Выбрать главу

— Teraz musisz już stworzyć syna ze swoich snów, tak jak ci powiedziałem, gdyż inni mędrcy poczynają się niecierpliwić. Oprócz nas ty jesteś najstarszy w mieście, może więc i tak się zdarzyć, że jeśli natychmiast nie weźmiesz się do pracy, to zostaniesz wygnany jeszcze przed nadejściem zimy.

Uczeń jednak odparł:

— Muszę jeszcze wiele się nauczyć, aby osiągnąć to, co zamierzam. Czy nie możesz przekonać ich, aby zaczekali do zimy?

Złota jesień odeszła, ustępując miejsca zimie, która zakradła się cichaczem ze swojej lodowej stolicy, gdzie słońce toczy się po krawędzi świata niczym pozłacana piłka, a niebo rozświetlają ognie płonące w przestrzeni między Urth a gwiazdami. Jej dotknięcie zamieniło fale w stalowe pomniki, miasto zaś powitało ją wywieszając lodowe proporce i strojąc dachy śnieżnymi czapami. Starzec ponownie wezwał do siebie ucznia, ale otrzymał od niego tę samą odpowiedź, co poprzednio.

Przyszła wiosna, a wraz z nią radość ogarnęła naturę, lecz miasto spowiło się w żałobną czerń, magowie zaś z odrazą myśleli o własnej mocy, która okazała się niemocą. Miastem bowiem rządziło jedno prawo, a ciążyło nad nim jedno przekleństwo, i choć prawo obowiązywało latem, jesienią i zimą, to wiosną władzę przejmowało przekleństwo. Wtedy właśnie najpiękniejsze dziewice w mieście, córki magów, przywdziewały zielone szaty i z włosami rozwiewanymi podmuchami ciepłego wiatru szły wąską ścieżką prowadzącą do przystani, gdzie czekał już na nie okręt o czarnych żaglach. Ze względu na ich złote włosy i zielone szaty oraz dlatego, że wyglądały jak koszone zboże, nazywano je Zbożowymi Dziewicami.

Kiedy do uszu ucznia dotarły zawodzenia i jęki i kiedy wychyliwszy się przez okno ujrzał dziewice podążające ku przystani, odłożył na bok swoje księgi, po czym zaczął kreślić na papierze figury, jakich nikt jeszcze nie widział, i pisać w wielu językach, których nauczył go jego mistrz.

Część druga — Narodziny bohatera

Pracował niemal bez przerwy dzień za dniem. Kiedy pierwsze promienie słońca zaglądały do pokoju, jego pióro było już mocno zużyte od pisania, a kiedy rogaty księżyc wspinał się na niebo, by zawisnąć między białymi wieżami, lampa na stole świeciła jeszcze jasnym blaskiem. Początkowo wydawało mu się, że opuściły go umiejętności, których przed wielu laty nauczył go mistrz, gdyż mimo wytężonej pracy wciąż był zupełnie sam, jeśli nie liczyć ciem, które czasem wpadały przez okno, aby pokazać mu insygnia śmierci wyrysowane na ich grzbietach.

Potem jednak w jego snach zaczął pojawiać się ktoś nowy, on zaś, wiedząc, kto to jest, za każdym razem witał go z radością, choć sny były ulotne i szybko znikały z pamięci.

Pracował ze zdwojoną energią, aż wreszcie to, co chciał osiągnąć, poczęło gromadzić się wokół niego jak dym, który otacza szczapę drewna rzuconą w prawie wygasły ogień. Czasem (szczególnie wczesnym rankiem lub bardzo późno w nocy, lub wówczas, kiedy pozwalał sobie na krótki odpoczynek na wąskim i twardym łóżku, takim samym, jakie mieli wszyscy ci, którzy jeszcze nie zasłużyli sobie na wielobarwny kaptur) słyszał dobiegające z sąsiedniego pokoju odgłosy kroków tego, kogo chciał powołać do życia.

Wkrótce zjawiska te, początkowo bardzo rzadkie i występujące niemal wyłącznie wtedy, kiedy nad białymi wieżami miasta przetaczał się huk gromu, stały się znacznie częstsze, a towarzyszyć im zaczęły znaki świadczące nieomylnie o czyjejś obecności: nie czytana od lat książka pojawiała się nagle na podłodze obok krzesła, drzwi i okna otwierały się niespodziewanie bez żadnego widocznego powodu, stary obraz, pokryty patyną czasu i wiszący zapomniany na ścianie, ukazywał światu swoje oczyszczone, błyszczące oblicze…

Pewnego złocistego popołudnia, kiedy wiatr baraszkował niewinnie z okrytymi świeżymi liśćmi jaworami, rozległo się pukanie do drzwi pracowni.

— Wejść — powiedział uczeń, nie śmiąć się odwrócić ani nawet pozwolić, aby w jego głosie znalazła odbicie choćby cząstka nadziei jaką odczuwał.

