Ciasta zniknęły już z wózka i wszyscy więźniowie, z wyjątkiem Nicarete i mnie, wrócili do niskiego pomieszczenia. Okazało się, że kawa jest bardzo mocna, gorąca i obficie posłodzona tymiankowym miodem.
— Nie wypijesz?
— Zaniosę ją Jonasowi. Czy będą mieli coś przeciwko temu, że zabiorę filiżankę?
— Wątpię — odparła Nicarete, ale jednocześnie ruchem głowy wskazała żołnierzy. Obaj postąpili groźnie w naszą stronę, więc nie zwlekając cofnęliśmy się do przedpokoju, a drzwi natychmiast zatrzasnęły się za nami.
Przypomniałem Nicarete, że poprzedniego dnia powiedziała mi i jakoby przebywała tu z własnej woli, i zapytałem, czy wie, dlaczego więźniowie są karmieni wonnymi ciastami oraz kawą.
— Ty sam dobrze wiesz, dlaczego — odparła. — Poznaję to po twoim głosie.
— Wcale nie. Myślę tylko, że Jonas wie.
— Całkiem możliwe. Wszystko dlatego, że to więzienie wcale nie miało być więzieniem. Dawno temu — zdaje się, że jeszcze przed panowaniem Ymara — autarchowie mieli zwyczaj osobiście sądzić wszystkich, którzy popełnili przestępstwo na terenie Domu Absolutu. Może myśleli, iż w ten sposób szybciej dowiedzą się o wymierzonych przeciwko nim spiskach, a może po prostu mieli nadzieję, że postępując sprawiedliwie z ludźmi ze swego najbliższego otoczenia uchronią się przed ich nienawiścią i zazdrością. Najważniejsze przypadki były rozpatrywane bardzo szybko, natomiast ci, którzy mieli na sumieniu pomniejsze przewiny, czekali na swoją kolej właśnie tutaj…
Drzwi, zamknięte nie tak dawno temu, otworzyły się ponownie i do pomieszczenia został wepchnięty nieduży, częściowo bezzębny człowiek w poszarpanym ubraniu. Rozciągnął się jak długi na podłodze, ale szybko zerwał się i przypadł mi do nóg. Był to Hethor.
Więźniowie otoczyli go zewsząd tak samo jak poprzedniego dnia mnie i Jonasa, zasypując go gradem pytań. Nicarete, której wkrótce przyszedł w sukurs Lomer, kazała im się rozstąpić i poprosiła Hethora, aby się przedstawił, na co on przycisnął czapkę do piersi (co przypomniało mi poranek, kiedy znalazł mnie przy Krzyżu Ctesiphona) i powiedział:
— Jam jest n-n-niewolnikiem mego p-p-pana, Hethor moje imię. Znużonym wielce znojami podróży i po dwakroć opuszczonym.
Wpatrywał się przy tym we mnie dzikimi, szeroko otwartymi oczami, przypominającymi oczy szczurów kasztelanki Lelii, które na klaśnięcie rękami zaczynały kręcić się w kółko i kąsać własne ogony.
Jego widok wzbudził we mnie tak wielkie obrzydzenie, a jednocześnie tak bardzo niepokoiłem się o Jonasa, że odwróciłem się na pięcie i wróciłem tam, gdzie spędziliśmy minioną noc. Jeszcze przez długą chwilę miałem przed oczami obraz szarych, ogarniętych szaleństwem szczurów. Na szczęście w pewnym momencie zniknął niczym ryba Dominy, jakby przypomniawszy sobie, że stanowi jedynie pozostałość martwych wspomnień Thecli.
— Coś nie w porządku? — zapytał Jonas. Wydawał się odrobinę silniejszy.
— Dręczą mnie myśli.
— Dla kata to rzeczywiście niedogodność, ale ja zawsze jestem zadowolony z takiego towarzystwa.
Podałem mu ciasto i postawiłem obok filiżankę.
— To prawdziwa, miejska kawa, bez pieprzu. Lubisz taką? Skinął głową, podniósł filiżankę do ust i pociągnął mały łyk.
— A ty?
— Wypiłem swoją porcję przy wózku. Zjedz ciasto, jest bardzo dobre.
Posłusznie oderwał kawałek.
— Muszę z kimś porozmawiać, nawet gdybyś to był ty, choć z pewnością uznasz mnie za potwora, kiedy wszystkiego wysłuchasz. Ty też jesteś potworem. Wiedziałeś o tym, przyjacielu Severianie? Jesteś potworem, ponieważ obrałeś sobie za zawód to, co większość ludzi traktuje jako hobby.
