Выбрать главу

Kiedy uniosłem głowę, aby popatrzeć na gongi (pretorianie nie starali mi się w tym przeszkodzić), dostrzegłem co najmniej czterdzieści posągów zgromadzonych na krawędzi zagłębienia. Wszystkie były nieruchome i wpatrywały się w nas niczym postaci z fryzu wieńczącego sięgający nieba mur.

* * *

Spodziewałem się, że zostanę umieszczony w osobnej, małej celi. Podświadomie oczekiwałem znanych obyczajów naszej konfraterni w tym zupełnie nie znanym mi miejscu i zostałem za to odpowiednio ukarany, gdyż spotkało mnie coś całkowicie odmiennego. Wkroczyliśmy nie do mrocznego korytarza, po którego obu stronach ciągnęły się wąskie drzwi prowadzące do cel, lecz do obszernego, wyłożonego i miękkim dywanem, na końcu którego znajdowały się szerokie wrota, identyczne jak te, przez które weszliśmy. Strzegli ich halabardnicy z płonącymi pochodniami. Na polecenie jednego z pretorian otworzyli je i moim oczom ukazało się wnętrze dużego, niezbyt dobrze oświetlonego, bardzo niskiego pomieszczenia niemal zupełnie pozbawionego mebli. Znajdowało się w nim kilkanaście osób, wśród których dostrzegłem także dzieci. Rodziny zajmowały małe alkowy, oddzielone przepierzeniami ze starych łachów.

Tam właśnie zostaliśmy wepchnięci — to znaczy, ja zostałem wepchnięty, nieszczęsnego Jonasa rzucono zaś jak worek cebuli. Usiłowałem złagodzić jego upadek i udało mi się to o tyle, że uchroniłem jego głowę od gwałtownego zetknięcia z podłogą.

Drzwi zatrzasnęły się za nami z łoskotem.

ROZDZIAŁ XV

Błędny ogień

Zewsząd otoczyły mnie twarze. Dwie kobiety zabrały Jonasa, obiecując, że zatroszczą się o niego, pozostali zaś zasypali mnie pytaniami. Jak się nazywam? Co to za strój, który mam na sobie? Skąd przybywam? Czy znam takiego to a takiego? Czy byłem kiedyś w tym mieście albo w tamtym? Czy pochodzę z Domu Absolutu? A może z Nessus? Ze wschodniego brzegu Gyoll czy zachodniego? Z której dzielnicy? Czy Autarcha jeszcze żyje? A ojciec Inire? Kto jest obecnie archontem miasta? Jak toczy się wojna? Czy mam jakieś wieści o dowódcy takim to a takim? Albo o takim to a takim żołnierzu? O takim to a takim chiliarsze? Czy potrafię śpiewać, recytować albo grać na jakimś instrumencie?

Jak łatwo sobie wyobrazić, w ogólnym rozgardiaszu nie byłem w stanie odpowiedzieć na prawie żadne z tych pytań, potem jednak stary, siwobrody mężczyzna i równie wiekowa kobieta zaczęli uciszać rozkrzyczanych ludzi. Poklepywali każdego po ramieniu, wskazywali odległy zakątek pomieszczenia i mówili wyraźnie: ,,Mnóstwo czasu". Stopniowo kobiety i mężczyźni milkli, po czym odchodzili we wskazanym kierunku, aż wreszcie sytuacja zaczęła przypominać tę, jaką ujrzałem zaraz po otwarciu drzwi przez strażników.

— Jestem Lomer — powiedział stary mężczyzna i odchrząknął głośno. — A to jest Nicarete.

Przedstawiłem im siebie i Jonasa. Stara kobieta chyba dosłyszała troskę w moim głosie.

— Nie musisz się niepokoić, twój przyjaciel jest bezpieczny. Dziewczęta zajmą się nim najlepiej, jak potrafią, w nadziei, że wkrótce będzie mógł z nimi porozmawiać.

Roześmiała się, a po sposobie, w jaki odchyliła do tyłu kształtną głowę, poznałem, że kiedyś była bardzo piękna.

Teraz dla odmiany ja zasypałem ich pytaniami, ale starzec natychmiast mi przerwał.

— Chodź z nami do naszego kąta — zaproponował. — Będziemy mogli tam usiąść, a ja poczęstuję cię kubkiem wody.

Jak tylko wypowiedział to słowo, poczułem, że ogromnie chce mi się pić. Poszliśmy za szmacianą zasłonę znajdującą się najbliżej drzwi, gdzie nalał wody z glinianego naczynia do filiżanki z cienkiej porcelany. Znajdowały się tam także poduszki oraz niewielki stolik.

— Pytanie za pytanie — przemówił ponownie. — Taka jest stara zasada. Powiedzieliśmy ci, jak się nazywamy, i ty także podałeś nam swoje imię, więc możemy zacząć od początku. Dlaczego cię zatrzymano?

Odparłem, że nie mam pojęcia, choć podejrzewam, iż jedynym pretekstem mogło być wkroczenie bez zezwolenia na tereny należące do Autarchy.

