Jest bardzo możliwe, że w nic nie trafiły i do tej pory krążą dokoła świata w poszukiwaniu celu.
Strzelali tak długo, aż lufy zaczęły świecić jak sztaby złota dopiero co wyjęte z formy. Dym, który do tej pory wydobywał się z kominów gęstymi kłębami, zaczął rzednąć, a ci z dołu krzyknęli przez rurę, że zużyli już cały zapas smoły. Wówczas młodzieniec ze snów rozkazał przerwać ogień, ludzie zaś, którzy obsługiwali działa, padli na pokład jak nieżywi, nie mając nawet dość sił, żeby prosić o łyk wody.
Czarna chmura znikała powoli, ale nie tak, jak znika mgła, osuszana promieniami słońca, lecz jak dobrze wyszkolona armia, która ustępuje przed silniejszym przeciwnikiem, ale nie cała i nie wszędzie, wykorzystując każdą okazję do zasadzki i zadania jeszcze jednego ciosu.
Na próżno wpatrywali się w lśniące fale w poszukiwaniu olbrzyma. Nigdzie nie było ani jego kadłuba, ani zamku, ani działa, ani najmniejszego śladu, który świadczyłby o jego istnieniu.
Powoli i tak ostrożnie, jakby obawiali się jakiegoś niewidzialnego wroga, podpłynęli do miejsca, w którym jeszcze niedawno znajdował się nieprzyjaciel. Młodzieniec ze snów rozkazał, aby zatrzymano maszyny, a następnie podszedł do burty i spojrzał w dół. Kiedy pozostali ujrzeli wyraz, jaki zagościł na jego twarzy, nawet najodważniejsi z nich nie ośmielili się pójść w jego ślady.
Kiedy wreszcie podniósł głowę, bez słowa udał się do swojej kabiny i zamknął na głucho drzwi. Wówczas ten, który był jego zastępcą, polecił skierować okręt z powrotem do marmurowej rotundy. Rozkazał także, aby opatrzono rannych, uruchomiono pompy oraz wzięto się za niezbędne naprawy. Ciała poległych zostały na pokładzie, gdyż załoga chciała wyprawić im pogrzeb na otwartym morzu.
Część piąta — Śmierć ucznia
Możliwe, że kanał wcale nie biegł tak prosto, jak im się wydawało, albo że podczas walki stracili orientację, albo że wszystkie kanały wiły się i skręcały, kiedy nikt na nie patrzył… Bez względu na to, jak przedstawiała się prawda, przez cały dzień płynęli pełną parą (gdyż wiatr zupełnie ustał), tylko po to jednak, by o zmierzchu stwierdzić, że dotarli do zupełnie nieznanej okolicy.
Na noc rzucili kotwicę, z samego rana zaś młodzieniec pełniący w zastępstwie funkcję dowódcy okrętu wezwał do siebie tych, od których mógł oczekiwać najbardziej wartościowych rad, ale oni potrafili zaproponować tylko dwie rzeczy: żeby zawiadomić tego, którego powołano do życia ze snów, albo żeby nadal płynąć naprzód w nadziei, że uda się dotrzeć do otwartego morza i marmurowej rotundy.
Zdecydowali się na to drugie rozwiązanie i płynęli przez cały kolejny dzień, starając się utrzymać prosty kurs, co wcale nie było łatwe, gdyż musieli omijać niezliczone wysepki pojawiające się na ich drodze. Kiedy znowu zapadła noc, ich sytuacja nie poprawiła się ani trochę.
Jednak rankiem trzeciego dnia młodzieniec stworzony ze snów wyłonił się z kabiny i począł przechadzać się po pokładzie, tak jak czynił to wcześniej, doglądać napraw i pytać o zdrowie tych rannych, którzy czuli się na tyle dobrze, aby zamienić z nim kilka słów. Potem przyszedł do niego jego towarzysz sprawujący do tej pory pieczę nad okrętem oraz ci, którzy mu doradzali, i powiedzieli mu o wszystkim, czego dokonali, po czym zaczęli go wypytywać, jak mogą najszybciej dotrzeć do otwartego morza, żeby godnie pochować zmarłych i wrócić do miasta magów.
On wzniósł na to oczy ku niebu, tak że niektórzy myśleli, że się modli, inni zaś byli pewni, że stara się powściągnąć gniew, jaki w nim wzbudzili, jeszcze inni natomiast uważali, że po prostu szuka lam natchnienia. On jednak tak długo stał wpatrzony w górę, iż wielu spośród jego towarzyszy zmroził strach, tak jak wówczas, kiedy wpatrywał się w zmąconą wodę, i ci poczęli wycofywać się chyłkiem. Wówczas przemówił do nich w te słowa:
— Spójrzcie! Czyż nie widzicie morskich ptaków? Nadlatują zewsząd, kierując się w jedną stronę. Płyńcie w ślad za nimi.