Drzwi zaczęły się uchylać, początkowo powoli i nieśmiało, lecz potem nabrały prędkości, jakby pchnął je powiew wiosennego wiatru, który dotarł tu z zalanej promieniami słońca ulicy. W chwilę później otworzyły się zupełnie, uderzając głośno o ścianę, za plecami ucznia zaś rozległy się żwawe kroki, a zaraz potem odezwał się młodzieńczy, pełen szacunku głos:

— Ojcze, wolałbym nie przeszkadzać ci, kiedy jesteś pogrążony w pracy, ale w moim sercu od wielu już dni gości bolesny niepokój, dlatego też proszę cię, abyś zechciał wybaczyć mi moją natarczywość i poradzić w strapieniu.

Dopiero wtedy uczeń odważył się odwrócić na krześle. Ujrzał przed sobą młodzieńca pełnego wigoru, słusznej postawy, o bystrym spojrzeniu, zdecydowanych ustach i odważnej twarzy. Jego czoło zdobiła niewidoczna gołym okiem korona, którą jednak potrafi dojrzeć nawet ślepiec; śmiałków wynosi ona na trony, a tchórzów czyni zuchami.

— Mój synu, nigdy nie wahaj się przychodzić do mnie, gdyż nic na świecie nie jest w stanie sprawić mi większej radości niż widok twojej twarzy. Co to za sprawa, która cię gnębi?

— Ojcze, od wielu już nocy budzą mnie w nocy rozpaczliwe krzyki kobiet, a kilkakroć widziałem we śnie coś, co przypominało zielono-złotego węża, który jak zaczarowany dźwiękami piszczałki, podążał bezwolnie w kierunku przystani. Kiedy się do niego zbliżyłem, okazało się, iż ciało węża tworzą piękne kobiety, łkające rozpaczliwie i targające swoje złote włosy tak, że przypominają pole zboża chłostane bezlitosnym wiatrem. Cóż może oznaczać ten sen?

— Synu — odparł na to uczeń — nadszedł czas, abym wyjawił ci to, co do tej pory skrywałem przed tobą, lękając się, że uniesiony młodzieńczą zapalczywością uczynisz coś, czego wszyscy moglibyśmy później żałować. Wiedz, że nasze miasto gnębi okrutny olbrzym, który co roku zabiera nam najpiękniejsze córki, dokładnie tak, jak to widziałeś w swoim śnie.

Oczy młodzieńca rozbłysły gniewem.

— Kim jest ten olbrzym, jak wygląda i gdzie mieszka?

— Jego imienia nikt nie zna, gdyż nikomu nie udało się go o to zapytać. Jeżeli chodzi o wygląd, to jest podobny do okrętu, na którego pokładzie wznosi się zamek. W rzeczywistości jest to jego głowa, w której znajduje się pojedyncze oko. Jego ciało pozostaje zawsze pod powierzchnią wody, razem z kałamarnicami i rekinami — ramiona ma dłuższe od najpotężniejszych masztów, nogi zaś przypominają mocarne kolumny, sięgające do samego dna morza. Zamieszkuje wyspę leżącą na zachód stąd, w którą wrzyna się głęboko kręty kanał o niezliczonych odnogach. Na tej właśnie wyspie olbrzym przetrzymuje Zbożowe Dziewice, nie spuszczając z nich spojrzenia swego jedynego oka, aby bez przerwy sycić się ich rozpaczą.

Część trzecia — Spotkanie z księżniczką

Wówczas młodzian skrzyknął innych śmiałków z miasta magów, od zakapturzonych mędrców zaś otrzymał dzielny statek i przez całe lato wraz z towarzyszami kompletował wyposażenie, mocował działa na obu burtach, ćwiczył siebie i innych w posługiwaniu się żaglami, aż wreszcie okręt stał się posłuszny niczym dobrze ułożony rumak. Aby dać wyraz żalowi, z jakim myśleli o losie porwanych niewiast, nadali mu imię ,, Kraina dziewic".

Kiedy wreszcie złote liście poczęły spadać z jaworów (podobnie jak złoto wytworzone przez magów prędzej lub później zaczyna sypać się ludziom z rąk), a klucze szarych gęsi pojawiły się na niebie między wieżami miasta, młodzieńcy wciągnęli żagle na maszt. Po drodze ku wyspie olbrzyma spotkało ich wiele przygód, o których nie czas i miejsce teraz mówić, w końcu jednak ujrzeli przed sobą brązowe wzgórza pokryte tu i ówdzie zielenią. Kiedy na nie patrzyli, stwierdzili ze zdumieniem, że zieleni zaczyna szybko przybywać. Wówczas młody człowiek, którego uczeń stworzył ze swoich snów, nabrał pewności, że trafili we właściwe miejsce, gdyż była to zieleń sukni Zbożowych Dziewic, które biegły gromadnie na brzeg, zwabione widokiem żagli.