Выбрать главу

Już nie spoglądała mi w oczy, tylko na bliznę biegnącą przez mój prawy policzek. Dotknąłem szramy palcami.

— To są bicze? Ci, którzy to robią? Skąd się biorą? Widziałem tylko zieloną twarz.

— Ja też. — Roześmiała się, a ja odniosłem wrażenie, jakby zadźwięczały maleńkie dzwoneczki. — Bałam się, że mnie pożre.

— Teraz nie wydajesz się bardzo przestraszona.

— Mama mówi, że te rzeczy, które widać w ciemnościach, nic nie znaczą. Zresztą, za każdym razem są zupełnie inne. Bolą tylko bicze, więc przez cały czas trzymała mnie za sobą. Twój przyjaciel już się budzi. Dlaczego masz taką zabawną minę?

(Przypomniałam sobie, jak śmiałam się wraz z trzema młodymi mężczyznami i dwiema kobietami mniej więcej w moim wieku. Guibert wręczył mi bicz o ciężkiej rękojeści, który zamiast rzemieni miał linki splecione z nitek błyszczącej miedzi, Lollian zaś zajął się przygotowywaniem ognistego ptaka, uwiązanego do długiego sznurka).

— Severianie! — Pośpiesznie wróciłem do Jonasa. — Cieszę się, że tu jesteś — powiedział, kiedy usiadłem obok niego. — Bałem się, że… że odszedłeś.

— Miałbym z tym spore kłopoty. Nie pamiętasz?

— Teraz już pamiętam. Czy wiesz, jak się nazywa to miejsce, Severianie? Powiedzieli mi wczoraj. To przedpokój… Ach, widzę, że już wiedziałeś.

— Wcale nie.

— Skinąłeś głową.

— Po prostu przypomniałem sobie tę nazwę. Ja… To znaczy, Thecla kiedyś tu była. Nie uważała, że to trochę niezwykłe miejsce na więzienie, bo nigdy nie widziała innego, dopóki nie trafiła do naszej wieży, ale ja tak właśnie myślę. Wydaje mi się, że pojedyncze cele, albo chociaż nieco mniejsze pomieszczenia, są znacznie bardziej praktyczne. Nie można jednak wykluczyć, że przemawia przeze mnie jedynie uprzedzenie.

Jonas podciągnął się na posłaniu i usiadł, opierając się plecami o ścianę. Jego błyszcząca od potu twarz wyraźnie zbladła pod opalenizną.

— Naprawdę nie domyślasz się, jak powstała ta sala? Rozejrzyj się uważnie.

Zrobiłem to, ale nie dostrzegłem nic ponad to, co widziałem do tej pory, to znaczy rozległy, niski pokój oświetlony słabym blaskiem lamp.

— Dawniej znajdowało się tutaj wiele sąsiadujących ze sobą apartamentów, ale wszystkie ściany zburzono i położono jednolitą podłogę. To, co widzisz nad głową, za moich czasów nazywało się podwieszanym sufitem. Gdybyś podniósł jeden z tych paneli, ujrzałbyś prawdziwe sklepienie.

Wstałem i spróbowałem to zrobić, ale choć dotknąłem czubkami palców jednej z kwadratowych płyt, to nie mogłem już pchnąć jej z odpowiednią siłą.

— Ja spróbuję, tylko mnie podnieś — powiedziała dziewczynka, która obserwowała nas z pewnej odległości, zapewne nie tracąc ani słowa z naszej rozmowy.

Podbiegła, a ja chwyciłem ją w pasie i z łatwością podniosłem nad głowę. Przez chwilę jej cienkie ramiona mocowały się z płytą nad naszymi głowami, aż wreszcie fragment stropu podniósł się, obsypując nas kurzem i pyłem. Nad nim dostrzegłem misterną konstrukcję z cienkich prętów, jeszcze wyżej zaś wysokie sklepienie ozdobione licznymi płaskorzeźbami oraz malowidłami przedstawiającymi obłoki i ptaki. Zaraz potem dziewczynka osłabła i kwadratowa płyta opadła na miejsce, na nas zaś posypało się jeszcze więcej pyłu.

Postawiwszy dziecko na podłodze ponownie zwróciłem się do Jonasa.

— Miałeś rację. W górze jest drugi sufit, który kiedyś na pewno należał do dużo mniejszego pokoju niż ten. Skąd o tym wiedziałeś?

— Wczoraj rozmawiałem z tymi ludźmi. — Podniósł obie ręce, tę z ciała i tę ze stali, i potarł nimi twarz. — Odeślij to dziecko, dobrze?

Kazałem dziewczynce wracać do matki, choć podejrzewałem, że przeszła na drugą stronę pomieszczenia, a następnie okrążyła nas i wróciła z drugiej strony.

