Nie otrzymał odpowiedzi. Dwaj pretorianie (a więc cztery roztrzepotane wróble) w milczeniu chwycili nasze rumaki za wędzidła i odprowadzili je na bok. Jakże podobny los spotkał te potężne zwierzęta, prowadzone na cienkim skórzanym pasku nie wiadomo dokąd i po co. Czasem odnoszę wrażenie, że większa część naszego życia składa się właśnie z takich kapitulacji.
Wyprowadzono nas z lasu na rozległą łąkę, która wkrótce zamieniła się w trawnik. Posąg szedł za nami, a stopniowo dołączały do niego coraz to nowe, tak że wreszcie nagromadziło się ich co najmniej tuzin. Każdy był inny, a wszystkie wielkie i piękne. Zapytałem Jonasa, kim są żołnierze i dokąd nas prowadzą, ale nie odpowiedział mi, a ja o mało nie udusiłem się z wysiłku.
O ile mogłem stwierdzić, to byli zakuci w zbroje od stóp do głów, lecz ich pancerze zostały tak doskonale wypolerowane, że wydawały się wręcz miękkie, a nawet płynne. Z bliska nie było na czym oprzeć oka, z odległości kilku kroków zaś po prostu nikły, stapiając się z tłem. Po pół mili dotarliśmy do kępy obsypanych kwiatami śliw i od razu wysokie hełmy i szerokie naramienniki rozbłysły różem i bielą.
Zagłębiliśmy się w pozornie niewielki zagajnik, ale ścieżka, którą szliśmy, okazała się niezmiernie kręta. Kiedy wreszcie wydawało się, że lada chwila wyjdziemy spomiędzy kwitnących drzew, zatrzymaliśmy się, a Jonas i ja zostaliśmy brutalnie odepchnięci do tyłu. Usłyszałem chrzęst żwiru, kiedy podążające za nami posągi także stanęły, ostrzeżone przez jednego z żołnierzy bezgłośnym krzykiem. Wytężyłem wzrok, starając się dostrzec przez zasłonę z białoróżowych kwiatów powód, dla którego nastąpiła ta nagła przerwa w marszu.
Przed nami znajdowała się ścieżka znacznie szersza od tej, na której staliśmy. Właściwie nie była to już ścieżka, lecz wyłożona białymi kamieniami droga, wzdłuż której po obu stronach biegły marmurowe balustrady. Wędrowała nią przedziwna zbieranina, w większości pieszo, ale niektórzy dosiadali rozmaitych zwierząt. Jeden człowiek prowadził za sobą obszarpanego arctothera, inny podróżował na grzbiecie leniwca o sierści bardziej zielonej niż trawa. Ledwie minęła nas jedna grupa, natychmiast pojawiła się następna. Choć znajdowali się jeszcze zbyt daleko, abym mógł odróżnić twarze, to bez trudu dostrzegłem, że jeden z wędrowców jest o dobre trzy łokcie wyższy od pozostałych. W chwilę potem rozpoznałem idącego na przedzie z wypiętą piersią i podniesioną wysoko głową doktora Talosa. Moja droga Dorcas podążała zaraz za nim, wyglądając jeszcze bardziej niż przedtem jak zabłąkane dziecko, które przybyło z jakiejś innej, lepszej rzeczywistości. Obok niej, na karłowatym dzianecie, jechała pod parasolem turkocząca woalkami i obwieszona błyskotkami Jolenta, na samym końcu zaś, cierpliwie ciągnąc wózek załadowany wszystkim, czego nie zdołał wziąć na barki, kroczył Baldanders, którego dostrzegłem z daleka jako pierwszego.
Było mi żal, że nie mogę dać im żadnego znaku, choć dzieliło nas zaledwie kilka kroków, ale dla Jonasa musiało to być prawdziwą torturą. Kiedy Jolenta mijała nas, zwróciła głowę w naszą stronę. Dla mnie nie ulegało wówczas wątpliwości, iż wyczuła jego pożądanie, tak jak podobno mieszkające w górach nieczyste duchy wyczuwają z daleka woń palonego mięsa, które specjalnie dla nich wrzuca się w ogień. Teraz jednak przypuszczam, że zainteresowały ją jedynie obsypane kwiatami drzewa, między którymi staliśmy. Usłyszałem, jak Jonas gwałtownie nabiera powietrza w płuca, ale w chwili, kiedy otworzył usta, otrzymał potężny cios w głowę i runął na ziemię. Kiedy teraz przywołuję z pamięci tę scenę, wyraźnie słyszę odgłos, z jakim jego metalowa ręka zetknęła się z drobnym żwirem ścieżki, i czuję upajający zapach kwitnących drzew.
