Выбрать главу

— Nie jesteś kasztelanką Theclą, tylko Severianem, czeladnikiem w bractwie katów, który miał nieszczęście zakochać się w niej! — krzyknął mi do ucha. — Sam zobacz!

Podsunął mi przed twarz stalową dłoń, a ja ujrzałem w niej jakąś obcą, chudą, odrażającą i zdumioną twarz.

W chwilę potem przypomniałem sobie naszą wieżę, zakrzywione ściany z gładkiego, ciemnego metalu, a także wiele innych rzeczy.

— Jestem Severian — powiedziałem.

— Zgadza się. Kasztelanka Theclą nie żyje.

— Jonas…

— Tak?

— Żołnierz ożył. Sam to widziałeś. Pazur przywrócił mu życie. Położyłem mu go na czole, ale może wystarczyło, że zobaczył go swoimi martwymi oczami? Usiadł, odetchnął i odezwał się do mnie.

— A więc nie umarł.

— Przecież sam widziałeś.

— Jestem starszy od ciebie… Dużo starszy niż myślisz. Jeżeli podczas moich podróży udało mi się czegokolwiek dowiedzieć, to na pewno tego, że martwi nie ożywają, a czas nie biegnie wstecz. To, co minęło, nigdy już nie wraca.

Twarz Thecli, którą przez cały czas miałem przed oczami, zniknęła nagle, porwana podmuchem czarnego wiatru.

— Gdybym użył go wtedy, kiedy braliśmy udział w kolacji zmarłych… — szepnąłem.

— Żołnierz zapewne stracił przytomność z powodu braku powietrza, ale nie umarł. Kiedy usunąłem mu notule z nosa i gardła, zaczął znowu oddychać, i po pewnym czasie ocknął się. Co się tyczy twojej Thecli, to żadna siła we wszechświecie nie przywróciłaby jej do życia. Prawdopodobnie wydobyli ją z grobu, kiedy jeszcze byłeś uwięziony w Cytadeli, i trzymali ją przez cały czas w jakiejś lodowej jaskini, żeby potem wypatroszyć jak kuropatwę i upiec. — Potrząsnął mnie za ramię. — Severianie, nie bądź głupcem!

Marzyłem tylko o tym, żeby umrzeć. Gdyby w tej chwili pojawiły się notule, powitałbym je z otwartymi ramionami. Jednak zamiast nich, daleko przed nami na ścieżce, ujrzałem ten sam biały kształt, który niedawno widziałem nad rzeką. Wyrwałem się Jonasowi i popędziłem w tamtą stronę.

ROZDZIAŁ XIV

Przedpokój

Są takie stworzenia — a także sztuczne twory — z których istnieniem nie chcemy za nic się pogodzić, a kiedy nie mamy już innego sposobu, żeby dojść do ładu z rzeczywistością, powiadamy: „Och, to była tylko zjawa, piękna i przerażająca, ale jednak zjawa".

Na którejś spośród wirujących planet, które niebawem przyjdzie mi poznać, żyje rasa jednocześnie podobna i niepodobna do ludzi. Nie są wcale wyżsi od nas, a ich ciała różnią się od naszych jedynie tym, że są doskonałe — tyle tylko, że wzorzec, jaki przyjęli za ideał, jest nam całkowicie obcy. Tak jak my mają oczy, nos i usta, ale posługują się nimi do wyrażania emocji, których nam nigdy nie było dane poznać, w związku z czym obserwując ich twarze, odnosimy niepokojące wrażenie, iż oto widzimy jakiś starożytny, budzący grozę alfabet uczuć, niezmiernie ważny, choć zarazem całkowicie niezrozumiały.

Taka rasa naprawdę istnieje, ale to nie jej przedstawiciela spotkałem na obrzeżach ogrodu otaczającego Dom Absolutu. Istota, którą najpierw dostrzegłem między drzewami, a w której kierunku teraz się rzuciłem, stanowiła raczej gigantyczną, ożywioną rzeźbę. Jej ciało było wykonane z białego kamienia, oczy zaś, wypukłe i gładkie jak połówki jaj, przypominały oczy posągów. Poruszała się powoli, jak ktoś pogrążony we śnie lub odurzony silnym narkotykiem, lecz bynajmniej nie chwiejnie. Wydawała się ślepa, choć zarazem sprawiała wrażenie, jakby doskonale wiedziała o wszystkim, co ją otacza.