Lomer skinął głową. Miał bladą cerę, charakterystyczną dla tych, którzy nigdy nie widują słońca. Ze swoją zmierzwioną brodą i nierównymi zębami w każdym innym otoczeniu sprawiałby odpychające wrażenie, lecz tutaj wydawał się równie na miejscu jak mocno starte płyty tworzące posadzkę.

— Ja znalazłem się tutaj z powodu kasztelanki Leocadii. Byłem zarządcą dworu jej rywalki, kasztelanki Nymphy, która zabrała mnie ze sobą do Domu Absolutu, abym mógł uporządkować raporty dotyczące jej majątku. Wówczas kasztelanka Leocadia zwabiła mnie w pułapkę przy pomocy Sanchy, która…

— Spójrz! — wykrzyknęła Nicarete. — On ją zna!

Rzeczywiście, znałem. Przed moimi oczami pojawiła się różowo-kremowa komnata o dwóch ścianach wyłożonych od góry do dołu lustrami. W marmurowych kominkach płonął ogień, który co prawda nie dawał blasku, nie mogąc konkurować z wpadającymi przez okna promieniami słońca, ale wypełniał pokój suchym ciepłem oraz zapachem drewna sandałowego. Stara kobieta otulona w kilka szali siedziała w fotelu podobnym do tronu, na inkrustowanym stoliku zaś po jej lewej stronie stała karafka z rżniętego kryształu i kilka brązowych flakoników.

— Stara kobieta o zakrzywionym nosie — powiedziałem. — Wdowa po mężczyźnie imieniem Fors.

— A więc znasz ją. — Lomer skinął powoli głową, jakby w odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie. — Pierwszy od wielu lat.

— Powiedzmy, że ją pamiętam.

— Słusznie. — Ponownie skinął głową. — Podobno już nie żyje, ale za moich czasów była zdrową, młodą kobietą. Namówiła ją kasztelanka Leocadia, a potem sprawiła, że zostaliśmy odkryci. Sancha miała wówczas czternaście lat, więc nikt nie robił jej żadnych przykrości. Poza tym do niczego między nami nie doszło, gdyż dopiero zaczęła mnie rozbierać.

— Ty także musiałeś być wtedy bardzo młody — zauważyłem. Nie odpowiedział, więc uczyniła to za niego Nicarete.

— Miał dwadzieścia osiem lat.

— A ty? — zapytałem. — Dlaczego ty tutaj trafiłaś?

— Jestem ochotniczką. Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.

— Ktoś musi odpokutować za zło, jakie dzieje się na Urth, bo w przeciwnym razie Nowe Słońce nigdy nie nadejdzie. Ktoś musi też przypominać o istnieniu tego miejsca oraz innych, podobnych do niego. Pochodzę ze szlacheckiej rodziny, która być może jeszcze o mnie pamięta, dlatego też strażnicy muszą mieć na mnie szczególne baczenie.

— Czy mam rozumieć, że mogłabyś stąd wyjść, ale nie chcesz?

— Nie — odparła i potrząsnęła głową. Miała zupełnie siwe włosy, lecz nosiła je rozpuszczone, tak jak czynią to młode kobiety. — Wyjdę tylko wtedy, jeśli zostanie spełniony mój warunek: wszyscy ci, którzy przebywają tutaj tak długo, że zdążyli już zapomnieć, za jakie przestępstwa zostali tu wtrąceni, także zostaną wypuszczeni na wolność.

Pomyślałem o kuchennym nożu, który ukradłem dla Thecli, i o szkarłatnej strużce, która pojawiła się pod drzwiami jej celi, po czym zapytałem:

— Czy więzień naprawdę może zapomnieć, za co został zatrzymany?

Lomar uniósł głowę.

— Protestuję! Pytanie za pytanie, taka tu obowiązuje zasada. Bardzo stara zasada. A my przestrzegamy starych zasad. Z naszego pokolenia zostaliśmy już tylko my dwoje, Nicarete i ja, ale dopóki żyjemy, będziemy postępować zgodnie z tradycją. Pytanie za pytanie. Masz może jakichś przyjaciół, którzy będą czynić starania, aby cię uwolnić?

Z pewnością próbowałaby to uczynić Dorcas, naturalnie gdyby wiedziała, że tu jestem. Co do doktora Talosa, to jego zachowanie było równie trudne do przewidzenia jak kształt obłoków na niebie, i dlatego nie mogłem wykluczyć, że zechciałby zainteresować się moim losem, choć właściwie nie miał ku temu żadnego powodu. W tej chwili jednak najważniejsze było to, że przybyłem do Domu Absolutu jako posłaniec Vodalusa, który miał tutaj co najmniej jednego człowieka — tego, któremu miałem przekazać wiadomość. Jadąc z Jonasem na północ dwukrotnie próbowałem pozbyć się noża otrzymanego od Vodalusa, ale nie mogłem. Wyglądało na to, że alzabo rzuciło na mnie jeszcze jedno zaklęcie. Teraz nawet byłem z tego zadowolony.