— Jesteś cały połatany metalem — powiedziałem. — Nie tylko twoja ręka. Wiem o tym już od dłuższego czasu, przyjacielu potworze. A teraz zjedz ciasto i wypij kawę. Zdaje się, że następny posiłek dostaniemy nie wcześniej niż za jakieś osiem wacht.
— Rozbiliśmy się. Tutaj, na Urth, minęło tak wiele czasu, że nie było już żadnego portu, w którym moglibyśmy wylądować. Straciłem rękę i twarz. Moi towarzysze zreperowali mnie najlepiej jak potrafili, ale nie mieli części zapasowych, więc musieli skorzystać z materiału biologicznego.
Stalową ręką, którą do tej pory uważałem za coś w rodzaju haka, podniósł tę z ciała i kości w taki sposób, w jaki człowiek mógłby podnieść jakiś budzący obrzydzenie odpadek.
— Masz gorączkę. Otrzymałeś uderzenie biczem, ale wkrótce wydobrzejesz. Wówczas stąd wyjdziemy i razem poszukamy Jolenty.
Skinął głową.
— Czy pamiętasz, jak wtedy, kiedy zbliżaliśmy się do wylotu Bramy Skruchy i wybuchło całe to zamieszanie, zwróciła głowę ku słońcu, a ono zalśniło na jej policzku?
Powiedziałem, że pamiętam.
— Nigdy nikogo nie kochałem, przynajmniej od czasu, kiedy nasza załoga rozeszła się po świecie.
— Spróbuj trochę odpocząć, jeżeli nie możesz już jeść.
— Severianie! — Znowu położył mi rękę na ramieniu, ale tym razem tę ze stali. Była silna jak imadło. — Musisz do mnie mówić. Moje myśli doprowadzają mnie do szaleństwa.
Przez jakiś czas plotłem, co mi ślina na język przyniesie, nie otrzymując żadnej odpowiedzi. Potem przypomniałem sobie, jak często czytałem na głos Thecli, kiedy dręczyły ją podobne dolegliwości. Wyjąłem z sakwy książkę w brązowych okładkach i otworzyłem ją na chybił trafił.
ROZDZIAŁ XVII
Opowieść o uczniu i jego synu
Część pierwsza — Reduta magów
Dawno temu, na brzegu leżącego odłogiem morza, wznosiło się miasto o białych wieżach. Żyli w nim mądrzy ludzie. Miastem tym rządziło jedno prawo, a ciążyło nad nim jedno przekleństwo. Prawo brzmiało w ten sposób: Ci, którzy tu mieszkają, mają do wyboru tylko dwie drogi — albo dołączyć do grona mędrców i skryć głowę pod wielobarwnym kapturem, albo opuścić gród i szukać szczęścia w niegościnnym świecie.
Był tam jeden, który przez długie lata zdołał zgłębić niemal całą magię znaną obywatelom miasta, co równało się prawie całej magii znanej na świecie. Coraz szybciej zbliżała się chwila, kiedy będzie musiał wybrać drogę, którą podąży przez życie. W środku lata, kiedy kwiaty o żółtych, beztroskich kielichach wychylały się nawet ze szczelin w stromych skalnych ścianach wystrzelających z morza, człowiek ów udał się do jednego z tych, którzy nosili wielobarwny kaptur dłużej, niż sięgała pamięć i od dawna był nauczycielem tego, którego czas się zbliżał, po czym odezwał się do niego w te słowa:
— W jaki sposób ja, który jeszcze nic nie wiem, mógłbym zdobyć miejsce wśród mędrców naszego miasta? Pragnę bowiem aż do końca mych dni studiować tajemne zaklęcia, nie chcę zaś wyruszać w nieprzyjazny świat, aby tam walczyć o przeżycie.
Na to starzec roześmiał się i rzekł:
— Czy pamiętasz, jak wtedy, kiedy jeszcze byłeś chłopcem, nauczyłem cię, w jaki sposób ze snów stworzyć własnego syna? Wówczas nie miałeś sobie równych w tej sztuce. Idź teraz, stwórz takiego właśnie syna, przyprowadź go do mnie, a ja pokażę go innym zakapturzonym i staniesz się jednym z nas.
— Daj mi trochę czasu — poprosił uczeń. — Pozwól mi zaczekać do jesieni, a uczynię tak, jak mi powiedziałeś.
Nadeszła jesień. Jawory rosnące na ulicach miasta, chronione wysokim murem przed nadlatującymi znad morza wiatrami, poczęły gubić liście o barwie złota wytwarzanego przez żyjących tam ludzi, po niebie zaś przesuwały się klucze dzikich gęsi, za którymi podążały rybołowy i orłosępy. Wówczas starzec posłał po tego, który był jego uczniem, i rzekł: