna krowa?
Nie odpowiedział, tylko wskazał na ziemię kilka kroków przed nami. Zaczynała się tam żwirowa ścieżka szerokości najwyżej łokcia. Po obu jej stronach rosło więcej leśnych kwiatów, niż kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć w jednym miejscu, sam żwir zaś był tak olśniewająco biały, a poszczególne kamyki miały tak regularne kształty, że z pewnością przywieziono go tutaj z jakiejś odległej, tajemnej plaży.
Kiedy podjechaliśmy bliżej, zapytałem Jonasa, co może oznaczać taka ścieżka.
— Tylko jedno: że znaleźliśmy się na terenach należących do Domu Absolutu.
Niespodziewanie przypomniałem sobie to miejsce.
— Rzeczywiście! Kiedyś wybrałam się na ryby z Josephą i jeszcze kilkoma przyjaciółkami. Szłyśmy właśnie tędy, a potem koło poskręcanego dębu…
Jonas popatrzył na mnie jak na szaleńca, a ja przez chwilę poczułam się tak, jakbym nim naprawdę była. Wielokrotnie brałam udział w polowaniach, ale teraz siedziałam na wierzchowcu przeznaczonym do walki. Moje zakrzywione jak szpony ręce podniosły się do oczu, gotowe je wydrapać, i zapewne by to zrobiły, gdyby jadący obok mnie człowiek w łachmanach nie uderzył w nie swoją stalową ręką.