Kiedy droga opustoszała, dwaj pretorianie chwycili nieszczęsnego Jonasa i podnieśli go z ziemi. Uczynili to bez żadnego wysiłku, lecz wówczas przypisywałem to jedynie ich nadzwyczajnej krzepie. Przekroczyliśmy brukowaną drogę, by zagłębić się w gęstwinę różanych krzewów wyższych od człowieka, obsypanych białymi kwiatami i pełnych ptasich gniazd.
Za nimi zaczynały się właściwe ogrody. Gdybym miał pokusić się o ich opisanie, musiałbym posłużyć się szaloną, jękliwą elokwencją Hethora. Każdy pagórek, każde drzewo i każdy kwiat wydawały się zaplanowane przez jakąś niewyobrażalną inteligencję (teraz już wiem, że chodziło o inteligencję ojca Inire), która postawiła sobie za cel stworzenie zapierającej dech w piersi wizji. Oniemiały z zachwytu obserwator ma pewność, że znajduje się w samym centrum oszałamiającego spektaklu, ale po przebyciu stu kroków czy nawet mili nadal odnosi to samo wrażenie, każda zaś kolejna wizja zdaje się zawierać w sobie jakąś niemożliwą do przekazania prawdę z rodzaju tych, jakie są objawiane jedynie najbardziej wytrwałym spośród pustelników.
Tak piękne były te ogrody, że dopiero po dłuższym czasie zorientowałem się, iż nie widzę nad nimi żadnych wież, tylko ptaki i obłoki, a powyżej stare słońce i blade gwiazdy. Równie dobrze moglibyśmy kroczyć przez jakąś urokliwą głuszę. W pewnej chwili dotarliśmy na szczyt łagodnego wzniesienia, bardziej zachwycającego od najpiękniejszej błękitnej fali Uroborosa, i nagle u naszych stóp otworzyła się otchłań. Jednak zamiast czarną pustką, wypełniona była fontannami, nocnymi kwiatami oraz ludźmi poubieranymi w przepyszne stroje, przechadzającymi się między basenami z szemrzącą wodą i rozmawiającymi przyciszonymi głosami.
Jak po zwaleniu kamiennej ściany do mrocznego grobowca wpadają promienie słońca, tak wystarczyło jedno uderzenie serca, aby wchłonięte przeze mnie wspomnienia Thecli przybrały konkretną barwę i kształt, wreszcie nabierając znaczenia. Pojąłem to, co sugerowało przedstawienie doktora Talosa i co wielokrotnie dawała mi do zrozumienia Thecla, choć nigdy nie powiedziała tego wprost: cały pałac znajdował się pod ziemią, jego zaś obsadzone przeróżną roślinnością dachy i ściany tworzyły krajobraz, który od pewnego czasu podziwiałem. Stąpałem po siedzibie Autarchy sądząc, że dzieli mnie od niej spora odległość.
Nie zeszliśmy do tej niecki, z którą na pewno nie sąsiadowały pomieszczenia przeznaczone do przesłuchiwania więźniów ani do żadnej z kilku następnych. Wreszcie jednak dotarliśmy do miejsca zdecydowanie bardziej ponurego, choć wcale nie mniej pięknego od tamtych. Schody, po których szliśmy, zostały wykute w ciemnej skale w taki sposób, aby jak najbardziej przypominały twór natury, przez co były nieregularne, a miejscami nawet niebezpieczne. Z góry spływała woda, w wyższych partiach sztucznej groty rosły zaś gęste paprocie i bluszcze, w związku z czym tylko niewielka część słonecznego blasku docierała w niższe rejony. Tam właśnie, tysiąc stopni w dole, ściany były porośnięte mrokolubnymi grzybami; niektóre z nich słabo fosforyzowały, inne nasycały powietrze tajemniczymi, ciężkimi zapachami, jeszcze inne tworzyły fantastyczne fetysze o fal-licznych kształtach.
Pośrodku tego mrocznego ogrodu, na wysokim rusztowaniu wisiało kilka omszałych gongów. W pierwszej chwili pomyślałem, że powieszono je po to, by odzywały się poruszane podmuchami wiatru, lecz zaraz potem uzmysłowiłem sobie, że tutaj przecież nie mogło być mowy o żadnym wietrze.
Tak mi się w każdym razie wydawało, dopóki jeden z pretorian nie otworzył potężnych, ciężkich drzwi z ciemnego drewna, prawie niewidocznych na tle skalnej ściany. Podmuch chłodnego powietrza był tak silny, że gongi natychmiast zaczęły się kołysać, a ich brzmienia były tak przemyślnie dobrane, iż zdawało się, że wygrywają melodię skomponowaną przez jakiegoś muzyka, którego dusza przebywa tutaj na wygnaniu.