Uczynili to na tyle, na ile pozwalał im kręty bieg kanałów, i jeszcze przed południem ujrzeli, jak wszystkie ptaki opadają gwałtownie ku wodzie, a było ich tak wiele, że białe skrzydła i czarne głowy zdawały się tworzyć gęsty, huczący obłok. Wówczas młodzieniec ze snów polecił towarzyszom, aby naładowali działo samym prochem i wystrzelili. Spłoszone hukiem ptaki odleciały z wielkim krzykiem, w miejscu zaś, w którym się kłębiły, młodzi śmiałkowie dostrzegli unoszącą się na wodzie padlinę. Uznali, że to jakieś lądowe zwierzę, gdyż miało głowę i cztery nogi, ale było większe nawet od największego słonia.
Kiedy zbliżyli się do niego, młodzieniec ze snów kazał spuścić na wodę szalupę. Gdy do niej wsiadał, zgromadzeni na pokładzie dostrzegli za jego pasem sztylet o długim ostrzu, w którym zalśniły promienie słońca. Przez jakiś czas pracował przy padlinie, a kiedy wrócił, niósł ze sobą największą mapę, jaką kiedykolwiek widzieli, narysowaną na nie wyprawionej skórze.
O zmroku dotarli do rotundy, w której zamieszkiwała księżniczka. Nikt nie zmrużył oka czekając na odejście jej okropnej matki, a kiedy to nastąpiło, wszyscy, którzy mogli się poruszać, zeszli na brzeg. Tam otoczyły ich zewsząd Zbożowe Dziewice, młodzieniec ze snów zaś porwał w ramiona córkę Nocy i pierwszy ruszył w tany. Żadne z nich do końca życia nie zapomniało tej nocy.
Pierwsza rosa zastała ich pod drzewami w ogrodzie księżniczki. Przez jakiś czas spali słodko, przykryci wonnymi kwiatami, by obudzić się, kiedy cienie masztów stały się najkrótsze. Wówczas księżniczka pożegnała się z wyspą i poprzysięgła, że nawet gdyby przyszło jej odwiedzić każdy kraj, w którym kiedykolwiek gościła jej matka, to jej stopa nigdy nie dotknie tej ziemi. Taką samą przysięgę złożyły Zbożowe Dziewice. Było ich zbyt wiele, żeby mogły pomieścić się na okręcie, a jednak jakoś im się to udało, tak że pokład zazielenił się od ich sukien i zazłocił od włosów.
W drodze powrotnej do miasta magów spotkało ich mnóstwo przygód. Można by opowiedzieć o tym, jak po stosownej modlitwie wrzucili do morza ciała swoich zmarłych, by najbliższej nocy ujrzeć ich ponownie wśród olinowania, albo o tym, jak kilka Zbożowych Dziewic poślubiło książąt, którzy polubiwszy życie w zmienionej postaci (i nauczywszy się ludzkiej mowy), budują pałace na liściach lilii wodnych i rzadko kiedy pokazują się zwykłym śmiertelnikom.
Jednak nie czas tu i nie miejsce na relacje o tych zdarzeniach. Wystarczy powiedzieć, że kiedy zbliżyli się do stromego brzegu, na którym wznosiło się miasto magów, dostrzegł ich uczeń, wyglądający swego syna z najwyższej wieży, a kiedy ujrzał żagle poczerniałe od smoły, którą spalono pod kotłami w czasie walki z olbrzymem, pomyślał, iż okręt przywdział żałobę po swym młodym dowódcy, i odebrał sobie życie, skacząc w dół z wielkiej wysokości. Nikt bowiem nie może żyć długo po tym, jak umrą jego marzenia.
ROZDZIAŁ XVIII
Zwierciadła
Czytając tę opowieść spoglądałem od czasu do czasu na Jonasa, lecz mimo że nie spał, ani razu nie dostrzegłem na jego twarzy choćby śladu zrozumienia.
— Nie bardzo rozumiem, dlaczego na widok czarnych żagli uczeń uznał, że jego syn nie żyje — powiedziałem, zamknąwszy książkę. — Przecież okręt, który olbrzym przysyłał po Zbożowe Dziewice, także miał czarne żagle.