— Mam wrażenie, jakbym z wolna się budził — powiedział Jonas. — Wczoraj mówiłem, że boję się, iż oszaleję. Teraz chyba staję się na powrót normalny, co jest równie złe, jeśli nie gorsze. — Do tej pory siedział na posłaniu z wyprostowanymi nogami, teraz jednak podkulił je i oparł się o ścianę, przez co wyglądał dokładnie tak samo jak zwłoki, które jakiś czas potem ujrzałem oparte plecami o pień drzewa. — Na pokładzie statku wiele czytałem. Kiedyś natrafiłem na pewną historię. Wątpię, czy kiedykolwiek obiła ci się o uszy, bo od tamtej pory minęło już tyle tysiącleci…

— Zapewne nie.

— Jest zupełnie różna od tej, choć jednocześnie bardzo do niej podobna. Dziwaczne, mało ważne zwyczaje i zasady… choć może nie wszystkie tak mało ważne. Tajemnicze instytucje. Poprosiłem statek, a on dał mi jeszcze jedną książkę.

Wciąż bardzo się pocił, ja zaś przypuszczałem, że bredzi w gorączce. Otarłem mu czoło kawałkiem flaneli, którego używałem do polerowania miecza.

— Dziedziczni władcy, dziedziczni podwładni, różni dziwni urzędnicy, lansjerzy o długich, siwych wąsach… — Przez chwilę na jego ustach gościł cień dobrze mi znanego uśmiechu. — Biały Rycerz ześlizguje się po pogrzebaczu z trudem utrzymując równowagę, tak jak było zapisane w notesie Króla.

W głębi pomieszczenia powstało jakieś zamieszanie. Więźniowie, którzy do tej pory jeszcze spali albo rozmawiali przyciszonymi głosami, podnieśli się i ruszyli w tamtą stronę. Jonas chyba przypuszczał, że ja także pójdę, gdyż złapał mnie za ramię lewą ręką. Była słaba jak ręka kobiety.

— W rzeczywistości wcale tak się nie zaczęło, Severianie. — Jego drżący głos nabrał nagle zdumiewającej mocy. — Król został wybrany na polu paradnym, władcy mianowali hrabiów… Nazywano to mrocznymi stuleciami. Każdy obywatel Lombardii mógł zostać baronem.

Mała dziewczynka, którą niedawno podnosiłem do sufitu, zjawiła się obok nas nie wiadomo skąd.

— Przynieśli jedzenie! — zawołała. — Nie idziecie? Podniosłem się z miejsca.

— Wezmę coś dla nas — powiedziałem. — Może poczujesz się lepiej.

— To weszło ludziom w krew — usłyszałem jeszcze słowa Jonasa. — Nikt nie podejrzewał, czym może się to skończyć.

Więźniowie wracali na swoje miejsca niosąc po jednym małym bochenku. Kiedy dotarłem w pobliże wejścia, tłum przerzedził się już na tyle, że zauważyłem, iż drzwi są otwarte. W korytarzu stał posrebrzany wózek pilnowany przez człowieka w nakryciu głowy z białej, usztywnionej gazy. Więźniowie wychodzili na korytarz i okrążali wózek. Uczyniłem to samo, czując się przez chwilę jak wolny człowiek.

Niestety, złudzenie szybko prysło, gdyż natychmiast ujrzałem dwóch halabardników strzegących dostępu do dalszej części korytarza, a za nimi dwóch następnych, pilnujących ciężkich, dębowych drzwi, przez które można było dostać się do Studni Omszałych Gongów.

Ktoś dotknął mego ramienia. Odwróciwszy się ujrzałem siwowłosą Nicarete.

— Lepiej, żebyś coś wziął — powiedziała. — Jeżeli nie dla siebie, to przynajmniej dla swojego przyjaciela. Nigdy nie przynoszą tyle, żeby wystarczyło dla wszystkich.

— Skinąłem głową, po czym wziąłem z wózka dwa lepkie bochenki.

— Jak często was karmią?

— Dwa razy dziennie. Wczoraj przyprowadzono was zaraz po drugim posiłku. Staramy się nie brać za wiele, ale i tak zawsze dla kogoś zabraknie.

— Przecież to jest ciasto! — stwierdziłem ze zdziwieniem. Palce miałem umazane lepką polewą pachnącą cytryną, gałką muszkatołową i kurkumą.

Stara kobieta skinęła głową.

— Tak jest codziennie, choć za każdym razem dostajemy inny rodzaj. W tym srebrnym dzbanku jest kawa, a filiżanki znajdziesz na dolnej półce wózka. Mało kto ją pije, gdyż większość twierdzi, że nie lubi kawy.