* * *

Przeczytałem to, co przed chwilą napisałem, i widzę, że zupełnie nie udało mi się oddać istoty tej postaci. Najbardziej przypominała posąg. Gdyby jakiś upadły anioł podsłuchał moją rozmowę z zielonym człowiekiem, mógłby stworzyć ją choćby po to, żeby ze mnie zakpić. W tej akurat chwili otaczała ją aura spokoju i wieczności, jaką zawsze roztacza wokół siebie sztuka zaklęta w kamieniu. Wydawało mi się, że każdy gest, każde poruszenie głową może być ostatnim lub też że mogą powtarzać się w nieskończoność, tak jak figury z wielotarczowego zegara Valerii przewijają się bezustannie krętymi korytarzami czasu.

Zaraz po tym, jak trudna do wyrażenia obcość postaci wyleczyła mnie z gorącego pragnienia śmierci, opanował mnie paraliżujący strach, że będzie chciała wyrządzić mi krzywdę. Nie minęło jednak więcej czasu, niż trzeba dla zaczerpnięcia oddechu, kiedy zacząłem lękać się czegoś innego: tego mianowicie, że nie zrobi mi nic złego. Bać się czegoś tak, jak ja bałem się wtedy, a potem przekonać się, że nic mi nie grozi, oznaczałoby trudne do zniesienia upokorzenie. Nie bacząc na to, jakie szkody mogłoby ponieść ostrze Terminust Est, gdybym uderzył nim w kamień, obnażyłem miecz i ściągnąłem wodze rumaka. Wydawało mi się, że powietrze zamarło w bezruchu, kiedy tak staliśmy — mój wierzchowiec z rozdętymi chrapami, ja z uniesionym mieczem. Posąg zbliżał się ku nam — doskonale piękny, przerażający, o twarzy, na której malowały się niepojęte dla mnie uczucia.

Usłyszałem krzyk Jonasa, a w chwilę potem odgłos uderzenia. Odwróciłem się i zdążyłem jeszcze zobaczyć go powalonego na ziemię, jak walczy z ludźmi w wysokich, pojawiających się, to znów znikających hełmach, ale zaraz potem coś świsnęło mi koło ucha. Drugi pocisk trafił mnie w rękę, a w chwilę później poczułem, jak wokół mego ciała zaciska się niemożliwa do rozerwania sieć. Ktoś chwycił mnie za nogi i szarpnął mocno, ściągając z wierzchowca.

Kiedy doszedłem do siebie na tyle, aby ponownie zdać sobie sprawę z tego, co się wokół mnie dzieje, poczułem na szyi pętlę z drutu i ujrzałem jednego z napastników zajętego przetrząsaniem mojej sakwy. Jego ręce uwijały się niczym brązowe wróble, a doskonale nieruchoma twarz zdawała się zawieszona nade mną na niewidzialnej nitce. Światło kilka razy załamało się w jego niezwykłej zbroi, aż wreszcie udało mi się ją dostrzec, tak jak po dłuższym wpatrywaniu się można dostrzec kryształowy dzban zanurzony w czystej wodzie. Została tak mocno wypolerowana, że stała się prawie niewidzialna, i tylko dziwnie zniekształcony obraz otaczających nas drzew oraz krzewów świadczył o jej istnieniu.

Nie zważając na moje protesty pretorianin zabrał mi wszystkie pieniądze, pozostawił natomiast brązową książkę Thecli, osełkę, oliwę, flanelę oraz wszystko inne. Następnie wprawnym ruchem uwolnił mnie z więzów (o ile wzrok mnie nie mylił, ukrył je w schowku pod pachą). Przypominały trochę bicz, który nazywaliśmy „kotem": były połączone na jednym końcu, na drugim zaś obciążone niewielkimi ciężarkami. Teraz już wiem, że nazywa się to achico.

Mój pogromca złapał za drucianą pętlę i szarpnął mocno, zmuszając mnie do wstania. Zdawałem sobie sprawę, że obaj stosujemy się do zasad pewnej gry, jak to się zwykle dzieje w takich przypadkach. Udawaliśmy, że ma nade mną całkowitą władzę, podczas gdy w rzeczywistości mogłem odmówić współpracy, a on wtedy miałby do wyboru jedno z dwóch rozwiązań: albo mnie udusić, albo wezwać na pomoc towarzyszy. Mogłem także złapać za drut i spróbować mu go wyszarpnąć albo uderzyć go w twarz, mogłem rzucić się do ucieczki i zostać zabitym albo ogłuszonym, ale nie istniał żaden sposób, w jaki mógłby mnie zmusić do posłuszeństwa.

W każdym razie tak wtedy myślałem i nawet uśmiechnąłem się, kiedy pretorianin schował Terminust Est do pochwy i zaprowadził mnie tam, gdzie już stał Jonas.

— Nie zrobiliśmy nic złego — powiedział Jonas. — Zwróćcie mojemu przyjacielowi jego miecz i oddajcie nam nasze wierzchowce, a odjedziemy w pokoju.